Wychodząc z mojego ostatniego koncertu Amy Macdonald w Royal Albert Hall, mimo że nie było to nasze pierwsze spotkanie w tym roku, byłem tak nienasycony jej muzyką na żywo, że rozważałem wybranie się latem na jeden z festiwalowych występów w okolicy Londynu. Moja cierpliwość została jednak wynagrodzona. Amy prędko zapowiedziała jesienną, akustyczną trasę po małych klubikach w UK, a jakby tego było mało, postanowiła zainicjować jeszcze w lecie, grając dwa bardzo małe koncerty na Wyspach.

Przy tego typu akustycznych trasach zawsze istnieje obawa, że jest to taka tania próba usprawiedliwienia drugiego legu odbywającego w tych samych miastach, ale bez muzyków towarzyszących czy wymyślnej produkcji. Amy sprawdza się na żywo fantastycznie, ale duży udział w mocy jej koncertów tkwi w świetnych instrumentalizacjach i wysmakowanym brzmieniu, które teoretycznie mogłoby nie najlepiej przełożyć się akustyczną odsłonę.

Dobry artysta zainteresuje słuchacza tylko przy pomocy własnego głosu i jednego instrumentu, ale czy to wystarczający powód, żeby robią całą trasę w takim stylu? Na szczęście w przypadku Amy tego typu obawy okazały się bezpodstawne. Po raz kolejny stanęła na wysokości zadania!

Scena w klubie Omeara w południowym Londynie, gdzie wystąpiła Amy, jest wręcz mikroskopijna! Dość powiedzieć, że już listopadowy gig w Islington Assembly Hall był relatywnie mały, jak na artystkę tego formatu (niecałe 900 miejsc). A co dopiero klubik mogący pomieścić zaledwie 350 osób! Do tego naprawdę malutka, niska scena, z trudem mieszcząca wszystkich trzech muzyków towarzyszących. Przestrzeń sceniczna była jednak zajęta w 100%, nie było więc mowy o radosnym kicaniu po scenie. Wszyscy muzycy z wyjątkiem Amy przybrali pozycje siedzące.

Wiązałem spore nadzieje z nowymi aranżacjami. Akustyczna wersja 4th of July zaprezentowana na poprzednich koncertach absolutnie mnie oczarowała. Pomyślałem więc, że jeśli mam szansę wysłuchać kilkunastu utworów w podobnych aranżacjach, to czeka mnie nie lada uczta.

Koncert zaczął się od przyjemnego, spokojnego, narastającego brzmienia akordeonu, które było skromnym wprowadzeniem do Under Stars. Ten tytułowy, otwierający nową płytę utwór, podobnie jak podczas poprzedniego legu, otworzył także ten set. Po chwili Amy chwyciła już za gitarę akustyczną (zdecydowanie bardziej komfortowo czuje się na scenie dzierżąc w swoich wytatuowanych ramionach wiosło) i usłyszeliśmy Spark. Co ciekawe, był to jedyny tego wieczoru utwór z albumu A Curious Thing.

Dominujące były oczywiście utwory z Under Stars, dlatego po chwili Amy wróciła do tego albumu z żywiołowym wykonaniem Dream On. Kawałek zdaje się być zawsze dobrze przyjęty przez fanów Amy, którzy wtórują jej w śpiewaniu wpadających w ucho refrenów.

Mi jednak najbardziej spodobała się akustyczna aranżacja Pride, które w normalnej wersji nie porywa mnie tak bardzo. Na tym gigu piosenka ta miała w sobie jednak ten sam pierwiastek wyjątkowości, co wcześniej wspomniane 4th of July. Instrumentalizację utworu przygotowano po prostu perfekcyjnie, a do tego znakomicie zbalansowano miks i otrzymujemy pełne, przestrzenne brzmienie. Pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że kawałek ten zyskał na odarciu go z instrumentów. Łatwiej było bowiem docenić subtelności wykonania w bardziej klarownym, selektywnym brzmieniu. Słuchało się tego tak przyjemnie, że jak dla mnie kawałek mógłby trwać jeszcze z 10 minut.

Amy to gaduła.

Lubi wpleść anegdotki między utworami, ale tego wieczoru w Omeara było ich wyjątkowo dużo. Nie zabrakło nawet uszczypliwych przekomarzanek z publicznością. Amy przyznała, że granie w tak małym venue jest świetne, ale zarazem przerażające, bo widzi z bliska twarze publiczności. W pewnym momencie ktoś krzyknął do Amy, że ma tatuaże. „Tak, mam. 10 punktów za spostrzegawczość!” – odparła. „Wyglądasz świetnie!” – fan próbował się zrehabilitować. „20 punktów!” – odpowiedziała Amy.

Przed wykonaniem piosenki Run artystka opowiedziała historię tego utworu. Nie jest to mój ulubiony kawałek i to wykonanie niczego nie zmieniło. Kolejne na liście było Never Too Late, wykonane przez Amy, podobnie jak na poprzednich koncertach, jedynie przy akompaniamencie pianina. Prawdziwy pokaz umiejętności wokalnych i jedna z lepszych piosenek na Under Stars. Publiczność była tak cichutko, że czyjeś nieudanie stłumione kichnięcie dokładnie w środku jednej z pauz pod koniec ostatniego refrenu słychać było chyba w całym pomieszczeniu.

