Na pierwszy headlinowy koncert Hey Charlie czekałem ze sporą niecierpliwością. 5 miesięcy wcześniej widziałem Lizz, Sophie i Lauren po raz pierwszy na żywo. W międzyczasie ich kariera zaczęła się rozkręcać. Nie tylko udało im się wbić na billing festiwalu w Hyde Parku, ale też po raz pierwszy przemierzyć Europę supportując All Time Low. Zespół może niezbyt zacny, ale dał dziewczynom szansę pokazać się na dużych scenach w różnych zakątkach Europy, co zaowocowało znaczącym powiększeniem bazy fanów.

Gdy przekroczyłem próg Shacklewell Arms, w przejściu stała Lizz i z kimś rozmawiała. Odruchowo się przywitałem, na co dziewczyna zareagowała serdecznym uśmiechem. Gdy dotarłem do pomieszczenia ze sceną, swój set grał jeszcze zespół supportujący. Stanąłem z boku i zaobserwowałem w tłumie pod sceną Lauren. Po chwili poczułem jak zza mnie ktoś próbuje się przecisnąć do przodu, by przejść za kulisy, a była to Sophie.

Na koncercie panowała wręcz rodzinna atmosfera, a dziewczyny, chociaż tym razem były gwiazdą wieczoru, kręciły się po pubie jak każdy inny zjadacz chleba. Taki brak sztucznego podziału między muzykami a odbiorcami robił niezwykle miłe wrażenie, ciekawe czy zespołowi uda się go podtrzymać, gdy stanie się bardzo sławny.

A że sława już niebawem zapuka do drzwi prowadzących do garderoby Hey Charlie, nie mam wątpliwości. Po trasie z All Time Low dziewczyny prezentowały na scenie nie tylko wyższy poziom techniczny, były także zwyczajnie bardziej radosne i bardziej pewne siebie. Wkroczyły na scenę same targając swoje instrumenty i same je sobie podłączały, ale gdy zaczęły grać, wszelkie elementy budżetowości i amatorki odeszły w niepamięć. Koncert brzmiał świetnie, zwłaszcza jak na warunki klubowe, a występ nosił wszelkie znamiona profesjonalizmu.

Zaczął się energetycznym, choć jeszcze nie wydanym Run and Hide. Świetny, dynamiczny kawałek na rozgrzanie publiczności. Refreny wpadają w ucho i zapadają w pamięć i człowiek nuci sobie melodie jeszcze po wyjściu z klubu. Fajnie wypadł moment, gdy po pierwszym refrenie wrócił główny riff. Człowiekowi od razu chce się potupać nogą i pokiwać głową z uznaniem. Po drugim refrenie, w czasie krótkiej zagrywki instrumentalnej, Sophie dała pokaz swoich umiejętności ekwilibrystycznych i padła na kolana przed Lizz, po czym położyła się na plecach by nie przerywając gry podnieść się z powrotem na nogi. Ja po takim wyczynie wylądowałbym w szpitalu z połamanym kręgosłupem. A to był dopiero początek!

Po krótkim przywitaniu z licznie przybyłymi na koncert fanami dziewczyny kontynuowały grając tytułowy kawałek z EPki Young & Lonesome (zresztą, koncert celebrował ukazanie się tejże na fizycznym nośniku). Piosenka, jako nieco wolniejsza i mocno opierająca się na specyficznych wokalnych harmoniach, bezlitośnie pokazała, że trio musi jeszcze popracować nad odśpiewywaniem tychże na żywo, bo w paru miejscach wydobył się z ich gardeł nietrafiony dźwięk. Występowi nie brakowało jednak energii, zwłaszcza w środkowym momencie, gdy Lizz zapodała iście nirvanowy riff i blond czupryny latały na wszystkie strony.

