Jeszcze kilka lat temu nie miałam pojęcia, że taki zespół jak Clock Machine istnieje. Wydarzyło się jednak Męskie Granie, z Igorem Walaszkiem w roli lidera, i była to idealna okazja, żeby bliżej przyjrzeć się jego muzycznej działalności. O Bass Astral x Igo słyszałam, Clock Machine było następnym krokiem. Posłuchałam albumu Prognozy, spodobał mi się, ale nic więcej się nie wydarzyło. W piątek była jednak okazja, żeby przekonać się, jak Clock Machine brzmią na żywo. Zagrali wyprzedany koncert w klubie Tama w Poznaniu.

Koncert był częścią trasy koncertowej Sen, ostatniej trasy zespołu przed przerwą. Sądząc po energii na koncercie, ta przerwa długo nie potrwa! Zresztą z taką publicznością aż chce się wracać do koncertowego życia. Energia podczas koncertu była wprost rewelacyjna. Nie wiem, jak było na tyłach, ale pierwsze rzędy bawiły się wyśmienicie, głośno śpiewając, skacząc, klaszcząc i bujając się w rytm muzyki. Naprawdę wielu artystów może pozazdrościć Clock Machine publiczności, ich entuzjazmu i znajomości nawet najstarszych utworów.

A pod tym względem Clock Machine postanowiło fanów, może nie tyle zaskoczyć, co rozpieścić. W setliście, co chyba oczywiste, dominowały kompozycje z wydanej w ubiegłym roku płyty Prognozy. Zabrzmiał tytułowy utwór, Igo’s Flow otwierało koncert, Kiedy śnisz zamykało główną część koncertu, było także So Slow, Z Tobą lżej czy Double the Time. Nie zabrakło także utworów z wydanej w 2016 roku płyty Love, Spadać i Latać, Desire czy pojawiającego się na bis Heaven, ale były także utwory z albumu Greatest Hits z 2014 roku. Słowem, koncertowy przegląd dyskografii.

Po cichu liczyłam, że w części bisowej zabrzmi Wspomnienie Czesława Niemena, które Igo śpiewał w Orkiestrze Męskiego GraniaOrkiestrze Męskiego Grania i wcześniej podczas koncertów z Clock Machine, ale pojawiło się drapieżne A Little Less Conversation Elvisa Presleya. Po ponad godzinnym koncercie i piętnastominutowym bisie wypchana po brzegi Tama nie chciała wypuścić muzyków, a Igo podkreślał, że uwielbiają grać w Poznaniu. Cóż, nie Wy jedyni.

Przed koncertem zaczęłam bardziej zagłębiać się w albumy Clock Machine, a w jego trakcie jedynie utwierdziłam się w tym, co uważałam po słuchaniu albumowych wersji. Clock Machine ma duże lepsze utwory z tekstami w języku angielskim. Muzycznie zdecydowanie przyjemniej słucha mi się tych piosenek i nie wiem, czy wynika to z tego, że teksty po polsku śpiewa się trudniej czy po prostu, tak zupełnie przypadkiem, akurat te anglojęzyczne dostały ciekawsze melodie. A może barwa głosu Igo lepiej brzmi z angielskimi tekstami? Taki trochę fenomen, trochę ciekawostka, takie spostrzeżenie.

Trochę jest już tak, że często trudno narzekać na nagłośnienie koncertów w Polsce, bo czasy, w których było fatalnie generalnie już minęły. A jeśli ktoś nadal ma je kiepskie to po prostu należy mu współczuć i liczyć, że ma tego świadomość, chce to zmienić, bo wie, jak ważne jest to dla odbiorcy. Nasz rynek muzyczny się zmienia, produkcje koncertowe też się zmieniają, ale daleko nam jeszcze do zagranicznych artystów, którzy niskim budżetem lub jednorazowym większym wydatkiem mogą stworzyć ciekawą oprawę wizualną. A ja na takie rzeczy zwracam uwagę, być może przesadnie dużą, bo uważam, że dobra produkcja jest wisienką na torcie.

Dlaczego o tym piszę? Bo Panowie z Clock Machine mają przemyślaną i dopracowaną wizualnie produkcję koncertu. Chcę to docenić. Kilka umyślnie rozmieszczonych lamp, koszulki z neonowymi elementami, które robią rewelacyjną robotę współgrając ze światłami, odpowiednich rozmiarów ekran na tyle sceny i dwie kamery. Jedna przerzuca na ekran obraz z tego, co dzieje się na scenie. Druga z tego, co dzieje się pod nią, a więc reakcje fanów. Można byłoby się zastanawiać, po co inwestować w coś takiego, gdy gra się koncert klubowy. Odpowiedź jest prosta – po to, żeby ten klubowy koncert był jeszcze ciekawszy.

Jeśli chodzicie na wiele koncertów i pomiędzy takim Clock Machine oglądacie też P!nk czy choćby Dawida Podsiadło zawsze traficie na ludzi, którzy przychodzą na koncert tylko po to, żeby usłyszeć ten jeden znany im przebój. Nie ma w tym nic złego, ale zawsze istnieje ryzyko, że ta ukochana przez nich piosenka nie zostanie zagrana. Takie osoby czekają więc cały koncert na ten jeden jedyny moment, w którym mogą się poczuć dobrze, szczęśliwe i spełnione.

W Tamie, na koncercie Clock Machine ludzie dawali jasny sygnał, że doskonale znają każdy pojedynczy utwór. A nawet więcej – Igo mógłby cały koncert wyśpiewywać przypadkowe dźwięki przy akompaniamencie Konrada, Kuby i Piotra, a ludzie i tak wyszliby z koncertu spoceni, wyskakani i szczęśliwi. Jest to piękne i dlatego lubię chodzić na koncerty artystów, którzy mają swoją grupę oddanych, wiernych fanów. Znających teksty piosenek i czerpiących nieskrępowaną radość z tego, że mogą (najczęściej w swoim mieście) posłuchać na żywo jednego z ulubionych artystów. Aż chce się być częścią tej drużyny.

I żeby nie było – nie mam nic do stadionów i hal koncertowych. Życzę ich wszystkim artystom. Mówię jedynie, że wraz z wielkością potrafią zmienić się emocje. Nie zawsze na korzyść, choć są wyjątki, bo na koncerty Metalliki czy Green Daya nadal chodzą ludzie doskonale znający każdy riff, wyraz i pauzę. Mam nadzieję, że przerwa Clock Machine nie będzie zbyt długa, bo z tak świetnymi fanami byłoby szkoda rozstawać się na dłuższy czas.