Al Di Meola wystąpił w londyńskim Barbican

Poprzedni koncert Ala w Londynie nie utkwił w mojej pamięci jako jedno z najlepszych doświadczeń muzycznych mojego życia. Od strony muzycznej jak zwykle było doskonale, ale Ronnie Scott’s Jazz Club to zdecydowanie nie jest miejsce koncertowe dla Ala. Al szczęścia do Londynu nie ma, ale wreszcie zorganizowano mu koncert w prawdziwej sali koncertowej, w centrum kulturowym Barbican.

Interesujące, nowoczesne miejsce w okolicy o nietypowej architekturze. Koncert reklamowano muzyką Beatlesów, bo jeśli jeszcze nie wiecie, Al Di Meola ma ją w swoim repertuarze, ale mimo to koncert się nie wyprzedał. Na szczęście sala nie świeciła pustkami – wolnych było może 20% miejsc. Najważniejsze jednak jest to, że ci co przyszli, zdawali się być bardzo zadowoleni i przyjęli Ala z kolegami bardzo ciepło.

Al przyjechał do Londynu w towarzystwie drugiego gitarzysty – Peo Alfonsi i akordeonisty Fausto Beccalossi, czyli z małymi przerwami skład, który w koncertach akustycznych towarzyszy mu już niemal od 10 lat. Cały czas nie mogę odżałować, że odnosząca sukcesy już od kilku lat trasa elektryczna Elegant Gypsy & More zarezerwowana jest tylko dla Stanów Zjednoczonych, ale nie tracę nadziei.

Akustyczne koncerty Ala są nie mniej elektryzujące

A do tego Al pozostaje nieustannie kreatywny i tego wieczoru w Barbican zaprezentował kilka nowych kompozycji, które znaleźć się mają na nadchodzącym nowym studyjnym albumie, którego premiera zaplanowana jest obecnie na luty 2018 roku. Nowe kompozycje wypadły zdecydowanie ciekawiej niż większość z tych, które znalazły się na poprzednim albumie, Elysium, który jakoś niespecjalnie mnie porwał.

Pierwsza z nich, zatytułowana Milonga Noctiva, zaintrygowała mnie zagmatwanymi partiami o bardzo różnych podziałach rytmicznych i tempach oraz melodiami, które przywiodły mi na myśl drugą płytę World SinfoniaHeart of the Immigrants. Skojarzenia jak najbardziej przyjemne, oby wersje studyjne dorównywały też poziomem produkcji wspomnianemu albumowi.

Podobnie różnorodny był kolejny utwór, zadedykowany najnowszej córce Ala – Ava’s Dream Sequence Lullaby. Tytuł nawiązujący do alowych tradycji, sam utwór zaś także był dosyć długi i zawierał wiele bardzo różnych partii. Nie jest to łatwy materiał i z pewnością trzeba będzie się z nim w skupieniu zapoznać, gdy płyta ujrzy światło dzienne.

Nie zabrakło w secie także odrobiny klasyki, muzyki Piazzolli i Beatlesów. McCartney i Lennon reprezentowani byli przez Because i She’s Leaving Home. Spokojne utwory, które z chęcią wymieniłbym w secie na jakiegoś alowego klasyka. Piazzolla obecny był w chyba najlepszych aranżacjach utworów Ala, czyli kończącym pierwszy set Double Concerto i obecnym na każdym gigu, pięknym Café 1930.

Było sporo muzyki autorskiej z ostatnich albumów studyjnych, jak Mawazine, Brave New World, Adour i Stephanie’s Theme. Była też obowiązkowa porcja z tzw. alowej klasyki, do której już chyba można zaliczyć Turquoise, które zakończyło drugi set, a na ostatni bis Al wykonał oczywiście Mediterranean Sundance, które poderwało publiczność do radosnego klaskania.

Al został pożegnany długimi i głośnymi owacjami na stojąco – publiczność z początku wydawała się być nieco zdystansowana, ale z każdym kolejnym utworem podobało się coraz bardziej. Świetnie, że Al nareszcie mógł zagrać w Londynie pełnoprawny, dwugodzinny koncert, z dobrym przekrojem przez jego bogatą muzykę i na dużej scenie w świetnym venue o znakomitej akustyce.

Miło jest raz na jakiś czas ponownie wybrać się na koncert Ala i obejrzeć go jak dawniej, z perspektywy słuchacza, fana. Czas mija nieubłaganie, a ja wciąż mocno wierzę w to, że dane mi będzie zobaczyć go jeszcze na żywo w klasycznym ujęciu elektrycznym, czy to w Europie, czy jednak w Stanach.