Trzecim utworem w setliście był pierwszy singiel zespołu, zatytułowany Hey. Lekko zestresowana Lizz próbowała zachęcić publikę do wspólnego śpiewania i rzeczywiście kilka osób pod sceną nieśmiało próbowało wtórować dziewczynom w charakterystycznych zaśpiewał w refrenie. Zwrotki w tej piosence śpiewa się dosyć nisko i kilka razy koleżankom znów uciekła tonacja, ale nadrobiły to bezbłędnym wykonaniem instrumentalnym i znakomitym brzmieniem. Z odpowiednim powerem za to wykrzyczały frazę „Better off without you!”

Po Hey przyszła pora na kolejny nieopublikowany kawałek, Heartbreaker. Otwierająca utwór figlarna zagrywka na gitarze nie zabrzmiała przekonująco, ale w wersji studyjnej zapewne się obroni. Najsilniejszą stroną utworu są zaśpiewy w refrenie, które po raz kolejny bezlitośnie zdradzają silne inspiracje Nirvaną. Dziewczynom jednak ładniej w blond włosach niż Kurtowi, więc na pewno mają nad swoimi inspiratorami przewagę przynajmniej we względach estetycznych. Zresztą trudno nie zwrócić na to uwagi, zwłaszcza że znakiem rozpoznawalnym Hey Charlie stały się spójne uniformy sceniczne: tym razem padło na czerwone spódniczki i białe koszulki.

Kolejnym utworem było także nieopublikowane Kiss Me, które rozpoczęło się jeszcze jednym ekwilibrystycznym pokazem w wykonaniu Lizz i Sophie. Lizz chyba powinna poszukać sobie lepszych efektów gitarowych, bo jej zagrywki nie zawsze brzmią przekonująco na żywo, a szkoda bo w ich prostocie tkwi olbrzymia siła. Nie mam za to zbyt wielkich zastrzeżeń do brzmienia basu Sophie. Wracając jednak do utworu, w Kiss Me zwracają uwagę zwrotki bardzo zmyślnie napisanymi liniami melodycznymi. Lauren uzupełnia główny riff smakowitymi przejściami i całość ma intrygujący posmak. Podobać się może także iście punkowe przyspieszenie tempa w ostatniej partii i dobre zgranie zespołu przy jego kończeniu.

Przed kolejnym utworem, zatytułowanym Annabella, Lizz próbowała zachęcić publikę to poruszania się. Ktoś z publiczności zaproponował moshpit, co spotkało się z entuzjastyczną reakcją ze strony Sophie. W trakcie wykonania tego żywiołowego utworu kilka osób próbowało rozkręcić jakiś ruch pod sceną, ale nie spotkało się to z podchwyceniem tematu ze strony reszty publiczności. Sporo ruchu za to było na scenie, blond włosy latały we wszystkich kierunkach, Lauren intrygowała niebanalnymi rytmami i smakowitymi akcentami na ride. Utwór potrafi zaskoczyć kompletną zmianą tempa po drugim refrenie, co pozwala złapać oddech i dać Sophie chwilę na zapodanie interesującego motywu na basie, na którym opiera się cała środkowa część.

Energetyczną atmosferę podtrzymało kończące główny set Cheer Up, Princess znane także w wersji studyjnej opublikowanej na EPce.

Utwór zasłużenie wybrany został na zamykający główny set, w końcu jest to kompozycja dobrze już znana wtajemniczonym fanom, a także zdecydowanie jeden z najbardziej dynamicznych utworów w repertuarze zespołu. W mostkach przed refrenami wykazała się Lauren, która zapodała żywiołowy rytm na tomach. W środkowej części Lizz przejęła stery jako liderka i chwyciła mikrofon we własne łapy, by podejść pół kroku bliżej do publiczności, jednak w jej oczach widać było odrobinę strachu.

