Deep Purple to niekwestionowanie jeden z najważniejszych zespołów nie tylko w historii rocka, ale także w moim życiu. Mimo że wciąż trzymające świetną formę dinozaury nadal intensywnie koncertują, tak się jakoś złożyło, że jak dotąd widziałem ich tylko dwukrotnie na żywo.

Pierwszy raz 1 maja 2009 roku na wrocławskich Polach Marsowych zbiegł się czasowo z celebracją moich urodzin. Drugi był częścią koncertu poświęconego pamięci Jona Lorda w londyńskiej Royal Albert Hall 4 kwietnia 2014 roku. Każdy był więc wyjątkowym wydarzeniem spędzonym w wyjątkowym towarzystwie. Nie inaczej było także i tym razem. Na swój trzeci gig Deep Purple wybrałem się do drezdeńskiego amfiteatru Junge Garde.

Venue to przypomniało mi stare dobre amfiteatry berlińskie, w których dawno temu 2 razy udało mi się zobaczyć Metallikę, a także całkiem niedawno Green Day. Czasy „kameralnych” koncertów plenerowych tak dużych zespołów chyba jednak bezpowrotnie minęły, przynajmniej na razie. Miło było dla odmiany zasiąść sobie wygodnie na trybunach z napojem w ręku i komfortowo delektować się tą muzyczną ucztą.

Występ rozpoczął się klasycznie od intra puszczonego z taśmy: The Planets, Op. 32 Gustava Holsta, przy akompaniamencie którego na scenie pojawili się kolejno Ian Paice, Don Airey, Roger Glover i Steve Morse. Po otwierającym akordzie usłyszeliśmy charakterystyczny rytm wygrywany przez Paice’a na werblu. Po chwili dołączył do niego wyrazisty, galopujący motyw basu Glovera.

Rozpoznawalna progresja akordów nie pozostawiła wątpliwości, że panowie zaczną klasycznie – od Highway Star. Ian Gillan kazał na siebie czekać niemal do momentu rozpoczęcia pierwszej zwrotki. I o ile z nimi radził sobie całkiem nieźle, tak już pierwszy refren bezlitośnie pokazał, że lata świetności wokalnej ma już za sobą. Nie było jednak na tyle źle, by psuło to odbiór koncertu. Biorąc pod uwagę wiek, panowie są nadal w świetnej formie.

Ze sceny sączyły się hektolitry energii

Początek koncertu był jak najbardziej klasyczny, a panowie oprowadzali nas po swoich najsłynniejszych dokonaniach z lat 70-tych i usłyszeliśmy kolejno aż dwa utwory z albumu In Rock: Bloodsucker i Hard Lovin’ Man. Tutaj już Gillan wypadł znacznie lepiej, tak jakby zaczął się rozkręcać, a zarazem stopniowo poprawiało się nagłośnienie, które początkowo nie było optymalnie zbalansowane.

Drugi ze wspomnianych utworów stał się znakomitym pretekstem do porywającej solówki na klawiszach Dona Airey’a, których zresztą tego wieczoru nie brakowało. Dłużny nie pozostał mu Steve Morse, który po tak wielu latach sprawia wrażenie, jakby był z grupą od zawsze. Gillan w tym czasie gdzieś uroczo zrównał się z tyłu z perkusją i klawiszami, by charakterystycznie podrygując dorwać się do tamburyna.

Jako czwarte bez żadnej przerwy zagrane zostało Strange Kind of Woman, jak zwykle niezwykle ciepło przyjęte przez słuchaczy. To pierwszy z naprawdę szeroko rozpoznawalnych utworów tego wieczoru, które znał dosłownie każdy zgromadzony tego ciepłego wieczoru w Junge Garde osobnik i to dało się momentalnie odczuć, gdyż poziom entuzjazmu gwałtownie się podniósł.

Panów nie opuszcza wspaniałe poczucie humoru

Przejawiające się zarówno w muzyce, jak i dialogach scenicznych. Pierwszy z nich nastąpił podczas dłuższej przerwy po Strange Kind of Woman. Ian Gillan przywitał się z publicznością i od razu dowcipnie skomentował fakt, iż niemiecki amfiteatr obficie obstawiono straganami, przy których wyposażyć się można w wszelkiego rodzaju trunki i inne udogodnienia. Zapytał więc kolegów z zespołu, kto co zamawia, po czym ustawił się tyłem do Rogera, by ten podrapał go po plecach.

