Przygody z Green Day’em po latach przerwy ciąg dalszy! Z praskiej Tipsport Arena przenosimy się do londyńskiego O2 Arena. Trasowe koncerty, zwłaszcza zaliczane niemalże jeden po drugim, charakteryzuje ta sama setlista. A co je różni?

Już samo venue robi kolosalną różnicę. O2 Arena jest blisko 2-krotnie większe od Tipsport Arena i to się dało poczuć jeszcze przed wejściem do środka. Podczas mojej 3-letniej nieobecności na tym obiekcie doszło do kilku kosmetycznych zmian, np. zmieniła się nieco organizacja – inaczej ustawione są barierki pod wejściem na płytę. Ale najważniejsze, że dzięki specyficznej konstrukcji, nie trzeba czekać na zewnątrz i nawet zimą wielogodzinne czekanie daje się jakoś wytrzymać.

W przeciwieństwie do Pragi, sektor płytowy nie posiadał wydzielonego golden circle, co gwarantowało mocne wrażenia. To nie ten pełen relaks i swoboda, którymi mogliśmy cieszyć się w praskiej Tipsport Arena. A mi udało się zapewnić sobie dobre miejsce, zaledwie kilka rzędów od scenowego wybiegu.

Zanim przyszła pora na gwiazdę wieczoru trzeba było po raz kolejny przemęczyć się przez set The Interrupters

Po Pradze byłem już przygotowany na to, że ich show niczym mnie nie zaskoczy i że będzie nieco monotonny, więc nie robiąc sobie nadziei na nowe odkrycie cieszyłem się po prostu, że nie jest to zespół bardzo męczący. Pod koniec zdarzyła się jednak niespodzianka!


Fenomenalny Green Day w Pradze – relacja z koncertu w Czechach


Koncert w Londynie był ostatnim na tym legu europejskiej trasy. Na scenę wkroczyli członkowie Green Daya przebrani za różne stwory i dziwne postaci, do spółki z legendarnym różowym królikiem. Bez trudu udało mi się namierzyć Tré, a co do Billiego nie pozostawiono wątpliwości. Tuż przed zejściem ze sceny, ku uciesze fanów, brutalnie ściągnięto mu maskę.

Wreszcie, emocjonujące odliczanie!

Potęgę angielskich fanów zgromadzonych w O2 dało się poczuć już podczas odtworzenia Bohemian Rhapsody – śpiewali oni każde słowo z o wiele większym zapałem, niż Czesi. Potem tradycyjnie różowy królik i zaczynamy show od Know Your Enemy i pirotechniki.

Zobaczmy zatem, jak sprawdzili się tym razem fani na scenie, bo to jest rzecz, która nigdy nie dzieje się dwa razy w taki sam sposób. Przypomnę, że w Pradze było pod tym względem nieźle – czescy fani poradzili sobie z tekstami Know Your Enemy i Longview. Gorzej było już z gitarą na Knowledge.

W Londynie, podczas Know Your Enemy, na scenę zaproszona została fanka o nieco ciemniejszym kolorze skóry, chyba w ramach głośnego pokazania tolerancji. Już ze śpiewaniem był problem, bo jedyne, co dziewczyna była w stanie z siebie wydać, to „o-ee-o-ee”… A i skok ze sceny wyszedł tak mizernie, jak tylko to jest możliwe. Wiadomo, że należy to zrobić w odpowiednim momencie, kiedy cały zespół z powrotem zaczyna grać razem ostatni refren.

Tymczasem u tej fanki pojawił się motyw przestraszonego królika na autostradzie. Wybałuszyła oczy i z głupim uśmieszkiem próbowała na migi oznajmić, że nie wie co ma zrobić. Billie śpiewał już ostatnią zwrotkę i grając na gitarze próbował desperacko, gestem jednej ręki, wyjaśnić nierozgarniętej niewieście, że ma skoczyć w tłum. Ta rozciągnęła ową procedurę na czas niemal całego refrenu.

Dwukrotnie rozbiegała się do krawędzi wybiegu i zatrzymywała się na samym końcu, jakby widziała przed sobą przepaść, a nie tłum BARDZO ciasno upchanych ludzi, którzy chcąc nie chcąc musieli ją złapać, bo i tak nie mieliby dokąd uciec. W końcu, za trzecim razem, biedne dziewuszysko „miękko” położyło się na publice, zabijając całą dramaturgię chwili. No ale, przynajmniej było trochę śmiesznie.

