Nostalgia to niebezpieczne zjawisko. Twórcy bezlitośnie wykorzystują fakt, że starsze pokolenie konsumentów tęskni za młodością i „starymi, dobrymi czasami”. Efektem tego rebooty, spin-offy, sequele i kontynuacje które najczęściej robią wielką nadzieję na wzbudzenie podobnych emocji co oryginały, a kończy się wielkim rozczarowaniem. Fani oryginału odwracają się na pięcie obrażeni, że sprofanowano ich ukochaną świętość, a nowi fani nie mają czego szukać w uniwersum, którego nie rozumieją.

Ramówkę telewizyjną lat 90-tych wypełniały seriale, które w większości okropnie się zestarzały. Jednym z nich był Full House, amerykański sitcom znany i popularny także w Polsce pod tytułem Pełna Chata. Wówczas był to wielki przebój, ale ciężko się go obecnie ogląda.

„Serowość” (czy istnieje polski odpowiednik słowa ‚cheesiness’?) wylewa się hektolitrami z każdego odcinka. Gdy więc w lutym bieżącego roku pojawiła się kontynuacja zatytułowana Fuller House, podchodziłem do niej z olbrzymią dawką rezerwy, spodziewając się katastrofy.

Tymczasem czekała mnie miła niespodzianka i właśnie dlatego Fuller House trafia do POPventu! Zamiast wywracającego wszystko do góry nogami rebootu postawiono no rozgrywającą się we współczesności kontynuację.

Od ostatniego odcinka Full House minęło 21 lat i tyle samo czasu upłynęło w świecie serialu.

Udało się ściągnąć niemal całą oryginalną obsadę (z wyjątkiem odgrywających rolę małej Michelle sióstr Mary-Kate i Ashley Olsen), nie pozwalając sobie na karygodny błąd obsadzania w lubianych rolach nowych aktorów.

W pilocie pojawia się cała rodzina i w trakcie szybko upływających 35 minut dowiadujemy się, co się działo z bohaterami przez ten czas. Czujemy się jak na spotkaniu z dawno nie widzianą rodziną lub przyjaciółmi, przekonując się, że pomimo upływu lat to wciąż te same osoby, których towarzystwo – mimo kilku dodatkowych zmarszczek lub gramów tłuszczu – wciąż bawi nas tak samo.

Pilot stawia fabularne fundamenty pod trwający łącznie 13 epizodów pierwszy sezon. Oto młode pokolenie Full House staje się dorosłym pokoleniem w Fuller House i poprzez to proste odwrócenie ról, główny zamysł serialu pozostaje ten sam – zmagania samotnego rodzica z wychowywaniem gromadki rozwydrzonych dzieciaków z pomocą niezastąpionych przyjaciół.

Starsze pokolenie z roli dorosłych rodziców w naturalny sposób przeskakuje w role dziadków, skupiając się na swoich karierach zawodowych i zapewniając okazjonalne wsparcie w rodzicielskich zmaganiach, pozwalając aktorom na gościnne występy.

Fuller House pokazuje, że da się zrobić kontynuację serialu z lat 90-tych z jajem.

Oryginał mocno osadzony był w swojej dekadzie, a kontynuacja nie udaje, że nie żyjemy w zupełnie innych czasach – nowe pokolenie dzieciaków trudno więc oderwać od technologii, a i starsi posługują się nią ze sporą skutecznością. Fanów oryginału cieszyć może obecność starych gagów, ale osadzonych w nowym kontekście, w dodatku ze sporą dawką autoironii. I to jest chyba w Fuller House najlepsze – ciągłe puszczanie oka do widza, a nawet łamanie czwartej ściany, przypominające że nie należy traktować tej produkcji w 100% poważnie. Ta lekkość sprawia, że wybaczyć jej można drobne potknięcia, czy generalny brak błyskotliwości scenariuszy.

Ci, którzy nie znają oryginału, nie mają tu czego szukać. Ale starym fanom, którzy wychowywali się oglądając Pełną Chatę na antenie TVP2 przed szkołą, nie raz podniesie się kącik ust, a może nawet oba na raz.

Podobne Posty