Gdyby ktoś opowiedział Wam historię zekranizowaną w filmie Escape from Pretoria (pol. Ucieczka z Pretorii) mówiąc, że to jego (lub jej) historia życia powiedzielibyście: stary (lub stara) nie wymyślaj! Bo naprawdę niełatwo jest uwierzyć, że za pomocą drewnianych kluczy można uciec z więzienia. W tym filmie chodzi jednak nie tylko o to, jak trzech zdeterminowanych mężczyzn oszukuje system. Tutaj system jest podstawą opowieści. Escape from Pretoria pokazuje, jak działał apartheid i jak walczono, żeby segregacja rasowa się skończyła. W głównych rolach występują Daniel Webber, Mark Leonard Winter i Daniel Radcliffe. Dla tego ostatniego postanowiłam obejrzeć film.

Ostatnie udane filmowe role Roberta Pattinsona skutecznie zachęciły mnie do oglądania filmów z aktorami, których pamiętam z produkcji popularnym, gdy chodziłam do szkoły. Escape from Pretoria zainteresowało mnie też z innego powodu. Gdy już dostrzegłam tego Daniela na plakacie, postanowiłam przeczytać, o czym jest ta historia. Tak dowiedziałam się, że to oparta na faktach opowieść o trzech mężczyznach, którzy stali się więźniami politycznymi Pretoria Central Prison. Wydarzenia miały miejsce w 1979 roku, a film powstał na motywach książki Inside Out: Escape from Pretoria Prison napisanej przez Tima Jenkinsa. To właśnie w jego rolę wciela się Daniel Radcliffe. Sam Jenkins również pojawia się w filmie, gościnnie.

W kilku miejscach można przeczytać, że jest to thriller, z czym nie do końca się zgadzam. Typowych dla tego gatunku wątków czy scen jest niewiele. Escape from Pretoria (pol. Ucieczka z Pretorii) nie zapiera tchu w piersiach, nie wywołuje gęsiej skórki i nie podnosi ciśnienia. To film, którego akcja powoli posuwa się do przodu, a film jest spokojny, bez spektakularnych zwrotów akcji. Mimo to ogląda się go z zainteresowaniem, wyczekując końca, który nie rozczarowuje. Nie jest to jedna z tych hollywoodzkich produkcji, które do znudzenia powielają te same schematy – już prawie im się udało, a jednak się nie udało.

Scenarzyści prowadzą widza krok po kroku, pokazując przygotowania do ucieczki, oczywiście najpierw zaczynając od pomysłu. Poświęcają tym przygotowaniom mnóstwo czasu, bo przecież z więzienia szybko, w przypływie adrenaliny, bez misternie przygotowanego planu uciec się nie da. Czasem dodają odrobiny adrenaliny dając znać, że strażnicy mogli być bardziej spostrzegawczy niż się wydawało, ale scen rodem z amerykańskich thrillerów brak.

Daniel Radcliffe z pewnością nie zagrał roli życia, ale zmierzył się z prawdziwą postacią i prawdziwymi zdarzeniami. Miło widzieć, że wybiera scenariusze oparte na historiach ważnych, wartych opowiedzenia i istotnych dla świata. Tim, którego przyszło mu zagrać był postacią inteligentną, rozważną, skrupulatną, która większość działań najpierw dokładnie analizowała. Wiele więc działo się w głowie postaci, a Radcliffe musiał przekazać to na poziomie emocji, gestów, min. Ataki paniki, które w pewnym momencie realizowania misternego planu ucieczki nie opuszczały jego bohatera zagrał przekonująco.

Escape from Pretoria to jeden z tych filmów, o których trudno powiedzieć złe słowo, ale trudno też piać z zachwytu. Trudno też wyobrazić sobie, jak inaczej można byłoby poprowadzić tę historię. Może pokazać więcej kulis aresztowania? Bardziej szczegółowo opisać Apartheid? Wyjaśnić, dlaczego biali trafili do więzienia i jak narazili się systemowi? Temu poświęcono chwilę – na wstępie i na końcu produkcji. Gdyby rozwinięto te wątki przysłużyłoby się to opowieści. Łatwiej byłoby wtedy zrozumieć konsekwencje, które czekały na uciekinierów w przypadku niepowodzenia. To wymagałoby jednak znacznego wydłużania filmu, który już trwał prawie 2 godziny. A jak wspomniałam nie były to dłużące się dwie godziny.

Film warto obejrzeć z prostego powodu – to historia oparta na faktach, o trudnych, ciężkich, niesprawiedliwych czasach. Takie historie trzeba znać, pewnych działań unikać, pewnych błędów nie popełniać. Aktorzy tacy, jak Radcliffe czy Ian Hart sprawiają, że więcej widzów decyduje się po nie sięgnąć.