Na taki album warto było czekać 8 lat. Obfitość pomysłów muzycznych, riffów, melodii jest tu tak ogromna, że człowiek zaczyna się zastanawiać, czy nie lepiej byłoby dostać dwa krótsze albumy w czteroletnich odstępach. Metallica, jak zwykle, lubi się droczyć z fanami. Trzy zaprezentowane przed premierą albumu piosenki: Hardwired, Moth Into Flame i Atlas, Rise! mogły zasugerować, że zespół podąża bezpieczną ścieżką utorowaną przez Death Magnetic. Nic bardziej mylnego!

Hardwired – wrażenia z odsłuchania pierwszego singla można znaleźć w tym poście.

Atlas, Rise! – pod względem struktury i stylu pasowałby do Death Magnetic, ale nie odstawałby też wcale na …And Justice for All. Najbardziej poplątana kompozycja na płycie, którą ciężko ogarnąć po pierwszym przesłuchaniu. Połamane intro nawiązuje nieco do Dyers Eve i skutecznie splata bardzo różnorodne segmenty utworu.

Zwrotki mimo przyzwoitego tempa mają swój groove, a wiodący riff uzupełnia się z linią wokalu. Nie sposób nie zachwycić się refrenami: takiej „epickości” oczekiwałem od piosenki pod takim tytułem. Metallica tutaj bez owijania w bawełnę oddaje hołd Iron Maiden. Podobnie jak w długiej, pełnej zmian instrumentalnej części, w której czeka na nas jedna z najpiękniejszych partii harmonicznych w dyskografii zespołu.

Z muzyką znakomicie współgra także tekst piosenki, przykładowo w refrenie, gdzie dramatyczny riff podkreśla wagę słów: „Crushed under heavy skies/Atlas, rise!”.

Now That We’re Dead – solidny groover w średnim tempie, który na koncertach mógłby się rotować z King Nothing, a nawet Enter Sandman. Można sobie przy tym kawałku poskakać, pomachać głową, a nawet pośpiewać z miejsca wpadające w ucho refreny, wtórując Hetfieldowi w jego cynicznym wyznaniu: „Now that we’re dead, my dear/We can be together”.

Intro rozkręca się nieco powoli i być może mogłoby być trochę krótsze, ale ogólnie kawałek trzyma się kupy i znalazłby swoje miejsce także na Czarnym Albumie lub którymś z Loadów.

Moth Into Flame – oto doskonały przykład na to, jak można w pozytywny sposób zainspirować się własną twórczością i stworzyć na jej podstawie nową jakość. Struktura kawałka jest niemal żywcem przeniesiona z Disposable Heroes: dające po głowie intro, szybkie zwrotki z podziałem na 4, mostek z zagęszczeniem podziału i partią wokalną przeobrażającą się w melodyjną zagrywkę gitarową i powrót do podziału na 4 w melodyjnym refrenie; a do tego dynamiczna i dosyć długa instrumentalna partia.

Kolejny świetny tekst – James kontynuuje wątki napoczęte w The Memory Remains i brutalnie opisuje destrukcyjny wpływ pogoni za sławą: „Vaccine/Fame does the murdering/She builds up for destruction”.

Dream No More – Metallica przypomina, że nie zapomniała, jak się gra heavy metal. Przy czym słowo ‚heavy’ powinno być tu napisane wielkimi literami. Dream No More to powolny, ciężki walec który wgniata słuchającego pod ziemię i przysypuje go grubą warstwą piachu. Intro nasuwa skojarzenia z Sad But True, a miażdzący, powolny riff pod refrenami z The Thing That Should Not Be. Ten ostatni przywołany jest nie tylko muzycznie, ale też lirycznie: „Cthulhu, awaken”.

Halo on Fire – jedna z perełek na albumie. Niektórzy przyrównują ją do starych ballad typu One, ale ponownie mamy do czynienia z nową jakością. Przede wszystkim, mocne otwarcie i fantastyczne, harmoniczne przejście gitarowe wprowadzające do melodyjnych, „czystych” zwrotek.

To jedyny moment z tak delikatnym śpiewem Jamesa na tym albumie.

Fantastyczne melodie wspierają harmonie wokalne, których nie słyszeliśmy już u Metalliki od bardzo dawna. Lars wycofuje się podczas zwrotek, zapewniając prosty, ciągły rytm, nie odwracający uwagi od pięknych melodii. Nawet perkusja w tym momencie wmiksowana jest znacznie ciszej, czego nie można było powiedzieć o intrze do The Day That Never Comes, gdzie pierwsze uderzenie werbla pewnie niejednego fana pozbawiło słuchu. Całość psuje odrobinę środkowa partia, w której na niestandardowym podziale nachodzą na siebie nieco dziwne partie gitarowe i dwa zupełnie różne segmenty wokalne.

