Miałam na dzisiaj inny plan na tekst. Miało być o filmie, bo ostatnio dużo ich oglądam. Los chciał inaczej i podsunął mi pod nos zupełnie inny temat. Dla tego bloga, dla mnie samej, mocno nietypowy. Wczoraj zmarł Chester Bennington. Najbardziej znany, jako wokalista Linkin Park. 

Nigdy nie byłam fanką pośmiertnych publikacji. Podobały mi się tylko te biograficzne. Takie, które nie rozdrapywały ran, nie analizowały przyczyn śmierci, a zamiast tego przypominały, jakim wielkim człowiekiem była osoba, która odeszła. Ten tekst nie będzie więc niczego rozdrapywał, analizował. Nie będzie też przeglądem największych przebojów Linkin Park, zestawieniem najlepszych teledysków ani innym clickbaitem, których od wczoraj namnożyło się tysiące.

Usiadłam wczoraj, za oknem ulewa, w oddali burza. Pomyślałam, że miałam kilka planów związanych z Linkin Park.

Niedawno pisałam, że spełniłam swoje wszystkie marzenia związane z Paramore. Teraz mogę napisać, że nie spełniłam żadnego dotyczącego Linkin Park. Mimo że był to drugi najchętniej słuchany przeze mnie zespół, o czym przypomina mi mój profil na Last.fm.

Tych marzeń związanych z Linkin Park nie miałam wiele. Chciałam po prostu posłuchać, zobaczyć ich na żywo. Miałam ku temu mnóstwo okazji. Już sam fakt, że słucham ich muzyki od 2007 roku pokazuje, że mogłam pojechać na ich koncerty w Polsce za każdym razem, gdy nas odwiedzali. A nie robili tego rzadko. Ostatnio to nawet praktycznie rok w rok. Tylko ja zawsze miałam inne plany – a to egzamin, a to sesja, a to nie w tym miejscu, a to może w kolejnym legu…

Nie pamiętam już, jaki był powód, dla którego zrezygnowałam z ostatnich małych londyńskich koncertów. Pamiętam natomiast, że zrezygnowałam z krakowskiego, bo miałam tego dnia egzamin na certyfikat z Business English.

Po co o tym piszę? Nie, nie po to, żeby się pochwalić kolejnym sukcesem edukacyjnym.

Chester Bennington to pierwszy muzyk, który zmarł, a o którym mogę powiedzieć, że znam jego albumy na pamięć, że przesłuchałam je wzdłuż i wszerz. Nie tylko te nagrane pod szyldem Linkin Park. W ostatnich latach umiera wielu świetnych, wybitnych artystów. Cohen, Bowie, niedawno Cornell, czy Wodecki, który może i nie był znany na całym świecie, ale dla polskiej muzyki był bardzo ważny. Akurat tak się złożyło, że Linkin Park, i Chester, to głos i brzmienie części mojego życia.

Każdy ma takiego artystę, na którym się wychowa. Ja swoje etapy muzycznej drogi mogę podzielić na fazy. Linkin Park było ze mną od 2007 roku, do mniej więcej, 2010. Trudno mi więc przejść obok śmierci Chestera obojętnie. Bez refleksji, wspominania, przesłuchiwania starych płyt. Ale to jest chyba normalne, chyba tak powinno być…

W moim przypadku nie chodzi o to, żeby wypłakiwać się w poduszkę, robić głupie rzeczy i popadać w depresję. Gasić światło, patrzeć w sufit i rozmyślać. Pewnie mając kilka lat mniej, i kilka doświadczeń mniej, tak bym zrobiła. Teraz znam siebie na tyle, że wiem, że nie powinnam odpalać wszystkich profesjonalnie zarejestrowanych koncertów Linkin Park i wpatrywać się w fikającego Chestera, bo nie wyjdzie mi to na dobre.

Oczywiście mówię to z poziomu osoby, która obecnie nie śledzi już Linkin Park krok w krok, nie czyta wszystkich wywiadów i nie czuje się z nimi emocjonalnie bardzo mocno związana.

Przez najbliższe tygodnie, miesiące będzie się pojawiało w mediach mnóstwo publikacji dotyczących Chestera, jego życia, kariery. Sprzedaż płyt Linkin Park poszybuje w górę, muzyczny świat będzie czekał na pogrzeb, na oświadczenia koronera, na łzy żony Chestera i opuchnięte oczy jego dzieci. Będzie smutno. A potem jakoś się z tym oswoimy i tak zwyczajnie będziemy pamiętać, że był Chester Bennington, który miał fenomenalny głos, fenomenalne ruchy sceniczne i współtworzył naprawdę ważny dla muzyki zespół.

