Green Day powrócił. Tym razem dosłownie, bo w ciągu czterech lat, które minęły od premiery trylogii ostatnich albumów, członkowie zespołu zmagali się z poważnymi problemami osobistymi i przyszłość zespołu stała pod znakiem zapytania. Teraz, gdy tarapaty mają za sobą, znów biorą pod lupę otaczający ich przerażający świat i wyrażają bunt na miarę 40-letnich punk-rockowców. Oto Revolution Radio – piosenka po piosence.

Somewhere Now – zaskakujące, sielankowe otwarcie albumu gitarą akustyczną i onirycznymi zwrotkami. „I’m running late to somewhere now/I don’t want to be” – śpiewa Billie Joe, podkreślając w jednym z wywiadów, że to jego ulubione otwarcie albumu w karierze. Spokojne zwrotki przeplecione są epickimi refrenami eksplodującymi gitarami elektrycznymi i perkusją, zainspirowanymi nie po raz pierwszy u Green Day’a przez The Who, i od tego momentu nie mamy wątpliwości, czyjego albumu słuchamy. Brzmi to bardzo znajomo, a zarazem dosyć świeżo dzięki tym sennym momentom, przywodzącym na myśl estetykę R.E.M.

Bang Bang – pierwszy singiel nadal pozostaje najbliżej spełnienia obietnic o albumie przepełnionym złością, ostrym brzmieniu gitar i położenia kresu terminowi „pop-punk”. Mimo to obietnic tych niestety nie spełnia w 100%. Gitary skutecznie punktują zwrotki szybkimi, precyzyjnie przyciętymi akcentami, a progresja akordów jest odczuwalnie mniej wesoła niż na imprezowej trylogii. Ciężkiej tematyce utworu nie wtóruje jednak odpowiednio dobrany wokal – Billie znów udowadnia, że nauczył się czysto śpiewać i pracował nad dykcją, ale to właśnie tutaj jak nigdzie indziej pasowałby ten sygnaturowy głos pełen jadu i agresji, niedbałe wypluwanie słów, do czego wokalista nadal często ucieka w trakcie koncertów. To także jedna z najszybszych piosenek w repertuarze GD, ale znacznie bliżej jej do St. Jimmy niż punkowych klasyków z Dookie.

Revolution Radio – tytułowy kawałek na albumie i zarazem drugi singiel to spore rozczarowanie, które mocno przytemperowało mój zapał do tej płyty. Zaczyna się dobrze, intensywnymi gitarami, które kontynuują nastrój wywołany przez Bang Bang, ale czar pryska wraz z nadejściem pierwszej zwrotki. Bezpośrednio zainspirowane protestem Black Lives Matter, agresywne słowa piosenki pełne krytyki mediów społecznościowych wzywają do rewolucji, ale szybko okazuje się, że wyśpiewane są beznamiętną, wesołą melodią niepasującą do tematyki. Mijają 3 minuty po których zamiast zachwytu nad czymś, co powinno definiować wielki powrót wielkiego zespołu, można w błahy sposób skwitować stwierdzeniem: „ot, kolejna piosenka GD, następna”.

Say Goodbye – utwór zaczyna się galopującą, rytmiczną zagrywką, przywodzącą nieco na myśl otwarcie Dirty Rotten Bastards. Reszta utworu po raz kolejny nie zaskakuje niczym specjalnym: to dosyć standardowa rockowa piosenka w średnim tempie z drobnym śladem gitarowego sola po drugim refrenie. W tekście, Billie Joe po raz kolejny nawiązuje do niepokojących, bieżących wydarzeń w Stanach Zjednoczonych.

Outlaws – najbardziej męcząca piosenka na albumie. Ciągnąca się przez 5 minut semi-ballada to ten rodzaj kwadratowego grania z przeciągłymi refrenami, którego u GD wprost nie znoszę. Najwyraźniej zespół uparł się, że przynajmniej na każdym albumie musi być co najmniej jedna taka piosenka (wcześniej m.in. Wake Me Up When September Ends na American Idiot i 21 Guns na 21st Century Breakdown). Liryczna warstwa piosenka pasuje do muzycznej – to przesadnie nostalgiczne chlipanie za minionymi czasami głupiej młodości.

Bouncing Off the Walls – najbardziej frywolna piosenka na albumie, nieco przypominająca zarówno tematyką jak i warstwą muzyczną niektóre utwory z trylogii. W przeciwieństwie do większości z nich, ta nie zapada w pamięć kompletnie niczym, a natychmiast o po jej przesłuchaniu nie pamiętałem ani jednego momentu.

