„Seasons change everything” – powtarzano do znudzenia przy każdej możliwej okazji. Od momentu zapowiedzi na E3 po premierę na początku października, fraza ta padła w materiałach promocyjnych niezliczoną ilość razy. I słusznie, bo naprawdę trudno o hasło trafniej opisujące największą nowość w Forza Horizon 4. „Czwórka” to nie tylko czwarta odsłona serii, ale też cztery pory roku, które rzeczywiście zmieniają wszystko.

Głównym bohaterem gry, podobnie jak w poprzednich odsłonach serii Forza Horizon, jest otwarty świat. Plac zabaw, na którym realizujemy nasze motoryzacyjne fantazje. Po egzotycznej wycieczce na drugi koniec świata twórcy z brytyjskiego studia Playground Games zapraszają nas w swoje rodzinne strony. Mapa w Forza Horizon 4 to intrygująca „składanka” najciekawszych miejsc na Wyspach Brytyjskich. Wybór jest jednak nieoczywisty. Podobnie jak na mapie Australii zabrakło Sydney, tak na mapie Wielkiej Brytanii nie uświadczymy Londynu. Jest za to stolica Szkocji – Edynburg, angielskie jezioro Derwent Water, wioski w Cotswolds, wiadukt Glenfinnan, zamek Bamburgh i wiele innych urokliwych miejsc.

Zamiast stawiać na ilość i konkurować z The Crew 2 pod względem wielkości mapy, Playground Games postawiło na jakość i wariantowość. Każda z czterech pór roku kompletnie zmienia nie tylko wizualną reprezentację świata gry, ale też realnie wpływa na to, jak się w nim bawimy. Zima to więc nie tylko podmiana tekstury ‚trawa’ na ‚śnieg’. Są na mapie obszary mniej i bardziej zaśnieżone, a w głębokim śniegu nie tylko inaczej się jeździ, ale też zostawia po sobie koleiny.

Podobnie zresztą zachowuje się piasek na plaży – pozostały po odpływie mokry piasek jest twardszy, niż ten wydmowy w głębi plaży. Nie inaczej jest z błotem, które podczas deszczowej wiosny jest tak plastyczne, że jazda po nim to czysta przyjemność. W koleinach zaś zbiera się woda od której w poetycki sposób odbija się światło słoneczne. Technologia deformacji podłoża przeszła piękną ewolucję od czasów pierwotnej implementacji w Sega Rally Revo.

Doskonała znajomość materiału pozwoliła magikom z Playground Games na stworzenie niebywale wiarygodnego świata, który co rusz zaskakuje bogactwem szczegółów. Eksploracja tej skondensowanej Wielkiej Brytanii jest kolosalnie satysfakcjonująca. Na wyjątkowo „wścibskich” podróżników czeka masa smaczków. Dzięki zmyślnie zastosowanej technologii mapowania sześciennego, możemy zaglądać ludziom do domów i przyglądać się witrynom sklepów i kawiarni, które sprawiają wrażenie przestrzennych. Wjazd na posesję każdej posiadłości są inne, co sprawia że chce się przejeżdżać przez drewniane furtki i zaglądać ludziom do obór, gdzie często są schowane tablice premiowe.

Pierwsza wizyta w Edynburgu potrafi zaprzeć dech. Na miejsce dojechałem o świcie, zdążyłem więc zachłysnąć się pięknie oświetlonymi kamienicami i zamkiem. Agresywne poranne światło o wysokim kontraście odbijające się od brązowych kamienic sprawiło, że podczas wolnego przejazdu wąskimi uliczkami stolicy Szkocji szorowałem szczęka o podłogę. Toż to poziom szczegółowości i technologicznej maestrii dorównujący lub nawet przerastający tę zastosowaną przy rekreacji równie urokliwej Pragi z bliźniaczej serii Forza Motorsport. Tyle że tutaj w pełni otwartym świecie, gdzie w każdej chwili możemy zjechać z wytyczonej trasy i przejechać przez deptak pełen kawiarnianych stolików, skwer lub park. Wertykalność i specyficzny układ ulic tego miasta sprawiają, że był on znacznie ciekawszym wyborem niż Londyn.

Eksploracja terenów wiejskich potrafi być równie pasjonująca i co rusz wywoływać szczery zachwyt. Natura w Forza Horizon 4 tętni życiem, oddycha. Gdy nikt nie patrzy, cwane owieczki muszą ćwiczyć fitness, bo mają taką kondychę, że nie dopadniemy żadnej nawet w Bugatti Veyron. W dodatku na lato gubią wełnę, a na zimę robią się tak puszyste, że trudno poskromić fantazje o samodzielnym strzyżeniu. Na farmach łatwo zetknąć się w kurami, które rozkosznie podlatują, gdy się do nich zbliżyć. Podczas uważnej jazdy przez las, można zauważyć zające przebiegające przez drogę. W terenach bardziej dzikich natomiast można natknąć się na stado jeleni. Przy czym nie trzeba wcale szybko jechać w ich kierunku, by je spłoszyć. Jeśli uda się zatrzymać niedaleko, po chwili silnik zgaśnie, a czworonogi się uspokoją. Wystarczy trzymając hamulec ręczny wprowadzić silnik na wysokie obroty, a zwierzęta spłoszy sam hałas.

