Zespół 30 Seconds to Mars od lat był na mojej liście zespołów, które pewnego dnia zobaczę na żywo. Czas nie był jednak sprecyzowany, a ich kolejne koncerty w Polsce odbywały się bez mojego udziału. Oczywiście mogłam wybrać się za granicę, jak mam w zwyczaju, ale w przypadku tego zespołu nie widziałam takiej potrzeby. Mają niesamowicie oddaną rzeszę fanów w Polsce i jeśli iść na ich koncert, to tylko w Polsce. 29 sierpnia 30 Seconds to Mars wystąpili w Krakowie.

W krakowskiej Tauron Arenie byłam po raz pierwszy, i do wczoraj ostatni, w lipcu 2016 roku na pożegnalnym koncercie Black Sabbath. Miejsce robi na mnie olbrzymie wrażenie przede wszystkim tym, jak prezentuje się z zewnątrz. W środku już bardziej przypomina typową halę sportowo-rozrywkową. Nowoczesną, dobrze zorganizowaną, klimatyzowaną i jak wiadomo, jedną z najchętniej odwiedzanych przez zagraniczne gwiazdy.

Niewiele brakowało, a byłby to kolejny koncert 30 Seconds to Mars w Polsce bez mojego udziału.

Ostatecznie doszłam do wniosku, że skoro i tak chcę pojechać gdzieś odpocząć, może być to Kraków, a w plan wyjazdu mogę wkomponować ich koncert. Tym razem wyjątkowo nie zależało mi na tym, żeby stać na płycie. Jak wiesz, z koncertowych relacji, w większości przypadków wybieram miejsca stojące. Dają one największe doznania emocjonalne, najlepsze doznania wizualne, ale też męczą i wymagają poświęcenia, czasami naprawdę sporej, ilości czasu na „wystanie” dobrej pozycji pod sceną.

To nie tak, że 30 Seconds to Mars nie są tego warci, ale tym razem moim celem było po prostu wzięcie udziału w ich koncercie. Cały wyjazd do Krakowa miał bowiem upłynąć pod znakiem… nic nie robienia. Opowiem o tym nieco później. Po koncercie muszę przyznać, że genialnie obserwuje się tętniącą życiem płytę, na której ludzie fantastycznie się bawią, żywo reagują i przeżywają jedną z najlepszych muzycznych nocy życia. Naprawdę nieczęsto mam okazję oglądać taki tłum z odległości. Widzieć, jak bawi się cała płyta, jak energia roznosi się po całym obiekcie. Jak morze rąk unosi się do góry i wykonuje gesty zaproponowane przez artystę. Jak następuje „zryw” i tłum zaczyna przesuwać się do przodu pokazując, że wcale nie jest tak ciasno, jak mogłoby się wydawać.

Polski pierwiastek, Natalia Nykiel

Przed 30 Seconds to Mars, punktualnie o 19:30 na scenie pojawiła się ubrana w odblaskowy płaszcz Natalia Nykiel. Dziewczyna, której nie sposób nie znać, jeśli człowiek interesuje się polskim przemysłem muzycznym. Dla mnie to artystka, która o ile wyszła z talent show obronną ręką, nigdy nie przekonała mnie do swojej muzyki. Nie uważam, żeby sygnowała swoim nazwiskiem złą muzykę, ale nie zachwyciłam się jeszcze żadną z jej piosenek.

Z reguły bardzo sceptycznie podchodzę do supportów. Mimo upływu lat wciąż mogę na palcach jednej ręki policzyć koncerty, na których support zapadł mi w pamięci. W przypadku tego koncertu ucieszyłam się, że przed Marsami wystąpi ktoś, kogo w teorii znam, ale w praktyce zupełnie nie. Była to dla mnie okazja, żeby posłuchać Natalii na żywo i zastanowić się, czy może nie byłoby dobrze wybrać się na któryś z koncertów w ramach jej nadchodzącej trasy koncertowej V Tour.

Show Natalii nie powaliło mnie na kolana, ale muzycznie nie była to zła przygoda. Na pewno wielkim plusem jest fakt, że jej utwory nie są monotonne, co w przypadku supportów zdarza się niezwykle często. Wiem też, że trudno występuje się przed tak wielką publicznością, w sytuacji w której pełni się rolę „rozgrzewacza” imprezy. Trudno mi powiedzieć, czy Natalia była jakoś szczególnie zestresowana, ale o ile rodzaj muzyki, który wykonuje to nie do końca moja bajka, z całą pewnością był to mało męczący support.

