Zaczęłam spisywać różne myśli dotyczące koronawirusa, najpierw tylko na telefonie, na początku marca. Nie chciałam ich publikować, ale czułam potrzebę, żeby kilka myśli i zdarzeń zapisać. Od kilku dni zastanawiałam się, czy może jednak by je opublikować. Blokowało mnie to, że zawsze unikałam określonych tematów na blogu, robiłam to świadomie. Nie chciałam pisać o koronawirusie, ale trudno udawać, że go nie ma, nie patrzeć jaki ma wpływ na codzienność i popkulturę, o której tyle piszę. Przestałam już nawet wrzucać na profil na Facebooku linki do artykułów o kolejnych odwołanych wielkich wydarzeniach, kultowych i ważnych, bo jest ich tak dużo… Pomyślałam, że jak opublikuję ten tekst to może odblokuję się na publikowanie recenzji płyt i filmów.

9 marca

Czuję się, jakbym chodziła po minach, czekając która wybuchnie. Na razie wszystkie to atrapy. Chodzę tak od kilku dni. Od wykrycia pierwszego przypadku koronawirusa w Polsce, na który mam wrażenie politycy i obywatele czekali jak na znak, objawienie, wybawienie z marazmu codzienności, w której od tygodni słyszymy, że to nieuniknione i przyjdzie też do nas, mija kilka dni. Na razie życie toczy się względnie normalnie, względnie, bo w powietrzu czuć niepokój. Pracuję, spotykam się z ludźmi, temat epidemii pojawia się już w nie co drugiej, a każdej rozmowie, ale mimo to jakoś nikt nie snuje czarnych wizji. To chyba jeszcze ten etap, w którym nikt z nas nie przyjmuje do świadomości, że za chwilę to, co znamy z filmów stanie się rzeczywistością.

Większość dnia i tak upływa mi na sprawdzaniu, czy Avril Lavigne odwołała już europejską trasę koncertową i czy linie lotnicze anulowały moje loty. Od dwóch tygodni nie wierzę już w to, że odbędzie się jakikolwiek z koncertów Head Above Water Tour, pierwszej trasy Avril po Europie od 9 lat. Znam takich, którzy w to wierzą…

Wiem też, że mój planowany od października kilkudniowy wyjazd do Włoch i Belgii nie dojdzie do skutku. Już tydzień temu anulowałyśmy wszystkie noclegi, bo nie było sensu przeciągać tego, co wydawało się oczywiste. Przynajmniej nie trzeba było upominać się o zwrot kosztów. Wkurza mnie brak komunikacji ze strony Lavigne i Organizatorów trasy, ale tłumaczę to sobie tym, że czekają aż poszczególne kraje same zakażą imprez masowych. Już kilka dni temu poinformowano, że koncerty we Włoszech się nie obędą. Przyznaję, odetchnęłam wtedy z ulgą. Po raz pierwszy w życiu ucieszyłam się, że odwołano koncerty, na które się wybierałam. Każdego dnia pojawia się tak dużo nowych, coraz bardziej niepokojące doniesienia z Włoch. Dziś poinformowano, że zamknięto cały kraj – nie można z niego wyjechać, ani wjechać.

Cieszę się, że te koncerty miały być dopiero 15 marca, a nie kilka dni wcześniej. Cholera wie, gdzie bym teraz była i kiedy mogłabym wrócić do domu.

10 marca

Czy to początek wielkiej zmiany? Tak pomyślałam, gdy przeczytałam, że na dwa tygodnie zamknięte zostaną szkoły. Kilka firm, z którymi współpracuję już od pewnego czasu mówiło o przejściu na tryb pracy zdalnej, ale dziś nastał dzień, w którym zapadła ostateczna decyzja. To ten kolejny wyczekiwany moment, pewnego rodzaju przyzwolenie na to, żeby schować się w domu, przenieść pracę do własnych czterech ścian i chronić się przed niewidzialnym zagrożeniem. Rozmawiałam z ludźmi, którzy wyraźnie poczuli dziś ulgę. Choć nie umieją tego nazwać w ten sposób.