Po tym utworze zespół udawał, że zszedł ze sceny, a ta w Shacklewell Arms jest bardzo mała, a także brak prawdziwego zaplecza, nie udało się zatem stworzyć iluzji że to koniec. Mimo to garstka fanów entuzjastycznie wywoływała zespół na bis, więc po chwili dziewuszki wróciły, tym razem by zagrać utwór, którego nie grały na poprzednim koncercie klubowym w Londynie w Sebright Arms, a był nim przygotowany specjalnie na trasę z All Time Low cover zespołu Wheatus, zatytułowany Teenage Dirtbag. Sporo osób z publiki zdawało się dobrze znać tę piosenkę, dało się nawet słyszeć nieśmiały śpiew z jej strony. W środkowej części Lauren zaśpiewała część utworu samodzielnie, co wywołało entuzjastyczną reakcję fanów i był to dosyć uroczy moment, rzadko w końcu daje się perkusistom szansę bycia frontmanem.

Na zakończenie wybrano, całkiem zasłużenie zresztą, mój ulubiony utwór w repertuarze Hey Charlie, czyli She Looks Like a Dreamer. Najlepsza kompozycja, najlepiej wyprodukowany utwór na EPce Young & Lonesome i zarazem najlepiej wypadający na żywo utwór. Świetnie wypada synkopowa zagrywka gitarowa Lizz i trzymająca utwór w ryzach sekcja rytmiczna ze smakowitymi, tłustymi przejściami na perkusji. Wreszcie nie mogą nie urzekać urocze, zaczepne dziewczyny śpiewające „Girls can be pretty, girls can be cute, but don’t fuck with them, ’cause they’ll fuck with you” z pełnym przekonaniem skandujące ostatnią frazę każdego refrenu.

Koncert był trochę krótki, ale nie można mieć pretensji do początkującego jeszcze zespołu, który zwyczajnie nie ma więcej materiału. I tak świetnie było usłyszeć bardzo przyjemne kawałki wykonane o wiele lepiej niż poprzednio. Przed Hey Charlie jeszcze sporo pracy, by osiągnąć naprawdę profesjonalny poziom, ale są na dobrej drodze. Pomysł na prezencję sceniczną i show już są ogarnięte, brzmienie na żywo też jest fantastyczne, pozostaje szlifować warsztat wokalny i poszukać lepszych efektów gitarowych.

Najważniejsze jednak, że Hey Charlie mają coś, czego brakuje większości współczesnych zespołów – talent do pisania ciekawych kompozycji. Na osiem zaprezentowanych kawałków, żadnego nie sposób pomylić z pozostałymi, każdy na swój sposób zapada w pamięć, przynajmniej jednym elementem, czy to będzie zagrywka gitarowa, basowa, przejście na perkusji, linia melodyczna czy fragment tekstu. A gdy wsłuchać się w te utwory z większym skupieniem, okazuje się, że są inteligentnie zaaranżowane, posiadają wiele zmian tempa i sprytnie łączą ze sobą bardzo różnorodne partie, a to wszystko w bardzo krótkich, przyjaznych radiu i przeciętnemu słuchaczowi, trzyminutowych formach. Do tego nie wspomagane żadnymi trikami na scenie, brak tu ścieżek z podkładem czy innych elektronicznych trików. Prawdziwa rzadkość w dzisiejszych czasach i za to należą się Hey Charlie najwyższe pochwały.

Wychodząc z klubu napatoczyłem się na sympatycznego kolesia, który ni z gruchy ni z pietruchy zapytał mnie: „Good gig?” „Good” – odparłem, nie mając ochoty wnikać w dłuższe pogawędki z nieznajomym. „They’re hot, innit?” Cóż, ciężko nie przyznać koledze racji, ale nie chciałoby mi się ryzykować życia jadąc po zmroku do Dalston Kingsland, jeśli byłby to jedyny powód wybrania się na ten koncert. Czekam na następny ruch ze strony dziewczyn, a tym powinna być publikacja kolejnego wydawnictwa, EPki bądź – mam nadzieję – pełnoprawnego albumu.

Podobne Posty