Nie skłamię pisząc, że w tym roku cały muzyczny świat czekał na premierę tego filmu. Śledząc informację o powstawaniu Bohemian Rhapsody, oglądając pierwsze zwiastuny próbowałam wyobrazić sobie, czy twórcom udało się stworzyć film rewelacyjny czy polegli mierząc się z wielkością postaci legendy muzyki. W ubiegłym tygodniu byłam na przedpremierowym pokazie Bohemian Rhapsody. Był śmiech, były łzy, pozostał też pewien niedosyt. Od 2 listopada film  dostępny w kinach w całej Polsce.

Freddie Mercury to postać, o której istnieniu słyszał każdy fan muzyki. Nie ma opcji, żeby nie spotkać się z dyskografią Queen i nie wiedzieć, że Freddie Mercury stał się legendą. Inspiracją, niedoścignionym wzorem dla wielu, niezwykle barwną postacią. Taką, które żyją intensywnie, ale nie dożywają późnej starości. Odchodzą zbyt wcześnie, ale chyba taki już los tych wielkich, kosmicznie charyzmatycznych postaci, które zachwycają, wzruszają i onieśmielają swoim talentem.

Bohemian Rhapsody reklamowane jest, jako film biograficzny opowiadający historię powstania i działalności zespołu Queen, ale skupiający się na wokaliście formacji, Freddiem Mercurym. To on jest głównym bohaterem tej historii, to fragmenty jego prywatnego życia opowiedziane są w filmie. Reżyserią zajął się Bryan Singer, a w główną rolę wcielił się Rami Malek. Zanim jednak Singer i Malek pojawili się na planie produkcji minęło prawie sześć lat. Pierwsze informacje o tym, że taki film w ogóle powstanie pojawiły się w 2010 roku. Niemalże sześć lat zajęło członkom Queen dobranie obsady, odpowiedniego reżysera i wybranie studia filmowego. Przez lata zmieniała się nie tylko obsada, ale także pomysł na film. Początkowo miała to być opowieść o zespole Queen. Później żyjący członkowie grupy zaczęli mówić, że chcą, aby była to opowieść o Freddiem i ostatecznie właśnie na tym się skupiono.

Pytanie brzmiało, kto powinien wcieli się w ikonę muzyki. Pierwszy wybór padł na Sachę Barona Cohena, brytyjskiego komika, który urodą może i przypomina Merkurego, ale Brian May, gitarzysta Queen i jeden z producentów filmu, obawiał się, że na odbiorze filmu zaważy dorobek zawodowy Cohena. Czy fani Queen byliby zadowoleni, że Freddiego gra mężczyzna tak mocno kojarzony z rolą Borata? Być może nie. Jako oficjalny powód rozstania się z rolą podano różnice artystyczne. Później rolę otrzymał jeszcze inny aktor, aż wreszcie trudy przygotowań spadły na Rami Maleka. Mniej więcej w tym samym czasie dostarczono pierwszy konkretny szkic scenariuszu filmu i ustalono, że będzie to opowieść skierowana do dorosłego widza. Pierwotnie rozważano, czy nie byłoby lepiej, żeby Bohemian Rhapsody było filmem rodzinnym. Chciano w ten sposób niejako zaszczepić wiedzę o Queen wśród dzieci i młodzieży. [W dalszej części tekstu znajdują się spoilery]

Pierwsze pytanie, jakie nasunęło mi się po obejrzeniu Bohemian Rhapsody brzmiało: czy da się opowiedzieć historię życia takiego człowieka w dwugodzinnym filmie? Oczywista odpowiedź brzmi: nie, to nie jest możliwe. Nawet opowiedzenie historii życia przeciętnego Kowalskiego, który połowę życia spędza w pracy, codziennie pokonując tę samą drogę do domu i do pracy, codziennie siedzącego przy tym samym biurku i witającego się z tymi samymi współpracownikami trudno byłoby zmieścić w jednym filmie. Jak więc zrobić to w przypadku człowieka, który zmienił oblicze muzyki? Wyzwanie jest gigantyczne, a presja otoczenia (fanów, widzów, krytyków) niewyobrażalna.

Trzeba nieco pozmieniać fakty, trochę nagiąć chronologię wydarzeń.

W tekście Na co do kina? napisałam, że Bohemian Rhapsody albo okaże się wielkim kinowym przebojem, albo będzie spektakularną klapą. Nieco się pomyliłam. Zapomniałam, a przecież to oczywiste, że ten film stanie się przebojem kinowym choćby dlatego, że miliony ludzi na całym świecie pójdą się przekonać, czy jest on spektakularną klapą. Część wyjdzie z kina zadowolona, część wejdzie do sieci, żeby wyrazić swoje niezadowolenie. I każda z tych osób będzie miała rację, bo Bohemian Rhapsody może zachwycać i rozczarowywać. Możliwości pośrodku nie dostrzegam.

Na odbiór filmu bardzo duży wpływ ma nasza znajomość historii Queen, chronologii wydarzeń z ich kariery, znajomość życiorysu Freddiego oraz fakt, ile filmów biograficznych (i jakich) widzieliśmy w życiu. Wielcy fani Queen mają pełne prawo wytykać twórcom naciąganie pewnych faktów, wychodzenie poza chronologię wydarzeń albo przeinaczanie zdarzeń, jak np. okresu, w którym Freddie pracował nad solowym materiałem i nie występował z zespołem. W filmie zrobiono z tego kilka lat, w rzeczywistości tyle to nie trwało. Jednocześnie fani Queen powinni docenić w Bohemian Rhapsody to, co zachwyca przeciętnego widza. Rami Malek fantastycznie opanował ruchy sceniczne Freddiego, wszedł w tę rolę wyśmienicie, a dobór pozostałych aktorów i charakteryzacja ich wszystkich to naprawdę kawał świetnej roboty. Filmowy Brian May wygląda jak młodszy brat bliźniak Briana Maya.