Powoli, ale już z cieniem paniki w oczach zauważam, że krajobraz dookoła mnie zaczął się zmieniać. Nie ma już żartów w opowiadaniu wirusie, pojawiają się zmartwione miny próbujące zadać pytanie: co będzie dalej? Dwa tygodnie pracy zdalnej może i nie brzmi najgorzej, ale chyba nikt nie wierzy, że na tym się skończy.

11 marca

Po burzy przyszła względna normalność. Względna, bo mój plan dnia już się zmienił, wypadło z niego kilka planowych spotkań, ale miasto wygląda normalnie. Co prawda wiem już, że z piątkowego koncertu Agnieszki Chylińskiej nic nie wyjdzie – nie ma szans, żeby władze miasta zgodziły się na tak dużą imprezę w obecnej sytuacji, ale psychicznie mam się dobrze. W końcu mogę się wyspać i odespać dwa ostatnie, naprawdę intensywne tygodnie wypełnione pracą, dodatkowymi warsztatami, szkoleniem i koncertami.

Trochę się bałam, że jak po pracowym maratonie wyfrunę do Włoch to dopadnie mnie wielkie zmęczenie. Lub że dopadnie mnie, gdy wrócę, a nie będę sobie mogła pozwolić na kilka dni luzu. Korzystam więc z dodatkowych godzin snu. Ponoć zawsze trzeba szukać pozytywów, w każdej sytuacji, no to poszukałam.

12 marca

Ktoś zapytał mnie dziś, co słychać i jak się czuję? Odpowiedziałam, że morale zaczynają mi słabnąć. Jest to prawda, bo choć wczoraj było jeszcze względnie normalnie to dziś widzę, jak wszystkie plany i cała moja rutyna sypią się niczym domek z kart. A ja jestem fanką kalendarza i planów, teraz co chwilę otwieram kalendarz tylko po to, żeby wykreślić z niego coś, co wylądowało w nim kilka tygodni temu. W dodatku mam świadomość, że to dopiero początek, a jakby tego było mało chciałam dziś zrobić zakupy i uświadomiłam sobie, że to gadanie o braku jedzenia na półkach to prawda.

Nigdy nie widziałam tak pustego sklepu. Nie wpłynęło to na mnie dobrze.

13 marca

Nigdy nie byłam przesądna, piątek trzynastego nie robił na mnie wrażenia, ale ten mam ochotę wymazać z pamięci. Po raz pierwszy poczułam, że ogarnia mnie panika. W komunikacji miejskiej już nie tylko mówią o wirusie, instruując jakie są jego objawy i jak postępować, gdy się je ma, ale też wytyczono specjalne strefy. Żółto-czarne taśmy nie wyglądają przyjaźnie, choć rozumiem, czemu mają służyć – wytyczają względnie bezpieczną przestrzeń dla kierowcy.

Znów poszłam też do sklepu i znów trafiłam na rząd pustych półek. Po południu pakuję się i wyjeżdżam z miasta. Śmieję się, gdzieś głęboko wiedząc, że to może okazać się prawdą, że uciekam zanim zamkną miasto. Weekend z rodziną zawsze działa kojąco. Nawet w takiej sytuacji, której nie umie się zrozumieć i opisać.

14 marca

Czuję się jak na małych wakacjach, gdzieś pomiędzy Wielkanocą a Majówką. Na dworze robi się coraz cieplej, futrzany miauczący przyjaciel dotrzymuje mi towarzystwa. Odsypiam.

15 marca

Kolejny spadek formy? Snuję się po domu i nie mogę znaleźć sobie miejsca. To miał być mój pierwszy pełny dzień w Mediolanie, po ludzku mi przykro, że te plany szlag trafił. Niebywałe jest to, jak wszystko może się szybko zmienić. Pocieszam się, że trasa mogła się rozpocząć w pierwszych dniach marca i cholera wie, gdzie bym teraz była. Zdrowie najważniejsze, wiadomo, ale smutno mimo to.

Jutro zaczynam mój pierwszy tydzień bez wychodzenia z domu w celach zawodowych. Trafiłam też na tekst NME, w którym napisano, że singiel It’s the End of the World As We Know It zespołu R.E.M znów pojawił się na listach najchętniej kupowanych singli. O ironio.

CDN.