Na kilka miesięcy przed premierą swojego nowego albumu Amy Macdonald postanowiła zagrać dwa małe koncerty na Wyspach, w tym jeden w Londynie. Była to druga, po KT Tunstall, artystka ze Szkocji, której słucham już od paru lat, ale jeszcze nie miałem okazji zobaczyć jej na żywo. I była to też moja pierwsza wizyta w Islington Assembly Hall, które stało się jednym z moich ulubionych klubów w Londynie!

Pomyślałem, że nie wypada nie skorzystać z okazji, by zobaczyć artystkę tego formatu w tak małym venue. Publiczność zgromadzona w hali była w różnym wieku, ale przeważały osoby dojrzałe, nie było więc żadnego głupiego ścisku ani przepychania się pod scenę. Zająłem więc sobie dogodne miejsce w trzecim rzędzie dokładnie na wprost głównego mikrofonu Amy.

Z miejsca urzekła mnie dekoracja – minimalistyczna, ale niezwykle skuteczna w budowaniu kameralnego klimatu: tył sceny przykryty był materiałem, a z góry zwisały żarówki. Przypomniało mi to oprawę koncertów Paramore z ich najlepszej trasy promującej brand new eyes w 2009 roku.

Gdy Amy wraz z zespołem pojawiła się na scenie, wiedziałem, że to będzie wyjątkowy wieczór.

To jedna z tych osób, dysponujących niezwykłą aurą, których sama obecność w pomieszczeniu poprawia samopoczucie. Efekt ten tylko się umocnił, gdy zabrzmiały pierwsze dźwięki otwierającej set piosenki The Rise and Fall z nadchodzącego albumu. Wszystko brzmiało znakomicie: Amy towarzyszą dobrze zgrani muzycy, brzmienie było ciepłe i przestrzenne, a wokal nie odbiega od tego z wersji albumowych. Pełen profesjonalizm!

Widać, że Amy ma dużo wiary w swój nadchodzący czwarty album, bo odważyła się otworzyć set nową, nieznaną jeszcze ludziom zbyt dobrze piosenką. Szybko jednak poczęstowała nas także klasykami ze swoich starszych płyt: Poison Prince z debiutanckiego albumu This Is the Life oraz Spark z A Curious Thing.

Kolejną nową piosenką było wydane kilka tygodni później oficjalnie jako singiel Dream On, które świetnie wypadło na żywo! Muzycy towarzyszący Amy są skuteczni w chórkach, będącymi nieodzowną częścią tej piosenki. Mi jednak o wiele bardziej przypadł do gustu kolejny klasyk z pierwszej płyty, Mr. Rock & Roll, który z miejsca stał się moją ulubioną piosenką w repertuarze Amy.

W tym momencie już wiedziałem, że zapamiętam ten koncert jako jeden z najlepszych, na jakich byłem, a Amy pewnym krokiem dołącza do grona moich ulubionych artystów, na których koncerty chodzę przy każdej możliwej okazji.

Przyszła pora na Slow It Down z albumu Life in a Beautiful Light, od którego zaczęła się moja przygoda z Amy. Przed piosenką piosenkarka przeszkoliła publiczność z zakresu śpiewania wokaliz, będących nieodłączną częścią utworu. Zrobiła to w dowcipny sposób i nie był to jedyny moment, w którym zamieniała się na scenie w solidnego żartownisia.

Opowiadała między innymi o tym, że minęły już 4 lata od premiery jej ostatniego albumu i przez ten czas grała na coraz większych scenach, miło jest więc znów dla odmiany być na tak małej scenie – wystarczy się odwrócić do perkusisty i on tam jest, nie trzeba do niego iść 5 minut. Poza tym, wspomniała też o ogromnym tatuażu, który pojawił się na jej ramieniu.

Gdy po dłuższej przerwie pojawiła się w swojej wytwórni płytowej, pracujący tam ludzie myśleli że jest z Metalliki…

To właśnie ze sceny Amy zapowiedziała swoją trasę w 2017 i ogłosiła, że zagra także w Royal Albert Hall. Z charakterystycznym dla siebie urokiem stwierdziła, że ma nadzieję, że dzisiejszy koncert spodoba się publiczności i że wszyscy przyjdą także na ten kolejny, ale jeśli nie… to też w porządku. W Polsce też zagra, chociaż wtedy o tym nie wspomniała. Koncerty odbędą się w marcu w Poznaniu i w Warszawie.

