To nie mogło się udać. Gdy zapowiedziano Before the Storm, czyli prequel uwielbianego przeze mnie Life Is Strange, bardzo chciałem się ekscytować, ale zamiast tego towarzyszył mi ostrożny sceptycyzm. Zbyt wiele rzeczy się nie zgadzało. Prace nad tytułem powierzono zupełnie innemu studiu, w dodatku nie mającemu na swoim koncie szczególnych osiągnięć. Z powodu strajku, w rolę głównej bohaterki, Chloe, wcielić się musiała inna aktorka, a Ashly Burch obecna była przy projekcie jedynie jako konsultantka. Wyglądało to wszystko na tanią próbę zrobienia dodatkowych pieniędzy na ogromnym sukcesie Life Is Strange.

Bałem się, że moja słabość do Life Is Strange nie pozwoli mi ominąć Before the Storm bez względu na jej jakość. Że wywoła jedynie niesmak i zniszczy dobre wspomnienia po oryginale. Ale okazuje się, że cuda zdarzają się nawet w gamedevie. Deck Nine Games, zadeklarowani fani oryginału, wykazali się doskonałym zrozumieniem tematu i wyczuciem tego, co uczyniło go rzeczą wyjątkową w oczach tak wielu fanów. W efekcie powstał prequel nie tylko doskonały, ale wręcz pod każdym względem lepszy od oryginału.

Before the Storm spełnia swój obowiązek i odpowiada na wszystkie pytania, które nurtować mogą gracza, który ukończył Life Is Strange. Począwszy od tych mniej istotnych, typu skąd Chloe wzięła powiedzonko „hella”, skończywszy na wyjaśnieniu największej zagadki pierwszej części: kim była tajemnicza Rachel Amber i dlaczego stała się osobą tak ważną w życiu Chloe. Gra stale „puszcza oko” do uważnych fanów, a przywiązanie autorów do detali jest imponujące.

Produkcja niezwykle skutecznie rysuje kompletny portret psychologiczny postaci Chloe. W trakcie gry jesteśmy naocznymi świadkami dramatycznych zdarzeń, które uczyniły ją takim, a nie innym człowiekiem w Life Is Strange. W pierwszej grze można ją było postrzegać jako nieco rozwydrzoną nastolatkę, zbuntowaną dla samego buntu, ale prequel nie pozostawia wątpliwości: Chloe nie pozostawiono wyboru, a ewolucja jej charakteru jest wynikiem nawarstwiających się traumatycznych przeżyć późnej młodości. Można jej nie lubić, ale nie można jej nie współczuć: takiej ilości tragedii nie życzylibyśmy nawet najgorszemu wrogowi.

Przyznaję, że mnie ta metamorfoza przekonała: w Life Is Strange Chloe potrafiła mnie czasem lekko irytować, ale w Before the Storm zaskarbiła sobie w pełni moją sympatię. Jest niezwykle silną osobą i stawia czoło życiu z imponującą odwagą. Jest pyskata, ale do samego końca będzie bronić swoich przekonań. Doświadczanie utraty bliskich osób powoduje, że w imię przyjaźni jest gotowa poświęcić wszystko. Nawet w obliczu tragedii nie umiera w niej poczucie humoru i umiejętność głębokiego przeżywania chwil radości.

Przeżywanie to słowo-klucz przy omawianiu atutów Before the Storm. Gra bezbłędnie przywołuje fazę wieku nastoletniego i wczesnej dorosłości, kiedy wszystko co nas spotyka, przeżywamy wielokrotnie mocniej, niż po osiągnięciu dojrzałości emocjonalnej. Znajomość Chloe z Rachel to piękny portret sytuacji, kiedy poznajemy kogoś niezwykłego, kto z dnia na dzień wywraca nasze życie do góry nogami. Przy pomocy kilku subtelnych zabiegów twórcy pozostawili pole do interpretacji, czy bohaterki łączyło coś więcej niż głęboka przyjaźń. Decyzja o tym należy do każdego odbiorcy indywidualnie, ale jednemu nie da się zaprzeczyć – w scenach ukazujących ich interakcje dzieje się coś niezwykle rzadkiego w grach: chemia sączy się z ekranu hektolitrami.

Największe osiągnięcie Deck Nine Games polega na tym, że dokonali tego wszystkiego odstąpiwszy od jednego z kluczowych elementów oryginału: aspektu nadprzyrodzonego, czyli manipulacji czasem. W Life Is Strange było to istotne, pobudzające do myślenia narzędzie narracyjne. Ukazywało, jak wielkie konsekwencje mogą mieć nawet najmniejsze czyny. Można jednak uznać, że ambicja trochę przerosła ekipę z Dontnod i fabularnie zakończenie pierwszej części pozostawiało nieco do życzenia. Zbyt wiele pytań pozostało bez odpowiedzi – trochę jak w serialu Lost, gdzie wiele wątków intrygującej tajemnicy zagłuszono metaforycznym epilogiem.