Na właściwe tory sprowadza kawałek sama końcówka – kilkuminutowy jam oparty na prostej, zadziwiająco „ciepłej” jak na Metallikę progresji akordów, przyozdobionej krótką, acz piękną partią wokalną: „Hello darkness/Say goodbye” i solówką, której improwizowany charakter pasuje tutaj jak nigdzie indziej.

Confusion – piosenka może momentami odrobinę przypominać Cyanide pod względem konstrukcji, ale pod względem treści i nastroju to coś kompletnie innego. James ponownie zanurza się w mroczną tematykę wojenną, opisując piekło które przechodzą powracający z wojny żołnierze próbujący przystosować się ponownie do zwykłego życia: „Coming home from war/Pieces don’t fit anymore/Make it go away/Please make it go away”.

Trudny tekst znakomicie podkreśla trudna muzyka: melodie w zwrotkach są przejmująco smutne, a nieco połamana struktura i połączenia riffów pasują do tytułu.

ManUNkind – sielankowe intro na basie i delikatnej gitarze przerywa brutalne otwarcie kolejnego utworu o nieco połamanej rytmice. Wiodący riff przysuwa natychmiastowe skojarzenia z Loadami. Nawiązując do treści biblijnych, James wyraża rozczarowanie ludzkością: „Garden of Eden, so simple and pure/Greedy, needy, must we have more”.

Najmocniejszym punktem tej ogólnie rzecz biorąc przeciętnej piosenki jest znakomita melodia partii wokalnej płynnie przechodzącej w solówkę (dosłownie – głos Jamesa przeobraża się w gitarę Kirka).

Here Comes Revenge – intro nawiązuje odrobinę do Leper Messiah, ale kawałek szybko przechodzi w kolejny ciężki utwór w średnim tempie. Podczas spokojnych zwrotek słychać ciekawy patent instrumentalny: jest to jedyny i być może pierwszy moment w dyskografii Metalliki, gdzie słyszymy partię perkusji z nałożonym na nią lekko przesterowującym efektem. Szybkie przejścia na tomach w dalszej partii nawiązują do intra Now That We’re Dead.

Am I Savage? – spokojne, niemal sielankowe intro zupełnie nie przygotowuje nas na to, co następuje po nim. To kolejny powolny kawałek ze świetnym groovem, który mógłby znaleźć się na Reload. James brzmi jakby nagrywał swoje partie wokalne w 1996 roku.

Partie z przedziwnym efektem w mostku wprowadzają mocno psychodeliczny klimat.

Najmocniejszym punktem piosenki jest jednak pozbawiony melodii, wykręcony riff, który usłyszeliśmy już w pierwszym zwiastunie albumu. A na jego tle jedna z ciekawszych solówek na albumie. Znów jest ciężko! Wykręcony riff wraca na sam koniec, gdzie dziki i wściekły James wykrzykuje po raz ostatni: „Am I savage?”.

Murder One – zaczyna się czystą partią, ale to kolejna zmyłka, z pewnością nie jest to bowiem ballada. To kolejny ciężki walec o znakomicie wyartykułowanym basie. Cały utwór to hołd dla zmarłego niedawno wielkiego przyjaciela i bohatera wszystkich członków Metalliki, Lemmy’ego Kilmistera. W tekście więc znaleźć można wiele odwołań do piosenek Motörhead: „Aces wild/Aces high/All the aces/Aces ‘til you die”.

Poprzedzająca refren spokojniejsza partia ubarwiona została jedną z piękniejszych melodii wokalnych: „White lines fading/The iron horse rolls on and on and on”. Na solo niestety znów zabrakło pomysłu i można wręcz odnieść wrażenie, że kawałek obyłby się bez niego.

Spit Out the Bone – CD 2 potrafi nieco zmęczyć, zwłaszcza jeśli słucha się całego albumu za jednym razem. Po dawce nieco wolnych, zakręconych i bardzo ciężkich utworów na sam koniec Metallica zabiera nas na ostrą jazdę bez trzymanki. Wracamy do tempa z otwarcia albumu, czyli pędzącego z zawrotną prędkością thrashu, tyle że tym razem trwającego nie 3, a 7 minut.

Mnogość różnych partii i riffów może przyprawić o zawrót głowy. Starczyłoby na cały album dla punkowego zespołu. Skoro mowa o punku, to właśnie w Spit Out the Bone znajduje się mój ulubiony moment na całym albumie – a jest to wybitnie punkowy, bardzo melodyjny i niebywale szybki segment, który rozpoczyna się od znakomitych gitarowych harmonii, przy których odpaść mogą wszystkie kończyny i głowa! Ale to jeszcze nie koniec, bo te przechodzą w przegenialną partię wokalną: „Stop breathing/And dedicate to me/Stop dreaming/And terminate for me” przypieczętowaną na deser opętańczą podwójną stopą Larsa. To jest ten moment, w którym ciężko powstrzymać się od krzyknięcia: „TAK!!”. Brawo, Metallica.