Still Breathing – trzeci i ostatni singiel który ukazał się przed premierą albumu. W warstwie muzycznej jest to kolejny rozczarowujący utwór i nieco męczy przeciągłymi refrenami o prostej melodyce. Tekst jest dosyć mroczny i ciężko oprzeć się wrażeniu, że bezpośrednią inspiracją były problemy personalne członków zespołu, które dotknęły ich w ostatnich latach, z walką z uzależnieniem Billiego na czele. Niestety słaba warstwa muzyczna kompletnie kładzie ten utwór sprawiając, że ciężko powstrzymać się od wciśnięcia przycisku „skip” podczas kolejnego przesłuchiwania albumu.

Youngblood – na albumie nie GD nie może zabraknąć piosenki o miłości. Youngblood to kolejny list miłosny Billiego do jego żony Adrienne. „I want to hold you like a gun/We’ll shoot the moon into the sun” – śpiewa romantyczny BJ w muzycznie najciekawszym mostku na całym albumie. Szkoda tylko, że moment ten pojawia się tylko raz w całej piosence, w dodatku słyszeliśmy go w niemal identycznej (!) formie już w 2007 roku w utworze Favorite Son.

Too Dumb to Die – kolejna klasyczna piosenka GD, tym razem Billie wspomina czasy szkolne: „I was a high school atom bomb/Going off on the weekends/Smoking dope and mowing lawns/And I hated all the new trends”. Linia melodyczna refrenu jest nawet całkiem ciekawa, a klasyczna struktura utworu oparta na power chordach i frywolna tematyka przywołują na myśl stare dokonania zespołu.

Troubled Times – Billie po raz kolejny pochyla się nad stojącą u progu katastrofy Ameryką: „What part of history we’ve learned/When it’s repeated?”. Nieco smutna, refleksyjna i „brudna” muzyka stanowi doskonałą ilustrację dla pełnych niepokoju obserwacji współczesnego świata. Proste refreny z powtarzaną frazą „We live in troubled times” wypełniają znakomicie współgrające ze sobą ciężkie, wręcz grunge’owe gitary. To jeden z najciekawszych momentów całego Revolution Radio.

Forever Now – nie mogło zabraknąć na płycie mini rock-opery, które zespół umieszcza na albumach regularnie od czasów American Idiot. Trwająca niemal 7 minut suita podzielona składa się z trzech mniejszych części: I’m Freaking Out, A Better Way to Die i Somewhere (Reprise). Ostatnia część powtarza i rozwija motyw z piosenki otwierającej album i w epickim zakończeniu nakłada je na siebie wraz z pozostałymi fragmentami utworu tworząc pewnego rodzaju mash-up. Wypadło to nie najgorzej, ale Jesus of Suburbia, Homecoming czy nawet Dirty Rotten Bastards nadal pozostają niedoścignione.

Ordinary World – album mógłby się zakończyć klamrą w Forever Now, ale na sam koniec jest jeszcze spokojna, akustyczna ballada. Zdecydowanie najbardziej nie-Green Day’owa piosenka na albumie. Stylistycznie przypomina bardziej duet nagrany swego czasu przez Billiego z Norah Jones. Minimalistyczna produkcja bardzo pasuje do tej onirycznej kołysanki. Na koniec pojawia się rzadka na tym albumie pozytywna refleksja: „Baby, I don’t have much/But what we have is more that enough” – wers ten znakomicie podsumowuje cały album.

Nie jest to najlepszy album Green Day’a, ale po kilku bardzo trudnych latach dla zespołu, należy cieszyć się że w ogóle jest. Ceniłem ten zespół głównie za to, że nawet tworząc muzykę nieskomplikowaną, ogrywając po raz dwudziesty te same patenty zawsze potrafił mnie czymś zaskoczyć.

Revolution Radio jest pierwszym w karierze zespołu naprawdę rozczarowującym albumem.

Dobre momenty można na nim policzyć na palcach jednej ręki, a zachwycających brakuje. Nawet na każdym krążku z trylogii ¡Uno!, ¡Dos!¡Tré! co najmniej połowa piosenek trzymała wysoki poziom i zapadała w pamięć. Nie można tego powiedzieć o Revolution Radio: brakuje tu tej zaraźliwej energii, polotu, czegoś, co nie pozwoliłoby usiedzieć na krześle podczas słuchania.

Może zespół wypalił się kreatywnie nagrywając jednocześnie trzy płyty 4 lata temu? Może Billie Joe nie potrafi pisać porywających piosenek na trzeźwo? Miała być rewolucja, sprzeciw wobec upadającego na naszych oczach świata. Zamiast agresji i wściekłej punkowej energii, jest spokojny smutek, kojarzący się z akceptacją i poddaniem się. Dobrze, że na koncertach zespół nadal kopie po tyłkach.

Album REVOLUTION RADIO można kupić tutaj

Podobne Posty