Dla każdego miłośnika klasycznego ścigania się najważniejsze są jednak drogi i pod tym względem mapa nie rozczarowuje. Są chyba wszystkie typy dróg, jakie kiedykolwiek pojawiły się w samochodówce. Od autostrady i długich łuków, na których rozpędzimy bolidy wyścigowe, przez idealne do driftu górskie serpentyny, ciasne uliczki małych miasteczek, kręte leśne drogi szutrowe, po naprawdę interesujące tereny poza drogą. W poprzednich częściach unikałem zawodów typu cross country, bo zwyczajnie mnie męczyły – tutaj zaś sprawiły mi wiele radości. Zwłaszcza zimą, kiedy broczymy po zderzaki w śniegu.

Zmienił się odrobinę kontekst naszych poczynań. Horizon to nadal festiwal, ale już nie tylko letni, ale całoroczny. Nie jesteśmy już szefem festiwalu, jak w poprzedniej części, ale ponownie zwykłym jego uczestnikiem. Żółtodziobem, stopniowo pnącym się po szczeblach kariery młodego kierowcy. A ponieważ festiwal trwa na okrągło przez cały rok, główny tryb gry po ukończeniu rozbudowanego prologu przechodzi w Horizon Life. „Życie” Horizon oznacza, że wprowadzamy się do domu niedaleko festiwalu i za zarobioną gotówkę możemy kupować kolejne. Pełnią one podobną rolę, co budowanie i rozwijanie baz festiwalowych w FH3. W domach mamy więc dostęp do garażu, salonu samochodowego, a także możemy się między nimi swobodnie teleportować dzięki opcji szybkiej podróży.

Zupełnie przebudowano też system postępu. Tym razem za wszelkie motoryzacyjne aktywności gromadzimy „wpływ” – od angielskiego modnego ostatnio słówka „influence”, którym zastąpiono „fanów” z FH3. To jednak nic innego, jak wirtualna „waluta”, w której oprócz tradycyjnych kredytów jesteśmy rozliczani z naszych sukcesów i które są miarą naszych postępów w kampanii. Przy czym tym razem rzeczywiście mamy pełną dowolność i jeśli nie mamy ochoty brać udziału np. w zawodach przełajowych, nikt nas do tego nie zmusi.

Każdy typ wyścigów ma swoje indywidualne poziomy postępu do odblokowania, które sumują się też do wspólnej puli, która przekłada się na ogólny poziom naszych postępów. Za osiągnięcie poziomu 200 do odblokowania jest osiągnięcie, spodziewam się więc, że właśnie wtedy pojawiają się w grze napisy końcowe. Jednak droga do „mety” zależy wyłącznie od nas – jeśli chcemy tego dokonać biorąc udział wyłącznie w wyścigach drogowych, nic nie stoi na przeszkodzie. Ale poziom nabija dosłownie każdy rodzaj aktywności – od eksploracji, przez przygotowanie malowań karoserii, po zabawę w fotografa.

Zupełną nowością są rozmaite kariery, których możemy się podjąć w świecie Horizon. Zastępują one nieco ograniczone w możliwości „bucket listy” z poprzednich odsłon. Każda kariera składa się z serii dziesięciu wyzwań, wśród których mogą znaleźć się takie jak jazda na czas, czy nabicie odpowiedniej ilości punktów za styl jazdy. Teoretycznie więc zmieniło się niewiele, ale nowy kontekst uczestnictwa w tych zawodach daje wrażenie partycypowania w czymś ekscytującym. Wśród dostępnych ścieżek rozwoju czeka więc nas np. kariera filmowego kaskadera, wypożyczalnia samochodów (która dodatkowo generuje niezależny przychód) czy perypetie blogerki, która przygotowuje materiał na temat klasycznych samochodówek. Każde kolejne zadanie nawiązuje więc do takich tytułów jak OutRun, Daytona USA, a także… jakżeby inaczej, PGR. Kudos, Playground Games!

Pory roku nie tylko zmieniają warunki, w których przyjdzie nam toczyć zmagania, ale też są katalizatorem nowej zawartości. Po ukończeniu prologu, który umożliwia  zasmakowahnie w każdej z nich i dotarciu do trybu Horizon Life, pory roku zmieniają się co tydzień, dla wszystkich graczy jednocześnie. Za każdym razem pojawiają się nowe zawody, w których wziąć udział można jedynie w trakcie danej pory roku. Są to mistrzostwa, które narzucają nam wzięcie udziału w serii wyścigów w określonym typie pojazdu. Zniknęła więc nieco przytłaczająca możliwość wzięcia udziału we mistrzostwach dostępnych na mapie jednocześnie. Ponadto rozbudowano wyzwania Forzathon – są rotujące się dzienne i tygodniowe wyzwania, a do tego możemy wziąć udziału w wyzwaniu Forzathon Live, które polega na wykonaniu serii zadań wraz z innymi graczami w określonym limicie czasowym. Miłośnicy jazdy solo mogą zupełnie wyłączyć tryb online i ścigać się klasycznie z drivatarami.