Sam film jest jednak pewnego rodzaju składanką momentów z historii Queen i z życia Freddiego. Najwięcej uwagi poświęca się oczywiście jego osobie, życiu przed dołączeniem do zespołu, pierwszych latach w Queen i osobowości, która bywała pomocna i problematyczna. Pojawia się oczywiście wątek uczuciowy, choroba i toksyczne relacje z ludźmi, w które wpadał. Całość zbudowano w ten sposób, aby kluczem stał się występ Queen na koncercie charytatywnym Live Aid. To sceną z tego występu rozpoczyna się film i na tym się kończy. Odtworzenie tego występu, atmosfery panującej na Wembley Stadium było dla twórców bardzo istotne. Niewątpliwie chodziło im o to, żeby występ z Live Aid kojarzony był, jako wielki triumf Queen jako zespołu i Freddiego, jako człowieka.

Udało się. Odtworzenie ich występu przed gigantyczną publicznością wyglądało imponująco, a Malek udowodnił, że zajęcia z choreografem, który pomagał mu przeistoczyć się w wokalistę Queen przyniosły zamierzony efekt. Ta scena miała budzić zachwyt i dokładnie tak jest. Praca, jaką Rami włożył w przygotowanie się do roli jest ogromna i akurat tego nie zamierzam podważać, chociaż jednocześnie nie czułam, żeby jego gra aktorska była spektakularna, powalająca. Dobrze sportretował Freddiego, tylko tyle.

Nie mogę też przejść obojętnie obok jednej rzeczy. Wspomniałam już, że charakteryzacja muzyków to kawał dobrej roboty. Naprawdę tak jest, ale w przypadku Freddiego troszeczkę przesadzono z uwypukleniem jego uzębienia. Miał charakterystyczny zgryz, który w życiu niespecjalnie przysparzał mu komplementów. Rzucał się w oczy, co wielokrotnie mu wytykano. W jednym z wywiadów Rami opowiada o tym, jak na potrzeby filmu stworzono dla niego to charakterystyczne uzębienie i jakim było ono problemem dla Freddiego, który gdy tylko mógł, zakrywał je ręką. Tymczasem w Bohemian Rhapsody uzębienie Freddiego jest głównym bohaterem większości scen z jego udziałem! Reżyser bardzo się postarał, żeby to, co Freddie uważał za swój kompleks, w filmie było eksponowane aż do przesady. Przyznaję, że bardzo przeszkadzało mi, jak Rami podkreślał to uzębienie, jak układał usta, żeby pokazywać zęby. Nie rozumiem, jaki był tego cel.

Dla równowagi jest jedna rzecz, w zasadzie szczegół, który zwrócił moją uwagę i bardzo mi się podobał. Sposób, w jaki między wierszami dawano widzowi do zrozumienia, że Queen to nie tylko Freddie Merkury, ale też pozostali członkowie. Podobało mi się, gdy podkreślano, że za tworzenie kultowych kompozycji odpowiadał nie tylko jeden człowiek, ale cały zespół. To taki szczegół, drobiazg, ale jak powszechnie wiadomo, do dziś liderów zespołów uważa się za twórców muzyki i tekstów, a w większości przypadków są oni współtwórcami. Samej muzyki mogłoby być w filmie więcej, ale rozumiem, że starano się ją wyważyć i utrzymać całość w konwencji składanki momentów z historii Merkurego i Queen, a nie tworzyć opowieść o tym, jak tworzy się przeboje potrafiące przetrwać próbę czasu.

Cieszę się, że po tych latach szukania odpowiednich ludzi Bohemian Rhapsody stało się faktem. To film, w którym były momenty zarówno na śmiech, jak i na łzy wzruszenia. Oglądając go w kinie, na wielkim ekranie, z dobrymi głośnikami oddającymi piękno i niesamowitość utworów Queen można na nowo zakochać się w tym zespole. Lub poznać go w sposób, w jaki nigdy się na niego nie patrzyło. To taka krótka lekcja historii muzyki, a jak to często z lekcjami historii bywa, pewne fakty na przestrzeni lat nieco się zacierają i trzeba samemu zadbać o to, żeby dowiedzieć się, jak to było naprawdę.

Właśnie tak jest z Bohemian Rhapsody. To świetny wstęp do poznania historii Queen, zauroczenia się Freddiem, ale to tylko kinowa produkcja za grube miliony, a nie kilkusetstronicowa książka, w której szczegółowo, z przywiązaniem do szczegółów, faktów i dat opowiedziano o legendzie muzyki. Może za kilka lat na ekrany kin trafi druga część filmu, w której opowiedziana zostanie historia Queen po śmierci Merkurego. Pierwotnie rozważano, czy nie poruszyć jej już w Bohemian Rhapsody, ale przecież historia Queen wciąż jest pisana. Bohemian Rhapsody daje do zrozumienia, że Freddie tego chciał.

Podobne Posty