Treściowo kawałek splata klamrą cały album, nawiązując mocno do otwierającego Hardwired – Hetfield kreśli mroczną wizję świata przyszłości, którym rządzą maszyny: „Long live machine/The future supreme/Man overthrown/Spit out the bone”. Po raz kolejny zespół dostarcza bardzo adekwatną ilustrację muzyczną do przerażającej treści.

Na taki album warto było czekać 8 lat.

Obfitość pomysłów muzycznych, riffów, melodii jest tu tak ogromna, że człowiek zaczyna się zastanawiać, czy nie lepiej byłoby dostać dwa krótsze albumy w czteroletnich odstępach. Ale wygląda na to, że Metallica potrzebowała tego czasu, by znaleźć gdzieś w sobie ponownie inspirację.

Przez te wszystkie lata miałem czasem wrażenie, że naprawdę ostatnią rzeczą, na którą oni mają ochotę, to nagrywanie kolejnego albumu. Sugerował to nawet sposób, w jaki wypowiadali się w wywiadach, wspominając, że po wszystkich „odwracaczach uwagi”, typu organizowanie własnego festiwalu, albumem z Lou Reedem, wysokobudżetowy film, koncert na biegunie południowym, skończyły im się wreszcie wymówki przed nagraniem albumu.

Efektem jest album, który definitywnie obala tezę, jakoby zespół wypalił się kreatywnie. Czy to najlepszy album w ich karierze?

Nie, ale z pewnością najbardziej różnorodny. Znajdziemy tu delikatne nawiązania do wszystkich poprzednich albumów, ani razu nie zahaczające o autokopiowanie, jak to było momentami na Death Magnetic. Metallica nareszcie pozytywnie zainspirowana swoim dorobkiem stworzyła zupełnie nową jakość. Brzmią klasycznie i nowocześnie zarazem i udowadniają, że nadal płonie w nich ten sam ogień, który gnał ich na złamanie karku w młodości. Nagranie płyty tak przepełnionej rozmaitymi odmianami energii, agresywnej, ciężkiej, szybkiej, gorzkiej i słodkiej zarazem jest niebywałym osiągnięciem.

W formie jest także Hetfield i jego piśmienna ręka. Jego gorzkie, cyniczne obserwacje na temat ludzkości zmierzającej do samozagłady – w świecie w której największymi siłami są wojsko i technologia – są trafione w dziesiątkę. Te same refleksje sprawdzają w mikroświecie pojedynczego człowieka, który zmaga się ze swoimi demonami, powoli wyniszczającymi go od środka.

metallica-hard

Trudnej treści towarzyszy trudna muzyka, co może sprawić, że album będzie trudny w odbiorze, trudny do przetrawienia za jednym posiedzeniem. W tym świetle słuszna wydawała się decyzja o wydaniu go na dwóch krążkach, tak aby wręcz wymusić na słuchaczu zrobienie sobie przerwy w połowie.

Utwory takie jak Dream No More czy Confusion po prostu przygniatają, połączenie muzyki i słów jest tak sugestywne, że ciężko wyobrazić sobie, że można ich słuchać dla czystej przyjemności. Z drugiej strony mamy naelektryzowane eksplozje energii i życia w postaci Atlas, Rise!, Moth Into Flame, Halo on Fire i Spit Out the Bone, które na pewno będą gościły regularnie w moim odtwarzaczu.

Oczywiście nie ma róży bez kolców.

Hetfield i Ulrich dają na pełny gwizdek, Trujillo dzielnie dotrzymuje im kroku, ale gdzieś w tyle pozostaje Hammett. Podszedł do tego albumu z przesadnym luzem, niczego nie przygotowując wcześniej i improwizując solówki we wszystkich piosenkach i to niestety słychać. Pod tym względem jest nawet gorzej niż na Death Magnetic. Wielka szkoda, jeśli weźmie się pod uwagę, na co było stać tego człowieka w przeszłości. Prawdopodobnie, nadal byłoby stać, gdyby mu się chciało.

Hardwired…To Self-Destruct to album, który pochwalić się może znakomitą produkcją (więcej na jej temat w tym poście), na którym muzycy prezentują piosenki, które chcieli napisać, a nie piosenki, które chcieli usłyszeć najstarsi fani, tęskniący za latami 80-tymi. Ci fani, którzy cenią nie tylko ich cztery pierwsze płyty, ale także dokonania z lat 90-tych, będą zachwyceni tą nową muzyczną podróżą.

Album Hardwired… To Self-Destruct można kupić tutaj.

Podobne Posty