Zorganizowanie pierwszego w Polsce koncertu niszowego norweskiego zespołu, który od 11 lat nie występował i nie wydał żadnej płyty? Tego karkołomnego zadania podjęła się agencja Go Ahead i ktoś ma tam łeb nie od parady. 20 marca Madrugada zagrała w warszawskim klubie Niebo i trudno postrzegać ten wieczór w innych kategoriach niż pełnego sukcesu – zespół został przyjęty w stolicy fenomenalnie i mam przeczucie, że na tym jednym występie nie poprzestanie.

Madrugada cieszyła się całą dekadą kariery pełnej sukcesów. Po pięciu udanych albumach, wydawało się, że nic nie jest w stanie ich powstrzymać. Jednak nagła śmierć gitarzysty Roberta Buråsa nie pozostawiła u pozostałych żyjących członków zespołu wątpliwości – jedyną opcją jest pożegnalna trasa i oficjalne zakończenie działalności. Przez kolejne 10 lat muzycy poświęcali się swoim indywidualnym karierom i projektom, wokalista Sivert Høyem dotarł nawet do Polski latem 2013 roku.

Fani powoli tracili wiarę, że macierzysta Madrugada może jeszcze kiedykolwiek powrócić na scenę. W świecie muzyki nie ma jednak rzeczy niemożliwych, zwłaszcza w obliczu mody na comebacki i huczne rocznice. Gdy więc zbliżało się 20-lecie ukazania się debiutanckiej płyty Madrugady, Industrial Silence, coś się zaczęło dziać na mediach społecznościowych zespołu. Szybko okazało się, że zespół wraca na scenę, by wykonywać w całości rzeczony album, a trasa koncertowa zaczęła rozrastać się do imponujących rozmiarów. Blisko miesiąc po pierwszym koncercie w Europie, który odbył się w Berlinie, Madrugada dotarła do Polski. Po raz pierwszy w karierze.

Warszawska data na koncertowej rozpisce Madrugady szczerze mnie zaskoczyła. Niemcy byli oczywistym wyborem; to prawdopodobnie drugi po Norwegii ich największy rynek. Mają tam oddanych fanów, którzy 16 lutego w berlińskim klubie Columbia Theater okazali im takie oddanie i entuzjazm, którego mogłyby pozazdrościć Madrugadzie topowe gwiazdy z czołówek list przebojów. Jakoś trudno mi było sobie wyobrazić, że w Polsce atmosfera może się choćby zbliżyć do tej berlińskiej. Koncert nie był wyprzedany, a Niebo nie należy do największych sal koncertowych w Polsce. Umiarkowany ruch na mediach społecznościowych wokół tego koncertu i ciągłe przypomnienia o pozostających do kupienia biletach wywoływały jedynie mimowolny ruch jednej brwi do góry. Czy to może się w ogóle udać? Czy mało znany, nieobecny od 10 lat zespół nie będzie grał w Warszawie dla pustej sali?

Już po przekroczeniu progu klubu wiedziałem, że wszelkie obawy były absolutnie bezpodstawne. W klubie było gwarno i tłoczno, i raczej nie była to zasługa wyłącznie stałych bywalców, zwłaszcza, że znaczna część zgromadzonej gawiedzi nie porozumiewała się po polsku. Zdaję sobie sprawę, że obecnie znaczny odsetek rezydentów Warszawy nie należy do natywnych mieszkańców ziem mazowieckich. Jednak to za mało, by wytłumaczyć taką różnorodność narodową przybyłych do Nieba gości inaczej, niż faktem, że zjechali się fani zespołu także zza wschodnich i południowych granic Polski. Stamtąd, gdzie zespół w ramach tej trasy nie dotarł.

Na kilka minut przed 20.30, kiedy to Madrugada miała pojawić się na scenie, wystarczyło spod sceny jedno spojrzenie do tyłu, by zrozumieć, że Niebo jest wypełnione po brzegi. Pojawienie się na scenie Siverta w towarzystwie starych kolegów wywołało szczery entuzjazm publiczności. To przede wszystkim pozostały żyjący klasyczny skład Madrugady: majestatyczny basista Frode Jacobsena i bijący ciepłem Jon Lauvland Pettersen na perkusji. Świętej pamięci Buråsa zastępuje fantastyczny Cato Salsa na gitarze, wieloletni przyjaciel Siverta. Z kolei na instrumentach towarzyszących – gitarach, pianinie, organach, czy harmonijce ustnej zagrał Christer Knutsen.

Repertuar nie mógł rozczarować chyba żadnego fana zespołu. Zgodnie z obietnicą, głównym punktem programu było wykonanie w całości albumu Industrial Silence. Chociaż w nieco zmienionej kolejności – zespół słusznie uznał, że przydadzą się małe roszady w sekwencji utworów, tak aby nowy układ lepiej sprawdził się w rządzącej się własnymi prawami dramaturgii występu na żywo. Najbardziej trafionym pomysłem było przesunięcie ujmującej ballady Electric na sam koniec – to w końcu jeden z najlepszych utworów Madrugady. Zresztą, przed jego wykonaniem sam Sivert przytoczył anegdotę o wyjątkowych okolicznościach, w jakich powstał utwór, niejako definiując cały nastrój i motyw przewodni albumu. Była to jedna z pierwszych kompozycji stworzonych przez zawzięcie ćwiczący zespół i gdy już go opanowali, stwierdzili, że to znakomita piosenka. Zgasili światła w pomieszczeniu, w którym mieli próby i spoglądali przez okno w kierunku majaczących z oddali nocnych świateł dzielnicy przemysłowej. Grali w kółko Electric i czuli, że są „najlepszym zespołem na świecie”. I to było właśnie dla nich tytułowe „Industrial Silence”.