Ostatnio coraz częściej, coraz głośniej i coraz intensywniej mówi się o zdrowiu psychicznym. Artyści, muzycy, twórcy publicznie przyznają się do depresji, do regularnych spotkań z terapeutami. Często też do uzależnień. Ja chciałam Wam przypomnieć o czymś innym, ale też bardzo ważnym.

O tym, żebyście pamiętali, że ludzie z okładek płyt, głosy i palce grające na instrumentach w piosenkach z tychże płyt to też ludzie. Tacy jak my. Różni nas tylko to, że oni nagrali te płyty, a nie my. Banalnie jest powiedzieć, że pieniądze i sława szczęścia nie dają.

Myślę, że większym przekleństwem tej sławy są ludzie, którzy uważają sławne osoby za wzory do naśladowania, za twory idealne, które ktoś zesłał na ziemię w ludzkiej postaci.

Takie osoby nazywające siebie fanami, ale w rzeczywistości bliższe definicji pojęcia psychofan. Nie zrozumcie mnie źle. Świetnie jest mieć idoli. Uwielbianych muzyków, biegać na te wszystkie koncerty, robić sobie z nimi zdjęcia, zbierać autografy i wkładać do szuflady w łóżku pałeczki od perkusji, które złapało się stojąc pod sceną. Kiepsko jest natomiast myśleć, że to co widzimy, czyli zadbaną, dobrze ubraną osobę i słowa, które ta osoba wypowiada w sytuacjach publicznych, to sto procent tej osoby.

Że dokładnie taki jest ten człowiek w życiu prywatnym. Że byłby naszym najlepszym przyjacielem, bo jesteśmy tacy sami. Tragizm tej sytuacji polega na tym, że gdy ten człowiek, w którego tak bardzo się zapatrzyliśmy, popełnia samobójstwo, nasz świat lega w gruzach. Ba, dla wielu fanów lega w gruzach, gdy artysta nagra płytę brzmieniowo inną od swoich poprzednich płyt, albo zapali papierosa, chociaż zawsze twierdził, że nie pali.

Śmierć Chestera, jakkolwiek jest straszna, niespodziewana i najzwyczajniej w świecie bardzo smutna, przypomniała mi o tym, że często to fani popychają artystów w nałogi, w tego typu tragiczne sytuacje. Naczytałam się ostatnio bardzo dużo o fanach, o tym, na jakie dzielą się kategorie, jak funkcjonują w świecie. I to jest naprawdę straszne, jak wielką presję mogą wywierać słowa typu: nagraj piosenkę taką, jak tamta…, dawniej byłeś lepszy, bo…, dlaczego już nie robisz tego… Nie bądźcie tacy, dobrze? Zaakceptujcie, że artysta też człowiek i ma prawo się zmienić. Jeśli Wam to nie odpowiada, po prostu skupcie się na muzyce, a nie na osobie, która ją tworzy.

Jakiego planu związanego z Linkin Park nie zrealizowałam?

Chciałam napisać, co sądzę o płycie One More Light. Tej najnowszej, która kiepsko się sprzedaje i zbiera złe recenzje. Nie zabrałam się za to zaraz po jej premierze, czyli w maju, bo przesłuchałam ją raz, lub dwa razy. Nie zachwyciła mnie i uznałam, że z szacunku do tych wszystkich innych płyt Linkin Park, które uwielbiam, odczekam aż opadną emocje.

Teraz nie wiem, czy w ogóle powinnam próbować cokolwiek o tym albumie napisać. Zdecydowanie nie da się tego zrobić nie myśląc, że to ostatnia płyta nagrana przez Chestera. A ta perspektywa zmienia, niestety, wszystko. W tytułowej piosence Chester śpiewa:

Who cares when someone’s time runs out?
/Kogo obchodzi, gdy czyjś czas się skończy?/

If a moment is all we are
/Jeśli moment to wszystko, czym jesteśmy/

….
Who cares if one more light goes out?
/Kogo obchodzi, jeśli gaśnie kolejne światło?/

Well I do
/Cóż, mnie tak/

Chester, mnie też. Dziękuję za te wszystkie lata, te wszystkie piosenki. Hybrid Theory zawsze będzie w czołówce moich ulubionych albumów. 💔