Aż kusi mnie, żeby zacząć moją piątą relację z koncertu Amy Macdonald od pytania będącego jednocześnie tytułem jednej z popularniejszych piosenek rockowych w naszym kraju. Kiedy powiem sobie dość? W drodze na koncert w Gasometer Bank Austria Halle naprawdę myślałam, że niedługo. Oglądanie jednego artysty aż pięciokrotnie podczas w zasadzie jednego cyklu płytowego nie jest dla mnie czymś naturalnym. W większości przypadków już dawno poczułabym się znudzona, zmęczona monotonną setlistą i powtarzającymi się anegdotkami płynącymi ze sceny. Z Amy jest inaczej. Amy Macdonald jest jak wino – im starsza, tym lepsza.

Wypadałoby raczej powiedzieć, że im bardziej wkręcona w koncertowe życie tym lepsza. Aktualnie Amy koncertuje po Europie w ramach trasy promującej niezbyt interesujące wydawnictwo. Jesienią ubiegłego roku ktoś powiedział jej, że nadszedł czas, aby odciąć kupon i wydać zestaw największych przebojów. Tak narodziła się płyta Woman of the World (The Best of 2007-2018), na której znalazły się single z wszystkich czterech studyjnych krążków Szkotki oraz dwie premierowe piosenki. Było też kilka wersji akustycznych, ale w gruncie rzeczy nie jest to wydawnictwo warte… pieniędzy. Zwłaszcza, gdy ma się wszystkie studyjne albumy.

Plusem wydania Woman of the World (The Best of 2007-2018) okazała się ogłoszona jeszcze przed premierą albumu trasa koncertowa oraz pewne zmiany w koncertowej setliście. Pojawiły się dwa utwory, których wcześniej nie słyszałam na żywo, a większość piosenek wykonywana jest w zupełnie nowych, okrojonych aranżacjach. Macdonald ponownie zdecydowała się zrezygnować z wszystkiego, co elektryczne i postawić na trasę akustyczną z orkiestrowymi elementami. Podczas promocji albumu Under Stars (recenzję płyty publikowałam tutaj) zdarzało jej się grać z towarzystwem instrumentów smyczkowych, ale tym razem odstawiono w kąt także perkusję.

Do Austrii Amy przyjechała więc z nowym zespołem, lżejsza o gitary elektryczne i perkusję, ale wyposażona w skrzypaczkę i wiolonczelistkę. Wszystkie, nawet te najbardziej znane i oczywiste utwory w setliście, jak This Is the Life czy Mr Rock & Roll dostały nowe życie. Aż trudno uwierzyć, że grając koncert w kościółku St John at Hackney (relacja tutaj) wspomniała, że niezbyt pewnie czuje się na scenie bez gitary w ręku. Była to jesień 2017 roku. Amy dosłownie na kilka chwil odstawiała gitarę. Po dwóch latach, na własne życzenie, odkłada ją niemalże co drugą piosenkę pozwalając, aby utwór pierwotnie skomponowany na gitarze akustycznej wybrzmiał z pomocą pianina, smyczków czy wsparty o akustyczną gitarę basową.

Nie oznacza to jednak, że koncerty są spokojne, nużące czy pozbawione energii. Każdy, kto choć raz był na koncercie Macdonald wie, że naprawdę można byłoby jej odłączyć prąd, a i tak dałaby rewelacyjny koncert! To nie jest dziewczyna, która potrzebuje głośników, żeby narobić hałasu i porwać publiczność do zabawy. Przypomniała mi o tym koncertem w Gasometer, ale też pomogła znaleźć odpowiedź na pytanie: dlaczego, choć widziałam ją na żywo już cztery razy, w różnych odsłonach trasy, wciąż chcę więcej?

Odpowiedzią jest chyba to, o czym wspominam niemalże za każdym razem relacjonując jej koncerty. Amy Macdonald brzmi na żywo o stokroć lepiej niż na albumie. W dodatku żadna z jej koncertowych płyt nie jest w stanie oddać energii, entuzjazmu i żywiołowości jej koncertów. Jest to bardzo smutny fakt, ale jednocześnie coś, co mnie ciągnie na każdy kolejny koncert. Wiem, że będzie fantastycznie i jednocześnie mam świadomość, że tej fantastyczności nawet w małym stopniu nie odda żadne koncertowe wydawnictwo. Jeśli nie doświadczę tego sama, nie kupię tego w sklepie czy nie posłucham w streamingu.

Koncert w Wiedniu rozpoczął się singlem Woman of the World, który Amy zaśpiewała bez akompaniowania sobie na gitarze. Później zabrzmiało Spark, a po nim przyszedł czas na pierwszą rozmowę z fanami. W pierwszym rzędzie stał niejaki Benjamin. Chłopak, który ustawił się pod Gasometer Bank Austria Halle na kilka godzin przed otwarciem bram, był pierwszy i zdobył wymarzone miejsce na wprost mikrofonu Amy. Przygotował sobie kawałek materiału, na którym napisał wiadomość do piosenkarki – napisał, że jest to jego siódmy koncert Amy w Austrii i że chciałby ją poznać osobiście.

