Już bardzo dawno nie przeżyłam tak intensywnego początku nowego miesiąca. Wiem, że niemalże przy okazji każdego Monthly wspominam, że wiele się działo, ale przeważnie wiążę to z premierami płyt, filmów, seriali czy innych rzeczy, które są głównym tematem tego bloga. O swoich prywatnych sprawach piszę rzadko, a wręcz niemalże wcale, co z marketingowego punktu widzenia jest sporym błędem. Zawodowcy powiedzieliby, że powinnam przemycać tutaj więcej prywaty, wtedy łatwiej byłoby mnie polubić i chętniej wracałoby się na bloga. Wiem o tym, ale jakoś nieszczególnie często przebiega mi przez głowę myśl, żeby napisać coś bardziej lifestylowego. Z tego powodu, rok temu, wymyśliłam Monthly, bo to świetna forma, żeby urozmaicić blogowe treści, a jednocześnie wrzucić do jednego tekstu kilka, często zupełnie ze sobą niezwiązanych, treści.

Po ostatnim weekendzie nie mogę się jednak oderwać od pewnej myśli, refleksji. Nie jest ona odkrywcza. W mojej głowie też pojawiła się nie pierwszy raz, ale tym razem stała się punktem wyjścia do tego tekstu.

Muzyka ma fantastyczne zdolności terapeutyczne.

Ostatni tydzień dał mi w kość. Na weekend miałam zaplanowane dwa koncertowe wyjścia – w sobotę na Happysad, w niedzielę na Jacka White’a. Po pięciu szalonych dniach, połączonych z powrotem na uczelnię, jedyne na co miałam szczerą ochotę, to zostać w domu i oglądać seriale. Choć prawda jest taka, że w piątek i na to nie miałam już siły. Czułam się zmęczona, ale nie było to zmęczenie fizyczne, niewyspanie czy przemęczenie. Każde z tych koncertowych wyjść miałam odbyć w samotności, co nie zdarza mi się często, więc motywacja była jeszcze mniejsza.

Ostatecznie wzięłam się jednak w garść, bo na koncert Happysad czekałam od ubiegłego roku, a Jacka White’a raczej też prędko nie zobaczę. Żałowałabym potwornie, gdybym spędziła ten weekend w domu. Nawet z najlepszym serialem, a mam na przykład potworne zaległości w The Sinner. Relacje z obu koncertów pojawią się na blogu jeszcze w tym tygodniu, ale jakoś nie mogę pozbyć się tej jednej myśli. Muzyka na żywo ma fantastyczne zdolności terapeutyczne.

Taka słuchana na lepszym czy gorszym sprzęcie też świetnie działa na zmęczony umysł, a nawet i ciało, ale w ten weekend muzyka grana na żywo, prosto z serca, na prawdziwych instrumentach postawiła mnie na nogi. Wiem, nie jest to odkrywcze i nie dadzą mi za to doktoratu, ale nie chodzi mi o to, żeby podkładać pod to psychologiczne teorie, medyczne regułki czy filozoficzne wynurzenia.

Wracając z koncertu Happysad czułam, że zostawiłam w CK Zamek cały bagaż emocji, jakie skumulowały się przez te pięć dni. Wróciłam lżejsza, zrelaksowana i przede wszystkim bardzo szczęśliwa, że wyszłam z domu. Mimo że wyszłam z niego sama. Znam ludzi, którzy nie chodzą na koncerty swoich ulubionych artystów, bo nie chcą robić tego w pojedynkę. Mówią, że samemu to nie jest tak fajnie, a nawet głupio iść na koncert bez towarzystwa. Jasne, nie bez powodu mówi się, że w kupie raźniej, ale czasami trzeba pobyć samemu ze sobą. W zmienionym otoczeniu, z dala od czterech doskonale nam znanych ścian i sterty tych samych okurzonych książek.

Dla mnie te pięć, a może i sześć weekendowych godzin z muzyką na żywo było najlepszą terapią na zmęczoną głowę. Oczywiście nie udało mi się w pełni nie myśleć o codziennych sprawach, zmartwieniach czy planach na nadchodzące dni. Po supportach, czyli przed koncertami właściwymi, siedziałam i rozmyślałam, np. o tym, jakie teksty chcę napisać w październiku albo co nowego wymyślić do pracy, żeby jeszcze bardziej rozruszać media społecznościowe. Tak, taka trochę paranoja. Na szczęście udało mi się „wyłączyć głowę” podczas koncertów, a nawet przywołać wspomnienia z dawnych lat. O nich napiszę w relacji każdego z koncertów.

Zastanawiałam się, czy siadać do pisania tego tekstu. Mam kilka takich „filozoficznych” rozważań w szkicach, ale przeważnie dochodzę do wniosku, że mam pomysły na wystarczającą liczbę tekstów związanych z popkulturą, na których realizację nie wystarcza mi czasu, że taki lifestyle w ogóle nie powinien się tutaj pojawiać. A może powinien?

Nie wiem.

A może wystarczy tak od czasu do czasu, raz na jakiś czas pozwolić sobie pisać spontanicznie, a nie według tego, co zapisane w kalendarzu i zaplanowane? Przecież to tylko w mojej głowie rodzi się ten przymus, że relacja z koncertu musi pojawić się najpóźniej dzień po nim.

Musi?

Ten weekend przypomniał mi, dlaczego muzyka odgrywa tak ważną rolę w moim życiu. Te dwa weekendowe koncerty przypomniały mi, dlaczego tak wiele czasu w życiu poświęcam na koncertowe przeżycia. Lista powodów jest dłuższa niż ten jeden, ale ten wydaje mi się najważniejszym. Muzyka na żywo ma fantastyczne zdolności terapeutyczne. Próbujcie tego tak często, jak tylko możecie. Nie na wszystko pomoże, żadnego problemu nie rozwiąże, ale pozwoli odpocząć, uspokoić głowę i odetchnąć.