Gwóźdź programu, bracia Leto

Czekając na rozpoczęcie koncertu 30 Seconds to Mars bacznie obserwowałam scenę. Patrzyłam, co z niej znika po koncercie Natalii, a co nowego się pojawia. Wiedziałam, że pod kątem produkcji Marsi nie przebiją Metalliki, ale to jest raczej sztuka, która nie uda się prędko nikomu. Na szczęście perkusja Shannona ustawiania jest z półprofilu w lewą stronę w kierunku fanów, więc miałam pewność, że przez cały czas trwania koncertu będę ją widziała. Nieco gorzej mieli ci, którzy siedzieli po prawej stronie. Ogólnie uważam, że lewa strona miała więcej szczęścia do oglądania Shannona i Jareda niż prawa…

Po występie Natalii na scenę wjechał wspomniany już zestaw perkusyjny, klawisze i inne gadżety dla muzyka koncertowego oraz teksty piosenek dla Jareda, które porozklejano w jego części sceny. Oczywiście po lewej stronie. Zespół zjawił się na scenie około 20:40, a w momencie, w którym zapadła ciemność rozległ się ten charakterystyczny, pełen ekscytacji krzyk zgromadzonego tłumu.

Koncert nie był wyprzedany. Płyta była jednak pięknie zapełniona, a pojedyncze wolne miejsca na trybunach nie rzucały się w oczy. Pozytywnie zaskoczyła mnie tak duża frekwencja, bo był to już drugi koncert Marsów w Polsce w 2018 roku i ich dziewiąty w Polsce w ogóle. Wiem, że mają tysiące wiernych i oddanych fanów, jednak najnowszą płytą, America, raczej nie zdobili tak wielu nowych, jak po wydaniu This Is War. Mimo to, jak widać, mogliby grać w Polsce nawet trzy razy w roku. Fani bardzo wielu artystów mogą zazdrościć fanom Marsów tak częstych wizyt ich idoli.

Wszyscy, którzy zachęcali mnie do wybrania się na koncert i mówili, że nie będę rozczarowana mieli rację! Trudno być rozczarownym energicznym koncertem, na którym wokalista lgnie do ludzi, co chwilę zachęca ich do wspólnego śpiewania i łapie kontakt wzrokowy z osobami z pierwszych rzędów. To jest dokładnie to, co zawsze najbardziej doceniam na koncertach. Uwielbiam energiczne koncerty, które potrafią naładować wewnętrzny akumulator na kilka(naście) dni.

Umiem przymknąć oko na wokalne niedokonałości, na problemy techniczne, czy inne tego typu aspekty, ale energia muzyków i sposób, w jaki przelewają ją na widownię są dla mnie bardzo ważne. O tym, że Jared Leto ma charyzmę wiedziałam. O tym, że jest świetnym performerem, który kradnie serca fanów również wiedziałam. Zastanawiałam się tylko, jak śpiewa na żywo – czy jest w tym fenomenalny czy dobry? Biorąc pod uwagę chórki i inne szmery bajery stwierdzam, że przy bieganiu, skakaniu i dbaniu o to, żeby raz pomachać do ludzi na trybunach, a zaraz podbiec do tych z przeciwnej strony, wokalnie wypada dobrze. Czy to krytyka z mojej strony? Nie, wręcz przeciwnie. Dostałam dokładnie to, czego się spodziewałam.

Koncertowa setlista, przy tego typu trasach, przeważnie nie jest wielkim zaskoczeniem. Coraz mniej jest dużych zespołów (grających naprawdę dużo, często i na całym świecie), które często zmieniają zestaw granych piosenek. Łatwo jest więc sprawdzić, co zostanie zagrane, a i bez sprawdzania można w ciemno wytypować te największe przeboje, bez których koncert po prostu nie może się odbyć. Ja, jako wielka fanka albumu This Is War, chciałam usłyszeć maksymalnie jak największą liczbę utworów z tej płyty. Padło na cztery utwory – Kings and Queens, This Is War, Hurricane i Closer to the Edge. Były też dwie piosenki z albumu A Beautiful LieThe Kill i From Yesterday.

Dzięki tej płycie tak naprawdę po raz pierwszy usłyszałam o 30 Seconds to Mars. To były czasy MTV2, które bardzo namiętnie emitowało teledysk do The Kill (Bury Me). Wtedy, chociaż muzycznie Marsi mi się podobali, nie mogłam przekonać się do wizerunku Jareda. Przy albumie This Is War, gdy Jared wyglądał normalniej, ale wciąż dziwnie, wizerunek bardziej pasował mi do tego, co grali. Bardzo podobają mi się też wszystkie teledyski z tego albumu. W temacie wizerunku Jareda mogę powiedzieć tylko tyle, że nadal nosi się w dziwny, specyficzny i charakterystyczny sposób. Do tego stopnia, że gdy dzień przed koncertem minęłam go na jednej z krakowskich ulic zwróciłam uwagę jedynie na jego „popisaną” koszulkę Gucci.