Na Longview było lepiej

Tutaj jednak rzadko na scenę pchają się fani, którzy nie znają tekstu, bo jest on na tyle skomplikowany, że albo się go zna doskonale, albo wcale. Wesoły koleś w koszulce z logiem Supermana zrobił co należy, swobodnie czując się na scenie i zatarł nieco fatalne wrażenie po swojej poprzedniczce.

Chociaż najbardziej pamiętnym momentem całego koncertu było Knowledge. Oczywistym było, że cała sytuacja była ustawiona, ale nie zmieniło to faktu, że wspaniale było tego doświadczyć. Na scenę zaproszona została niepełnosprawna fanka.

Została powoli wprowadzona na scenę, a potem Billie z nieposkromionego dzikusa zamienił się w bardzo cierpliwego opiekuna. Usiadł z nią na schodach do podestu perkusyjnego i trzymał jej akordy, podczas gdy ona „szarpała struny”, jednocześnie śpiewając ostatnią zwrotkę i refren. Imponujący pokaz multitaskingu i nieograniczonej cierpliwości. Oczywiście fanka dostała gitarę, a jej opiekunka, nie kryła łez wzruszenia. Takie sceny nie zdarzają się na koncertach zbyt często.

Wspaniale było zobaczyć na żywo taką metamorfozę Billiego

Publiczność oczywiście była siedemdziesiąt razy bardziej żywiołowa niż w Pradze, z wszelkimi tego dobrymi i złymi stronami. Dość powiedzieć, że przez cały dwu- i półgodzinny koncert stale przemieszczałem się pod sceną, zaczynając koncert w okolicach czubka wybiegu, a kończąc go bliżej mikrofonu Mike’a. Ale tak to jest, gdy kilkunastotysięczny tłum napiera z tyłu chcąc dostać się pod scenę.

Fani oczywiście śpiewali dzielnie wszystkie kawałki, nawet te mniej znane, ale prawdziwy popis dali na Bang Bang. W środkowej, instrumentalnej części, bez żadnego nawoływania Billiego, zaczęli głośno skandować „no Trump, no KKK, no fascist USA”.

Wspaniały moment prawdziwego zjednoczenia, wspólnego buntu przeciwko przedziwnym wydarzeniom i zachowaniom wysoko postawionych ludzi po drugiej stronie oceanu. Kolejny pamiętny moment, którego warto było doświadczyć na własne oczy, będąc w samym środku wulkanu podczas erupcji!

Chociaż złożona z 29 kawałków setlista pozostaje w większości nie zmieniana podczas trasy, trafiły się aż dwie rotacje względem tej w Pradze. A raczej na odwrót, bo to w Pradze trafiły się rarytasy w postaci J.A.R. i Going to Pasalacqua.

Zgodnie z moimi przewidywaniami, tym razem zespół zagrał w tym miejscu Christie Road i Burnout (podobnie, jak na większości koncertów na tym legu). Christie Road usłyszałem po raz pierwszy i był to kolejny pamiętny moment koncertu – Billie poprzedził piosenkę krótkimi wspominkami z czasów młodości i włożył w śpiew naprawdę dużo serca.

Wstyd narzekać na tak wspaniały, długi i pełen energii koncert, ale zastanawiam się często, dlaczego nie ma większych rotacji w setliście, skoro zespół ma tyle naprawdę udanych piosenek?

W dodatku słynie z grania czasem improwizowanych gigów klubowych, na których spełnia życzenia publiczności. Mogliby częściej rotować stare kawałki i mieć ich więcej w puli nawet na dużych halowych trasach, tak aby ten niewielki odsetek ludzi, który przychodzi na więcej niż jeden koncert, mógł usłyszeć zawsze coś świeżego.

Mimo to nie żałuję ani trochę, że wybrałem się na dwa koncerty w tak krótkim odstępie. GD na żywo ma właściwości lecznicze, pozwala uwolnić negatywną energię, która nagromadziła się w głowie od ostatniego razu i poczuć się… zwyczajnie dobrze.

A to już bardzo dużo w nie zawsze kolorowym, przereklamowanym „dorosłym życiu”. Cały czas zastanawiam się, czy wybrać się na lipcowy koncert w Hyde Parku, czy to już by było małe przedawkowanie… Jeszcze się nie namyśliłem!

Podobne Posty