Najlepsza i najbardziej utalentowana aktorka naszych czasów. Takie powszechne zdanie ma o Meryl Streep świat. Ja doceniałam ją zawsze za wielkie poczucie humoru, które potrafi zaszczepić w każdą z postaci, które gra. Bardzo zmęczyła mnie natomiast w filmie Mamma Mia!, który uświadomił mi, że pomimo wielkiej miłości do muzyki, musicale nie są dla mnie. Na najnowszy film z Meryl Streep, Boska Florence, poszłam bez większego przygotowania.

Po obejrzeniu zapowiedzi uznałam, że będzie to… komedia. Po obejrzeniu filmu wiem już, że jeśli śmiech to w tym przypadku przez łzy. Jeśli Meryl, to jak zawsze w formie, a jeśli show biznes to od dziesiątek lat niezmiennie parszywy.

Idąc na ten film wypadałoby chociaż wiedzieć, kim była Florence Foster Jenkins.

Nigdy nie wiadomo, czy to właśnie pytanie o nią nie będzie tym najważniejszym w konkursie o milion monet. Lepiej się przygotować. Pani Florence była śpiewaczką-amatorką, która uwielbiała stać na scenie, kąpać się w oklaskach i rozpływać w komplementach od widowni. Bujała w obłokach, swoje muzyczne marzenia spełniała dzięki spadkowi po ojcu, a na salony pomagał ją wynieść mąż-menadżer. W jego rolę wcielił się Hugh Grant. Chciałam wierzyć, że to charakteryzacja tak go postarzała, ale niestety nie. W rzeczywistości daleko mu już do Charlesa z filmu 4 wesela i pogrzeb.

Za to Meryl Streep jest niczym wino – jedna zmarszczka więcej niczego nie zmienia. W roli takiej szalonej artystki, której wydaje się, że jest fenomenalna i fantastyczna, wypada rewelacyjnie i bardzo wiarygodnie. Zarówno w scenach, gdzie pokazuje narcystyczną odsłonę Florence, jak i w momentach stykania się z rzeczywistością, w których okazuje się bardzo kruchą, nieporadną życiowo kobietą. Oczywiście fantastyczna jest także w partiach wokalnych, które wciąż śnią mi się po nocach i wywołują skręt bębenków w uszach. Były to zabawne, śmieszne momenty. Śmiałam się, cała sala kinowa się śmiała, ale w połowie filmu już przestało mnie bawić wyśmiewanie biednej, starszej pani.

Ta historia ma dwa oblicza.

Jedno jest to pozytywne, czyli troskliwy facet, który dba o kobietę i jej wizerunek. Drugie to negatywne, czyli żyjąca w fałszywym przekonaniu kobieta, z której nabija się cała Ameryka. Istnieje szansa, że Florence zdawała sobie sprawę ze wszystkiego, co się wokół niej działo, ale było jej wygodnie żyć tak, jak żyła. Była artystką, powiedzmy że trochę taką amerykańską Alutką, ale żadna z nich nie była głupia. Co najwyżej zbyt naiwna i zbyt dziecinna.

Tragikomedia.

Poprzez zwariowaną życiową historię najgorszej śpiewaczki świata pokazano też płytkość świata show biznesu, który – gdyby ktoś miał jeszcze jakieś wątpliwości – pozostaje niezmienny od dziesiątek lat. Mając odpowiednie znajomości i umiejętności personalne można przekonać ludzi do naprawdę wszystkiego, łącznie z pochlebnym tekstem, czy rozpływaniem się nad talentem, którego nie ma. Nie żeby w życiu poza fleszami było inaczej, ale przyjmijmy, że teraz o tym nie myślimy. W przypadku Florence szybko staje się jasne, że mąż u boku to największy skarb w jej życiu – głównie zawodowym, ale i prywatnie okazuje się być, kolokwialnie mówiąc, spoko gościem.

Streep za tę rolę pewnie jakieś zacne nominacje otrzyma.

Grant być może też, jeśli nie nawinie się nikt lepszy. Charakteryzacja i stroje też zasługują na uwagę, bo Boska Florence ma przyjemny klimat, pomieszanie drobnomieszczańskiego życia z życiem wysoko postawionych elit. Patrząc na zapowiedzi wszystkich innych filmów, jakie przewinęły się przez ekran przed pokazem tego – Boska Florence może liczyć na łaskawe oko nie tylko miłośników talentu Meryl i uroku Hugh, ale też znawców świata filmu, którzy doceniają szczegóły i drobiazgi.