Podczas koncertu pojawiły się też trzy piosenki z albumu Love, Lust, Faith + Dreams, czyli następcy This Is War. Zespół zagrał City of Angels, Do or Die i Up in the Air. Lubię ten album, pamiętałam te utwory, ale nie wracam do tej płyty tak często, jak do jej poprzedniczki. Ogólnie przy Love, Lust, Faith + Dreams odczuwałam już pewien przesyt Marsami i ich poczynania przestały mnie interesować. W setliście, co w pełni zrozumiałe, dominowały utwory z najnowszego albumu grupy. O płycie America pisałam w Shortexcie. Do dziś uważam, że to najsłabsza płyta w ich dorobku, ale są piosenki, które na żywo brzmią zdecydowanie lepiej niż na płycie i dostają drugie, lepsze życie. Mam tutaj na myśli Hail to the Victor, Dangerous Night i Live Like a Dream. Usłyszenie na żywo Walk on Water to z kolei genialna klamra do wakacji 2017 i 2018, bo utwór ukazał się, gdy byłam w Sopocie i pamiętam, jak słuchałam go na plaży! O piosence wspominałam w Muzycznych szortach.

To, co w przypadku nowych piosenek zaskoczyło mnie negatywnie to Jared wspomagający się tekstami piosenek. Nawet nie udawał, że z nich nie korzystał prosząc ekipę techniczną o włączenie światła na kartki. Zaskoczyło mnie to dlatego, że album ukazał się już kilka miesięcy temu, zespół sporo z nim koncertuje, a sam Jared jest przecież aktorem, więc nie powinien mieć kłopotu z zapamiętaniem tekstów. Nawet do tych utworów, które na płycie pojawiły się, jako duety z innymi muzykami.

Wróćmy jednak do pozytywnych zaskoczeń. Wśród nich znalazło się podwójne powtórzenie mostka Hail to the Victor w celu nagrania ujęć do teledysku, odśpiewanie fragmentu Alibi a capella, czy autorska piosenka o pierogach, której można posłuchać na moim profilu na Instagramie. Bardzo dużo fragmentów koncertu rejestrowano, więc operator praktycznie nie schodził ze sceny. Ta była niestety dość uboga – oprócz wspomnianych już instrumentów był tylko ekran ustawiony na końcu, na którym wyświetlały się animacje. Podczas jednego z utworów w tłum starano się rzucić większe i mniejsze piłki, ale te zamiast polecieć do końca, a przynajmniej wgłąb hali, wracały na scenę. Widok był komiczny, bo ekipa technicznych co chwilę wchodziła na scenę po to, żeby kopnąć lub odbić piłkę. W pewnym momencie jeden z technicznych miał już dość tej przepychanki i pełen złości wyrzucił piłkę za kulisy.

Koncert trwał mniej więcej półtorej godziny – z podkreśleniem słowa więcej. Na zakończenie, tradycyjnie zabrzmiało Closer to the Edge, a Jared poświęcił sporo czasu, żeby wybrać z tłumu ze trzydzieści osób, które pojawiły się na scenie. Pośród nich były dzieci – dziewczynka, której Jared podarował rzucony na scenę bukiet kwiatów oraz chłopiec, który sądząc po energicznych ruchach, wyrasta na muzyka. Był to naprawdę bardzo uroczy widok. Równie uroczy, jak mały chłopiec (na oko 8 letni) siedzący przede mną, który miał koszulkę 30 Seconds to Mars, wymalowaną twarz i całym sobą przeżywał koncert. Aż się łezka kręci w oku!

Był to też utwór, na którym wykorzystano konfetti, drugi gadżet koncertu, choć największym gadżetem, w moich oczach, były flagi, z którymi fani chodzili lub po prostu stali, w tłumie. Wyglądały genialnie i jest to kolejna rzecz, która potwierdza, jak oddanych fanów ma 30 Seconds to Mars. Byłam w swoim krótkim życiu na wielu, naprawdę wielu koncertach, ale nigdy nie widziałam halowego koncertu z taką liczbą flag na płycie.

Pierwszy koncert 30 Seconds to Mars w życiu zaliczony! Cel został osiągnięty! Marzenie sprzed kilku lat zrealizowane. Wrażenia bardzo pozytywne, energia odebrana i zachowana na kilka najbliższych dni. Chętnie powtórzę tę przygodę przy kolejnej nadarzającej się okazji. Może tym razem skuszę się na ścisk w tłumie?

Podobne Posty