Prequel nie powtarza błędu poprzednika: skupia się na ludzkich stronach postaci i opowiada spójną historię o dramatycznych losach zwykłych ludzi z zakończeniem będącym logiczną konsekwencją zdarzeń przedstawionych w trakcie gry. Fabuła o takim stopniu dojrzałości jest nadal rzadkością w grach. Tu nie ma postaci jednoznacznie dobrych lub złych, a gracz dokonuje trudnych wyborów, z których każdy będzie miał trudne konsekwencje. Przed podjęciem wielu z nich zastanawiałem się kilkadziesiąt sekund, zanim wcisnąłem na padzie przycisk przyporządkowany danej decyzji.

Historia opowiedziana w Before the Storm jest tak istotna dla uniwersum Arcadia Bay, że po jej ukończeniu zastanawiałem się przez chwilę, czy podjąłem słuszną decyzję na samym końcu oryginalnego Life Is Strange. Wśród graczy spotkałem się zaś z opiniami, że po ukończeniu prequela zamierzają przejść pierwszą część jeszcze raz, by spojrzeć na opowiedzianą w niej historię z nowej perspektywy i dokonać innego wyboru na samym końcu. Przyznam, że chociaż nie jestem miłośnikiem wielokrotnego przechodzenia tej samej gry, także rozważam ponowne ukończenie oryginału.

W parze ze znakomitą warstwą merytoryczną idzie doskonale służący jej styl artystyczny. Chloe nie pobija może rekordu w kwestii ilości wielokątów, które składają się na jej postać. Ale nie psuje to iluzji, że mamy do czynienia z osobą istniejącą naprawdę. Podobnie jest z z Arcadia Bay – w grze odwiedzamy jedynie kilka małych lokacji, ale nie przeszkadza to w pełnej immersji w świat gry. Scenografia pełna jest szczegółów, w które włożono mnóstwo pracy, co uwiarygadnia przedstawiony świat. Wnikliwi gracze, zaglądający pod każdy „kamień”, przekonają się o wpływie ich decyzji na pozostałe postacie. Ogromne wrażenie robi to, jak sprawnie Deck Nine Games zaadoptowało unikalny kierunek artystyczny obrany wcześniej przez Dontnod. Kompozycje kadru, montaż, paleta kolorów, dobór muzyki i tempo prowadzenia akcji stoją tu na mistrzowskim poziomie, porównywalnym z dobrym kinem.

Life Is Strange: Before the Storm to najlepsza, obok Oxenfree, gra tej generacji, w której fabuła gra główne skrzypce. Format gry-serialu, w którym do niedawna przodowało Telltale, został przez Dontnod i Deck Nine Games dopracowany do perfekcji. Poruszająca fabuła, znakomity voice acting, spójny i efektywny styl artystyczny składają się na obraz tytułu, którego nie powinien przegapić każdy, kto poszukuje w grach czegoś więcej niż wartkiej akcji.

Pożegnanie

Czy to koniec przygód Max, Chloe i Rachel? Wszystko na to wskazuje. Bonusowy epizod, Farewell, który ukazał się na początku marca, stawia kropkę na „i”. W rolę Chloe ponownie mogła wcielić się Ashly Burch. Odcinek cofa nas w czasie jeszcze bardziej, do ostatniego dnia, który spędzają razem Chloe i Max przed wyprowadzką tej drugiej. To słodko-gorzkie pożegnanie z bohaterkami, w którym przyjdzie nam przeżyć najszczęśliwsze chwile wspólnego dzieciństwa największych przyjaciółek, a także doświadczyć momentu, w którym życie Chloe zamienia się w piekło. Ten krótki odcinek to ostatni element układanki składającej się na historię Chloe i nic więcej nie da się już w niej dopowiedzieć.

Dontnod zapowiedziało, że powstające już Life Is Strange 2 przyniesie zupełnie nowych bohaterów i nową historię. Czy jednak na pewno nie da się już nic opowiedzieć o lubianych bohaterach „jedynki”? Bez odpowiedzi nadal pozostaje co najmniej jedno pytanie: co sprawiło, że Max zapomniała o Chloe po wyjeździe do Seattle? Może kiedyś się tego dowiem, ale teraz jest na to zdecydowanie za wcześnie. Nie doszedłem jeszcze do siebie po emocjonalnym ciosie, jaki zadało mi Before the Storm.

Podobne Posty