Po ogłoszeniu nominacji rozpętała się malutka burza, z jeszcze mniejszymi piorunami, które protestowały przeciw dyskryminacji rasowej. Poszło o to, że do najważniejszych nagród filmowych nie nominowano w tym roku żadnego ciemnoskórego. Polały się żale na Akademię, na pomijanie Afroamerykanów i przyznawanie im bardzo małej, w porównaniu do białych aktorów, liczby ról. Później pokuszono się nawet o badania, w których wyliczano, w jak niewielu rolach obsadza się ciemnoskórych, a przypadkiem dowiedziono, że gorzej mają już tylko Azjaci, którzy główne role mogą dostać tylko w filmach o sztukach walki.

Oskarżani, czyli Akademia, nie mieli większych powodów do interwencji a bojkot w postaci odmowy obecności na ceremonii zapowiedziany przez grupę ciemnoskórych aktorów nikogo nie przestraszył. Na swoją obronę, choć w przenośni, bo to nigdy nie było podawane, jako usprawiedliwienie, Akademia miała ciemnoskórego prowadzącego. A jak powszechnie wiadomo prowadzić Oscary to rzecz wielka, powinno się za to przyznawać osobną statuetkę i orzech do zgryzienia raczej z kategorii tych trudnych. Ten zaszczytny przywilej powierzono Chrisowi Rockowi, który ujmując sprawę bardzo kolokwialnie, rozwalił system. I właśnie tego się spodziewano – żartów w stronę białych, sarkastycznych komentarzy i ogólnie mocno sarkastycznej konferansjerki.

W dzień gali, ale w gruncie rzeczy taki stan rzeczy utrzymywał się od ogłoszenia nominacji, cały świat stał się fanem talentu Leonardo DiCaprio. Facet wreszcie, nareszcie i z radością na twarzy odebrał tego diabelnego Oscara! A czekał długo, stanowczo za długo. Na otarcie łez dostał go wczoraj, i to za rolę, w której nie lśnił tak jasno, jak w poprzednich. Na drugiego nie ma już chyba co liczyć. Pytanie, czy chciałby otrzymać drugiego, czy ten środkowy palec, którym trzymał kopertę z wynikiem nie był wymownym psikusem w stronę szanownego cielska orzekającego.

Co innego może powiedzieć młodziutka Brie Larson, którą okrzyknięto najlepszą aktorką pierwszoplanową. Akademia doceniła jej kunszt włożony w film Pokój. W pełni zasłużenie i bez żadnego zaskoczenia. W końcu za tę rolę otrzymała już pokaźną gablotę nagród. Tym samym 26-letnia Brie dołączyła do grona młodych hollywoodzkich aktorek, które na półce w salonie mogą postawić złotego przystojniaka i spokojnie brnąć dalej. W przebieranie w rolach i brak obowiązku udowadniania komukolwiek czegokolwiek. Jak wpadnie następna nominacja, nagroda czy drugi przystojniak do kolekcji, będzie miło, a jak nie to przynajmniej odkurzania mniej.

Pominięto więc murzynów, ale nie zapomniano o środowisko LGBT i wszelkich przejawach odmienności płciowej. W tym roku Oscary wręcz sprzyjały temu środowisku – nagrody odbierali ludzie mocno z nim związani, a swoje mowy poświęcali na zwracanie uwagi na te wciąż peszące tematy. W USA temat jest mocno rozdmuchany, rozreklamowany i chętnie komentowany, ale moc Oscarów to przecież widowisko światowe, czyli idealna okazja, czas i miejsce do nawoływania do pokoju, akceptacji i miłości do bliźniego. Tegoroczna gala naprawdę powinna odbyć się pod hasłem: we all support LGBT, a nie we all dream in gold. Nie żeby mi to przeszkadzało, tolerancji we mnie naprawdę sporo, ale można było od razu powiedzieć, w którą zmierzamy stronę.

Zeskocznia? Jedno, ogromne i sprawiające, że przecierałam zaspane oczy ze zdumienia. Otóż niespodziewanie garść statuetek otrzymał film Mad Max, produkcja i której myślałam w kategoriach ot takiego sobie, nic nie wartego filmu. A tymczasem Akademia nagrodziła go w sumie we wszystkich drugoplanowych kategoriach, za kostiumy, scenografię i tym podobne. Kto by się spodziewał! Innych zaskoczeń nie odnotowałam. Na najlepszy film nieanglojęzyczny, Syn Szawła, już od dawna chciałam wybrać się do kina, a Writing’s on the Wall był raczej oczywistym oscarowym wyborem. Bywały lepsze, dużo lepsze piosenki w historii filmów o Bondzie, ale temu nie da się odmówić pompatyczności, charakterystycznej dla piosenek tworzonych do brytyjskich produkcji, w których patriotyzm ma znaczenie.

Na zakończenie wypadałoby więc złożyć gratulacje zwycięzcom, z Brie i Leo na czele i liczyć na to, że w przyszłym roku doczekamy się kilku niespodzianek, mniej przewidywalnych laureatów i kolejnego komicznego prowadzącego. W oczekiwaniu do przyszłego roku wypijmy lampkę szampana za zdrowie Leo, jego przyjaciela z planu zdjęciowego, czyli Misia Brunatnego i pocieszmy się, że w przyrodzie nic nie ginie, a co ma wisieć, nie utonie. Albo jakoś tak. Congrats, Leo!

AF

Podobne Posty