Po zaśpiewaniu Spark Amy odczytała komunikat na głos żartując, że jak na marzenie to jest ono dość… gówniane. Tak, to charakterystyczne dla Amy poczucie humoru. Później zagrała Pride, The Rise & Fall oraz Never Too Late. Po tym, dość jednak klasycznym zestawie piosenek pojawił się jeden z obowiązkowych utworów, Mr. Rock and Roll a niespełna trzy tysiące fanów zebranych w Gasometer miało szansę przypomnieć sobie, że Macdonald oznacza power, nawet bez perkusji i gitarowych riffów.

Przed następnym utworem Amy opowiedziała kolejną historię. Pod tym względem koncert w Wiedniu był najbardziej „gadatliwym” koncertem Amy, na jakim przyszło mi być. Ona zawsze chętnie zagaduje publiczność, reaguje na zaczepki i sama zaczepia, ale podczas tego koncertu mówiła naprawdę dużo. Opowiadała historie piosenek a większości z nich nie znałam. Na przykład przed zagraniem Leap of Faith wspomniała, jak zaproponowano jej podpisanie kontraktu płytowego, ale w tym samym czasie przyjęto ją także na studia.

Nie była pewna, co powinna zrobić, bo „rynek muzyczny jest bardzo nieprzewidywalny. To, co jednego dnia się podoba, następnego do niczego się nie nadaje”. Po rozmowach z rodzicami i namyśle uznała jednak, że spróbuje, a uczelni dała znać, że chce spróbować zostać gwiazdą rocka. „Odpisali mi, że przez rok przytrzymają moje miejsce. Po roku zapytali, czy od nowego semestru zaczynam naukę. Nie odpisałam im”. Przez rok zdążyła nagrać materiał na debiutancki album. Na studia nie miała już czasu.

Następna w setliście była piosenka Dream On, a później pojawiły się dwa utwory, na które czekałam – Don’t Tell Me That It’s Over oraz Give It All Up. Gdyby uważnie przeanalizować setlisty Amy można dostrzec, że niezbyt często gra piosenki z drugiej studyjnej płyty. Na tej trasie postawiono jednak na pewien rodzaj równowagi – nadal dominują piosenki z ostatniej studyjnej płyty, Under Stars, ale z debiutanckiej płyty This Is the Life i drugiego albumu, A Curious Thing grane są po cztery utwory. Dwie piosenki pochodzą natomiast z Life in a Beautiful Light, a jedna, tytułowa, z wspomnianej składanki.

Dzięki temu rozwiązaniu mogłam po raz pierwszy usłyszeć na żywo What Happiness Means to Me pochodzące właśnie z drugiej płyty, pierwszy raz od pamiętnego koncertu w Royal Albert Hall (relacja tutaj) utworu Don’t Tell Me That It’s Over oraz Left That Body Long Ago, piosenki z poprzedniej studyjnej płyty, którą Amy zaczęła grać dopiero na tej trasie! To niezwykle wzruszający, przejmujący i smutny utwór.

Napisała go myśląc o babci, która chorowała na Alzheimera i która fizycznie była pośród żywych, ale, jak mówi sam tytuł piosenki, ciało opuściła dawno temu. Przed rozpoczęciem utworu Amy przytoczyła pokrótce historię swojej babci, opowiedziała, jaką była fantastyczną kobietą, która nie dożyła momentu, w którym jej wnuczka zaczęła grać własne, duże koncerty. Myślę, że nie było na sali osoby, która nie wzruszyłaby się słuchając tej historii, a później patrząc na Amy stojącą samotnie na scenie z gitarą i śpiewającą słowa tego utworu.

Na zakończenie pojawiły się jeszcze dwa utwory obowiązkowe – Life in a Beautiful Light i Poison Prince, trzecia obok Mr. Rock and Roll i Let’s Start a Band (tej piosenki nie ma obecnie w setliście) moja ulubiona szybka piosenka z repertuaru Amy. Cały występ trwał ponad półtorej godziny, zagrano dziewiętnaście piosenek, na które publiczność reagowała niesamowicie.

Bywały momenty, w którym głośne śpiewanie czy klaskanie w rytm muzyki dosłownie zagłuszały muzykę. Zdecydowanie nie bez powodu Amy ogłosiła, że był to najgłośniejszy koncert całej trasy, a wiedeńska publiczność po raz kolejny zdobyła tytuł tej najwspanialszej. Tym bardziej cieszę się, że nie powiedziałam sobie dość po lipcowym koncercie w Dreźnie. I czuję, że powiem sobie dość dopiero wtedy, gdy Amy zdecyduje się zrobić sobie dłuższą przerwę. A myślę, że to już niedługo…