Macdonald jest świetna w nawiązywaniu kontaktu z publicznością. Gdy między piosenkami ktoś do niej coś krzyknie, ta na ogół odpowie. Nie unika kontaktu wzrokowego z pojedynczymi osobami i potrafi przytrzymać wzrok na kimś dłużej, co zamienia się w swoistą batalię o to, kto pierwszy wymięknie i odwróci wzrok. Z racji tego, że stałem blisko i dokładnie na wprost niej, nie ominęła mnie ta atrakcja i przypomniało mi to podobne wymiany z Katy Perry w 2010 roku.

Innym razem Amy wypatrzyła na balkonie dziewczynę, która non stop energetycznie tańczyła do jej piosenek, co artystka skomentowała krótko, mówiąc że tańczyć do takiej muzyki do niezły wyczyn i że jest pod wrażeniem.

Wracając do muzyki – po Slow It Down usłyszeliśmy kolejny utwór z trzeciego albumu, 4th of July, ale w nowej aranżacji. Amy wspomniała, że inspiracją do nieco spokojniejszej, „smutnej” wersji stały się niedawne wybory prezydenckie w USA. Absolutnie oczarowała mnie ta nowa wersja 4th of July!

Bardzo często wersje „akustyczne” rozczarowują, bo muzykom brakuje na nie pomysłu – ot, gra sobie jedna lub dwie gitary akustyczne i na tle takiego akompaniamentu wokalista odśpiewuje sobie utwór w ten sam sposób. Amy i jej zespół pokazali, jak się robi tego typu „przeróbki” – brzmienie gitary akustycznej i bardzo subtelne tło muzyczne wraz z bezbłędnym, delikatnym wokalem Amy na pierwszym planie zesłały ciary na mój kręgosłup.

Wracamy do A Curious ThingThis Pretty Face, Don’t Tell Me That It’s Over i Love Love. Po nich przyszła pora na światową premierę kolejnej nowej piosenki, Automatic. Spośród wszystkich wykonanych tego wieczoru nowych piosenek, ta wypadła nieco monotonnie.

Następnie kolejna porcja starych hitów: Pride, Run i This Is the Life. Przy tej ostatniej piosence „impreza” rozkręciła się na dobre. Nic dziwnego, to jeden z najlepszych utworów i fantastyczna koncertowa piosenka. Główny set zamknęło Life in a Beautiful Light, po którym przyszła pora na euforyczne wywoływanie na bis i oczywiście, Amy wraz z zespołem pojawili się ponownie na scenie.

Co ciekawe, zarezerwowany na ogół dla największych hiciorów segment bisowy składał się w większej części z nowych piosenek: wykonanego solo przez Amy jedynie przy akompaniamencie gitary akustycznej Prepare to Fall (ten definitywny test na prawdziwego artystę Amy zdała na szóstkę z plusem) oraz Down by the Water, przy którym Amy wspomogła wokalnie Juliet Roberts. Czarnoskóra wokalistka została także na scenie na zamykający cały wieczór Let’s Start a Band, który całkiem słusznie wybrany został na ostatnią piosenkę.

Cóż to był za fenomenalny wieczór! Każda sekunda tego koncertu dopracowana była do perfekcji i wypełniała mieszanką zachwytu i wzruszenia. Aranżacje utworów są przemyślane i doskonale dopasowane do koncertowych warunków. Niczego nie można zarzucić akustykom, technikom, brzmieniu i oprawie.

Jak to dobrze, że są jeszcze prawdziwi artyści, którzy potrafią wypełnić całą przestrzeń muzyczną organicznymi dźwiękami prawdziwych instrumentów i wspaniałego głosu, któremu nie trzeba pomagać technologią. Barwa i specyficzna maniera śpiewania Amy nie każdemu musi przypaść do gustu, ale nie da się zaprzeczyć, że to prawdziwa artystka, która na żywo jest równie dobra co w studiu, a w dodatku jest jak najbardziej charakterystyczna, rozpoznawalna i niepowtarzalna. Nie mogę się doczekać, by zobaczyć ją ponownie na żywo w tak wyjątkowym miejscu, jak Royal Albert Hall – Amy zasługuje, by otrzymać tę scenę na wyłączność! A i w Poznaniu też mnie nie zabraknie!