Możliwości rozmaitego spędzenia czasu w świecie Horizon jest mnóstwo, a najważniejsze jest to, że co byśmy nie robili, jest to czas spędzony niezwykle przyjemnie. Spora w tym zasługa wiarygodnego, tętniącego życiem świata, nad którym rozpływałem się w pierwszych akapitach. Iluzja nie byłaby jednak tak skuteczna, gdyby nie kolosalnie wyrafinowana technologia napędzająca tę artystyczną maestrię. Cały ten szczegółowy świat wygląda po prostu bajecznie o każdej porze doby w każdej porze roku. Ogromna w tym zasługa genialnego oświetlenia, które absolutnie nie ma sobie równych.

Imponująco wygląda zarówno soczysta zieleń w samo południe w środku lata, jak i majestatyczne, ośnieżone góry na północy mapy o zmroku. Przed premierą gry wydawało mi się, że zima będzie moją najmniej ulubioną porą roku. Blizzard Mountain było fajnym dodatkiem do FH3, ale nie mógłbym znieść regularnie tak ekstremalnych warunków pogodowych w głównej grze. Ale zima urzeka także wtedy, kiedy jest spokojna. Jest coś uspokajającego w przejażdżce wokół elektrowni wiatrowej pośrodku białych od śniegu brytyjskich równin.

Na Xbox One X, cały ten wizualny splendor można podziwiać na dwa sposoby: w pełnym 4K lub klasycznym 1080p, ale 60 klatkach na sekundę. Odkąd zakosztowałem tej drugiej opcji, nie wyobrażam sobie powrotu do 30 fps. Poczucie znacznie lepszej kontroli nad pojazdem jest nie do przecenienia, w dodatku dwukrotnie płynniejsza gra sprawia dwukrotnie większą frajdę.

W parze z wizualiami idzie genialne udźwiękowienie. Wystarczy pojechać do lasu, zjechać z drogi, zatrzymać się między drzewami tak, aby zgasł silnik, podkręcić głośniki i wsłuchać się w bogate dźwięki żyjącego ekosystemu. Jest też donośne beczenie owiec, rozkoszne gdakanie kur, kojący szum morza. Kontakt kół z różnymi typami nawierzchni jest reprezentowany stosownym dźwiękiem. Zimą ubity śnieg strzela pod kołami.

Jeśli już miałbym się czegoś czepiać, trochę na siłę, to przede wszystkim nadmiernie dużego priorytetu nadanego przedmiotom kosmetycznym dla naszego drivatara. Możemy bowiem ludzika przebierać w przeróżne fatałaszki, których jest prawdziwe zastrzęsienie, w dodatku pochłaniają one znaczną część nagród czekających na wylosowanie przy „kręceniu kołem”. Gdy człowiek osiąga jakiś ważny, wypracowany pułap w grze, a w nagrodę w potrójnym superlosowaniu dostaje kaszkiet, balerinki i cieszynkę „makarena”, motywacja do wygrywania wyścigów odrobinę maleje.

Z kolei osoby lubiące „zaliczać” gry jak najszybciej i od razu zabierać się za kolejne, mogę mieć problem z oceną, kiedy uznać FH4 za „zaliczoną”. Wspominałem już o osiągnięciu za 200 poziom kierowcy, a wymagane do jego osiągnięcia kilkadziesiąt godzin gry może być luksusem, na który nie każdy gracz może sobie pozwolić. Gra została zaprojektowaną z myślą, żeby zaliczać wielokrotnie te same zawody, ale w różnych porach roku i różnymi typami pojazdów. Takie podejście zapewnia tony zróżnicowanej zabawy, ale nie każdemu taka formuła musi przypaść do gustu. Tutaj każdy gracz może wyznaczać sobie swoje cele i uznać grę za ukończoną według własnej miary. Może nią być przykładowo zaliczenie wszystkich wyścigów pokazowych, których tradycyjnie w „czwórce” także nie brakuje.

Forza Horizon 4 to bez cienia wątpliwości najlepsza i najbardziej wszechstronna samochodówka. Odnajdą się w niej zwolennicy niemal każdej formy wyścigów pojazdów czterokołowych. Miłośnicy driftu, rajdów, wyścigów typu drag, zawodów terenowych, nocnych „nielegalnych” spędów. Fani klasycznych muscle carów, historycznych brytyjskich samochodów drogowych, gotowych na tuning importów, plażowych terenówek, a nawet londyńskich taksówek. Dla każdego coś miłego, w dodatku podane w tak przystępnej i satysfakcjonującej formie, że syndrom „jeszcze jednego wyścigu” jest nieunikniony.

Grę można kupić TUTAJ.