Następnie zapowiedział „coś absolutnie przerażającego”, czyli pierwszy tego wieczoru utwór z ostatniej płyty Purpli – wydanej w 2013 roku Now What?! – Vincent Price. Decyzja o pozostawieniu właśnie tego utworu w repertuarze była jak najbardziej słuszna – mimo swojego charakterystycznego brzmienia, wypada on świetnie na żywo, nawet jeszcze lepiej niż na albumie. Charakterystyczny, niemal sabbathowy riff ma odpowiedni ciężar, a niepokojące klawisze wypełniają przestrzeń dookoła.

Kolejną przerwę wypełniło dowcipne przedstawienie Steve’a Morse’a, który swoje popisy rozpoczął od gitarowej miniatury z wydanej w 2003 roku płyty Bananas – Contact Lost. Ta zaś płynnie przeobraziła się w kolejny „nowy” utwór – siedmiominutowy Uncommon Man, który miałem okazję usłyszeć na żywo także 2 lata temu w Royal Albert Hall.

Segment „gitarowy” zakończyła kolejna gitarowa miniatura, The Well-Dressed Guitar, gdzie tym razem Steve wsparty był przez kolegów z zespołu, którzy akompaniowali mu podczas jego gnającej niczym pociąg towarowy popisowej solówki. Przy pomocy Gillana udało się także rozkręcić publikę, z zadowoleniem klaskającą do rytmicznych wyczynów scenicznych zacnych Brytyjczyków. Korzystając z chwili ciszy, Gillan podziękował za czynny udział fanów w koncercie.

Inna wymyślna zapowiedź Iana Gillana poprzedziła jeszcze bardziej wymyślny segment solowy Dona Airey’a. Tego się nie da opisać – tego trzeba posłuchać na własne uszy. Takiego bogactwa brzmień, cytatów, atmosfer i emocji próżno szukać u 99% zespołów. Oczywiście Jon Lord to była zupełnie inna klasa i muzyk absolutnie niezastąpiony, ale po jego odejściu ciężko wyobrazić sobie, by ktokolwiek inny mógł z równym powodzeniem tak doskonale wpasować się w ten specyficzny purplowy klimat.

Don rozpoczął także charakterystycznym intrem Perfect Strangers, które z kolei otworzyło cały segment największych przebojów Deep Purple. Segment, który nie zmienia się od wielu lat i który wyglądał tak samo na moim pierwszym koncercie w Polsce w 2009 roku. Ale nie sposób gniewać się za to na muzyków, bo są to utwory, które znudzić się nie mogą i bez których ciężko wyobrazić sobie wesoły, plenerowy koncert tej formacji.

Z każdą chwilą robiło się coraz bardziej energetycznie, a jak zaczęło się Space Truckin’, to atmosfera sięgnęła punktu wrzenia. Na pierwszy plan wyskoczył Roger precyzyjnie dawkując akcenty z Ianem Paicem. Na telebimie pokazały się stosowne „kosmiczne” animacje, a scena mieniła się kolorowymi światłami, które dodatkowo w fajny, płynny sposób „falami” oświetlały publikę w trakcie refrenów.

Space Truckin’ idealnie rozgrzało atmosferę przed momentem, na który zapewne czekało wielu – Smoke on the Water, które było ostatnim kawałkiem głównego setu. Oczywiście odpowiednio wydłużone, by dać szansę publice zaśpiewać zarówno melodię najsłynniejszego riffu świata, jak i jeden z najsłynniejszych refrenów w historii rocka.

Po kilku minutach serdecznych braw muzycy zjawili się z powrotem na scenie, by po krótkim bluesowym otwarciu przejść do najstarszego tego wieczoru utworu i swojego (chociaż wcale nie napisanego przez nich) pierwszego przeboju – Hush! Oczywiście publika nie zawiodła w charakterystycznych zaśpiewach po każdej zwrotce.

Nie zabrakło porywających solówek w tym emocjonującego dialogu między klawiszami i gitarą. Hush przeobraził się w solo na basie, podczas którego Rogerowi wtórował na perkusji Ian Paice. Wybryki na basie płynnie przeobraziły się w jeden z najsłynniejszych riffów w repertuarze Deep Purple, czyli Black Night, który tradycyjnie już zamknął koncert.

Wspaniale było znów wybrać się na Deep Purple

Można im zarzucić, że główna struktura setlisty standardowych koncertów plenerowych nie zmieniła się od wielu lat, ale przy mojej częstotliwości uczęszczania na ich koncerty zupełnie mi to nie przeszkadzało. Zresztą, ciężko wyobrazić sobie gig bez Strange Kind of Woman, Perfect Strangers czy Black Night. To są takie evergreeny, które zawsze miło usłyszeć na żywo, w dodatku w wykonaniu wciąż przyzwoicie ruszających się na scenie autorów. Mam nadzieję, że przed nimi jeszcze mnóstwo koncertów, chociażby promujących kolejną płytę, która podobna już jest nagrana. Czekam!

 

Podobne Posty