Podobnie wielkie wrażenie zrobiła inna ballada – chyba najbardziej spokojna na całym albumie kompozycja Quite Emotional. Tutaj Sivert także pozwolił sobie na małą przypowieść, wbrew pozorom rzecz niezwykle rzadką w jego ustach. Zażartował, że zespół miał problem podczas trasy promującej pierwszy album, bo nie mieli zbyt wielu utworów, z których mogliby wybierać, więc musieli grać wszystkie ballady, a jest ich dosyć dużo na debiutanckim albumie. Nie była w tamtych czasach zachwycona tym faktem norweska publiczność złożona w dużej części z młodych fanów rocka, domagających się bardziej agresywnego grania. Wobec tego faktu, podczas wykonywania najspokojniejszych utworów, zespół na scenie słyszał dobiegający od strony publiczności szmer głośnych rozmów. Sivert stwierdził, że miło jest teraz, po latach, wykonywać je dla tak wspaniałej publiczności jak ta polska, która – dla odmiany – naprawdę słucha.

Tym bardziej chwali się Madrugadzie fakt, że nie ugięła się pod „ciężarem” liczebności ballad na pierwszym albumie i dobierając repertuar uzupełniający – bagatela, 7 dodatkowych utworów! – nie uciekała od najpiękniejszych ballad, których także nie brakowało na kolejnych czterech albumach. Cóż to by była za strata! W balladach Madrugada zdecydowanie lśni najjaśniej i bardzo dobrze, że nie boją się tego faktu celebrować. Nie zabrakło w segmencie bisowym przynajmniej jednego utworu z każdej pozostałej płyty zespołu, chociaż najbardziej liczebnie reprezentowany był drugi album – The Nightly Disease. Usłyszeliśmy więc przegenialne, przewrotne Black Mambo, singlowe i nieco transowe Hands Up – I Love You i uwodzicielskie Only When You’re Gone.

Z trzeciego albumu Madrugady rozbrzmiało obowiązkowe Majesty – przez wielu uważane za najlepszy utwór w repertuarze grupy. Jakby nie patrzeć, to kolejna ballada – ale podobnie jak rozliczne pozostałe, łatwo rozpoznawalna i zupełnie odróżniająca się od reszty. Z wydanego w 2005 roku The Deep End zespół zagrał także obowiązkowe The Kids Are on High Street – najbardziej dynamiczny kawałek, przy którym publiczność rozkręca się jak na rasowy rockowy koncert przystało. Sivert zaś pozwolił sobie w końcówce utworu zejść ze sceny do publiczności i usiąść na barierce, śpiewając kilka wersów prosto w twarz fana z największą wczuwką (uczestniczył czynnie w każdej sekundzie koncertu), przybijając piątki, a nawet czule przytulając wzruszoną fankę. Z ostatniego albumu, wydanego w 2008 roku rozbrzmiały świetnie bujające What’s on Your Mind i – na sam koniec – romantycznie depresyjne Valley of Deception.

Na ogromną pochwałę zasługuje przygotowanie zespołu. Widać, że to nie była kwestia 2-3 prób i zwykłego przypomnienia sobie utworów. Widać, a przede wszystkim słychać, te wszystkie miesiące prób i preprodukcji. Brzmieniowo to w tej chwili absolutnie jeden z najlepiej brzmiących zespołów rockowych na świecie. Całe to charakterystyczne, przestrzenne, masywne, a zarazem klarowne brzmienie znane z płyt, świetnie oddane jest na żywo, a nawet wzbogacone. Utwory delikatnie zmodyfikowano, ale nie przekroczono granicy robienia z nich parodii czy coverowania samych siebie. Dodano smaczki brzmieniowe, jak organy Hammonda na Majesty. Wydłużono kilka sekcji instrumentalnych, np. urzekające intro do Black Mambo czy Sirens. Dodano kilka sekcji, których nie ma na albumach – jak chociażby nieco bardziej dynamiczna końcówka w normalnie w całości spokojnym Quite Emotional. Co ciekawe, fani zaliczający więcej niż jeden koncert, obserwują ich ewolucję – w Warszawie dało się usłyszeć modyfikacje, których brakowało jeszcze miesiąc wcześniej w Berlinie – jak chociażby przedłużone, bardziej dynamiczne outro w Black Mambo. Madrugada bawi się muzyką i robi to świetnie – subtelność i kunszt warstwy muzycznej idzie w parze z genialną atmosferą i szczerym zadowoleniem muzyków z obecności na scenie po tych wszystkich latach i interakcji z wdzięcznymi fanami.

Z perspektywy fana, który słucha zespołu od 14 lat, ale dopiero w tym roku miał po raz pierwszy na żywo w swoim życiu okazję posłuchać go na żywo, repertuar dobrany został niemal idealnie. Niemal, bo na upartego, być może zamieniłbym Hands Up – I Love You na inny utwór z The Nighly Disease, moje ulubione A Deadend Mind, ale to czepianie się na siłę. Poza tym, coś trzeba zostawić na kolejną trasę i kolejną wizytę w Polsce, nieprawdaż? Sądząc po szczerych, uśmiechniętych twarzach muzyków żegnających się po koncercie z głośno wiwatującą publicznością, następne spotkanie to tylko kwestia czasu. Zespół już stopniowo ogłasza jesiennie koncerty w Europie.