Następnie przyszedł czas na pierwszy prawdziwie „imprezowy” kawałek – mój ulubiony Mr Rock & Roll. Publiczność już od pierwszych akordów porwała się do radosnego klaskania i oczywiście śpiewania w trakcie refrenów. To był ten pamiętny moment w Royal Albert Hall kiedy publiczność po raz pierwszy porwała się z miejsc i podobnie tutaj nastąpiła eksplozja pozytywnych emocji. Genialny koncertowy kawałek!

Podczas kolejnej przemowy Amy droczyła się z publicznością, wskazując na osoby, które bawiły się telefonami podczas poprzedniej piosenki. „Shame on you guys!” Potem podziękowała za wsparcie fanów w tym cyklu płytowym, dodając „do wszystkich tych, którzy albumu jeszcze nie kupili – to wasza wina, że był tylko numerem 2. Shame on you!”

Kolejne było Leap of Faith z nowego albumu, które usłyszałem na żywo po raz pierwszy!

Utwór świetnie się sprawdził w akustycznym settingu, z rytmicznym kontrabasem i bałałajką dodającą mu lekkości. Usłyszeliśmy także kolejne utwory z Under Stars: Automatic, podczas którego znów publiczność pokazała się z dobrej strony i Down By the Water, niestety bez gościnnego udziału Juliet Roberts, może na właściwej trasie się pojawi.

Zbliżając się do końcówki głównego setu usłyszeliśmy poruszające Prepare to Fall, które zwyczajowo Amy wykonała bez zespołu, jedynie sama sobie akompaniując na gitarze. Tym razem jednak nie zerwała struny, jak to miało miejsce w Royal Albert Hall. Mimo że Under Stars to nie jest najlepszy album Macdonald, jednego nie można mu odmówić – w niektórych utworach Amy sięgnęła naprawdę daleko w kwestii wokalu, a co najważniejsze, potrafi te momenty bezbłędnie odtworzyć na żywo. Końcowa wokaliza zrobiła na mnie po raz kolejny kolosalne wrażenie!

Główny set nie mógł zakończyć się inaczej niż This Is the Life, oczywiście z czynnym śpiewaniem publiczności i bardzo energetycznym wykonaniem ze strony Amy. Co tu dużo mówić, to kawałek, który definiuje jej styl, niepodrabialny i drugi raz już tak wyjątkowej piosenki pewnie Amy nie napisze. Całkiem więc słusznie wybiera się ją na zamknięcie setu.

Po kilku minutach euforycznego wywoływania na bis (londyńska publiczność po raz kolejny pokazała, na co ją stać), Amy wróciła na scenę sama, ale zanim zaczęła grać następną piosenką, zażartowała z faktu, że klub jest taki mały, że i tak wszyscy widzieli jak stoi z boku sceny udając, że jej nie ma…

Na pierwszy bis Amy zdecydowała się wykonać cover Bruce’a Springsteena, Dancing in the Dark. Nie tylko nie wykonywała tej piosenki od kilku lat, wspomniała także, że przyszło jej wykonywać ją z kilkoma różnymi orkiestrami (w ramach serii koncertów Night of the Proms). Publiczność zdawała się dobrze znać ten utwór i subtelnie wtórowała Amy w delikatnym śpiewie.

Na sam koniec na scenie pojawili się ponownie wszyscy muzycy, by wykonać razem jeszcze jeden kawałek – Poison Prince. Ta żywiołowa, atmosferyczna piosenka dobrze sprawdziła się w ramach zamykacza, ale nieco zaskoczył mnie fakt, że nie pokuszono się o zwyczajowe Let’s Start a Band. No cóż, nie można mieć wszystkiego, może akurat ten kawałek nie sprawdzał się w takiej konwencji.

We wtórze euforycznych oklasków Amy wraz z kolegami ukłoniła się publiczności i zniknęła w kuluarach tym razem na dobre, jak zawsze pozostawiając poczucie niedosytu. Set był nieco krótszy, niż na zwyczajowej trasie, ale z nią to już jest tak, że ile by nie grała, człowiek i tak nigdy nie będzie miał dosyć. Zwłaszcza, jeśli publiczność dopilnuje, by atmosfera była naprawdę magiczna i wykonawca czuł się dobrze na scenie.

To była nie lada gratka, obserwować Amy w tak małym klubie i na tak małej scenie.

Odległość zarówno moja od sceny, jak i muzyków od siebie na scenie była tak mała, że czułem bardziej jakbym uczestniczył w próbie, a nie pełnoprawnym koncercie. Niepowtarzalne przeżycie!

Amy po raz kolejny zapewniła spektakularny wieczór pełen uzdrawiającej mocy, jaką ma muzyka grana na żywo. Perfekcjonizm wykonania i atmosfera wytworzona wspólnie z publicznością są nie do pobicia. Wyczekuję niecierpliwie listopadowego koncertu w kościółku w Hackney, na pewno będzie magicznie!