Z Heyem było mi w ostatnich latach trochę nie po drodze. Dwa ostatnie albumy studyjne nie przypadły mi do gustu. Pierwszy po latach koncert Hey zaliczyłem w ubiegłym roku we Wrocławiu i wyjątkowo mnie on rozczarował. Setlistę zdominował materiał powstały w ciągu ostatniej dekady, nie pojawiła się ani jedna piosenka powstała w najbardziej kreatywnych dla zespołu latach 90-tych. Pozostawiło mnie to nieco obojętnym na dalsze poczynania zespołu.

W międzyczasie pojawiła się zapowiedź dużej (w sensie wielkości sal koncertowych) trasy koncertowej z okazji 25-lecia zespołu. Jej nazwa z miejsca mnie zaniepokoiła: FAYRANT to w języku potocznym słowo mające bardzo konkretne znaczenie.

Jakiś czas później moje obawy potwierdzone zostały przez Nosowską i pozostałych członków zespołu w wywiadach: Hey, po raz pierwszy w karierze, zawiesza działalność na czas nieokreślony. Pomyślałem więc, że choćby ze względu na „dawne czasy”, nie wypada przegapić gigu na tej trasie, gdyż nigdy nie wiadomo, czy nie będzie to aby pożegnanie.

Pechowo pierwsze daty koncertów zupełnie nie pasowały do moich szeroko pojętych planów na życie, które dokładnie w tym samym czasie obejmują kolejną zmianę kraju zamieszkania. Po wyjątkowo długich namysłach i analizie wszystkich opcji uznałem, że chyba tym razem po prostu nie jest nam „dane”. A naprawdę chciałem pójść. Dlaczego?

Hey ma w zwyczaju przy takich okazjach kopać naprawdę głęboko.

Wracać do tych wszystkich ukochanych przez najstarszych fanów, absolutnie genialnych utworów z lat 90-tych. Pokazali choćby podczas obchodów 15-lecia w 2007 roku, a także podczas trasy promującej reedycje pierwszych albumów w 2010 i 2011 roku. Stara dobra „pepeczka” jednak czuwała i niedługo później okazało się, że Fayrant będzie miał także swój leg na Wyspach!

I to w dodatku w terminach znacznie bardziej mi odpowiadających. Jak tylko okazało się, że zespół przyjedzie także do Londynu, bez namysłu nabyłem bilet. Uznałem, że bez względu na to, co będzie zagrane, warto będzie pójść. Jakimś tam wyznacznikiem mogła być towarzysząca trasie premiera płyty pod tytułem CDN, na której zespół zdecydował się zaprezentować swoje największe przeboje w zarejestrowanych na nowo wersjach. Pomyślałem, że nawet jeśli po prostu zagrają na żywo ten album, to będzie dobrze.

Ale Hey lubi zaskakiwać i zrobił to po raz kolejny.

Było lepiej niż dobrze i przekonałem się o tym już podczas otwierającego koncert Fate. Tak, najbardziej klasyczny możliwy, nie-singlowy Hey, dla którego nie znalazło się miejsce na CDN. Wiedziałem już, że podobnie jak podczas pamiętnego koncertu w 2010 roku, czeka mnie sentymentalna jazda bez trzymanki. Hey nadal nie boi się grać tak, jak grał kiedyś – rockowo, brudno, z pazurem, z jajem i z Kasią, za przeproszeniem, drącą japę jak należy.

Po Fate był Anioł i bez wątpienia na trasie po Polsce co najmniej na tej piosence na scenie pojawi się Piotr Banach. Jego obecność jako gościa koncertów została już potwierdzona, poza tym to właśnie ten utwór zagrał on z Heyem podczas jubileuszowego koncertu w Jarocinie w 2007 roku. Kasia pozamiatała, a refreny z przytłaczającym „anioł stróż opuścił mnie” powalają jak dawniej.

Kolejne było Dreams. W klasycznej wersji, nie jakieś łupu-cupu z czasów MTV Unplugged i nieco może zbyt odważnych aranżacji zainspirowanych folkiem. Można było poczuć się jak w 1993 roku. Nie zabrakło pięknej solówki na basie w wykonaniu Jacka. Usłyszenie jej ponownie na żywo było przemiłym doświadczeniem, które zesłało na cały mój styrany od pracy kręgosłup ciary!

Następnie One of Them, w którym Kasia bardzo ładnie „chrypiała”. Cieszy, że po kilku słabych latach potrafiła znów odnaleźć w sobie siłę, by śpiewać mocnym głosem i robić użytek ze swojej „przypadłości”, która czyni barwę jej głosu tak wyjątkową. One of Them zgodnie z oryginałem, pięknie przyozdobione przez Boba smacznymi akcentami na talerzu zwanym ride.

Następna piosenka była jeszcze bardziej hardkorowa – Schizophrenic Family. Obecne regularnie na koncertach, gdy zacząłem na nie uczęszczać w połowie lat 2000-nych. Potem zapomniane przez Heya, ustąpiło miejsca nowszym, zdecydowanie mniej energetycznym utworom. Wspaniale było znów usłyszeć ten niemalże punkrockowy hymn staro-szkolnych fanów zespołu, który pozwolił poczuć się znacznie młodszym zapewne nie tylko mnie, ale także samym muzykom.

Na zakończenie pierwszej porcji tej sentymentalnej jazdy bez trzymanki zespół zagrał jedną ze swoich najsłynniejszych piosenek z samych początków kariery, czyli Misie. Pamiętam, jak zawsze ze wszelkich sił unikali grania jej na żywo i był to prawdziwy rarytas w koncertowych setlistach. Misie były pierwszym utworem obecnym także na nowym albumie CDN.

Potem Kasia i koledzy postanowili przypomnieć repertuar „środkowy”, czyli pierwsza płyta bez Banacha: [sic!]. Poza tytułowym kawałkiem, zawsze dającym radę na żywo, usłyszeliśmy także Mikimoto – Król Pereł, Cisza, Ja i Czas oraz nieco nowszą Mukę. To był taki Hey z czasów metamorfozy, już skłaniający się ku czasem nieco dziwnym eksperymentom, ale nadal potrafiący zagrać, jak to się mówi potoczne, „z przytupem”.

Zwłaszcza [sic!] i Muka to idealny przykład kolejnych nieśmiertelnych koncertowych klasyków z ery post-banachowej.

Następnie Kasia zaprosiła na scenę gościa. Na wyspach była nim Mela Koteluk. Od samego początku idea zapraszania na koncerty gości nie mających z historią zespołu kompletnie nic wspólnego wydawała mi się dziwna i ten koncert niczego w tym temacie nie zmienił. Mela wyszła na scenę, by zaśpiewać z Kasią w duecie Piersi Ćwierć, a potem już bez niej Kto Tam? Kto Jest w Środku? Było to bardzo dziwne i pasowało do reszty koncertu jak pięść do nosa.

Zwłaszcza brak Kasi przez jeden utwór był negatywnym zaskoczeniem w kontekście zespołu obchodzącego jubileusz i „żegnającego” się z publiką. Jeśli Nosowska musiała sobie odpocząć od śpiewania, zespół mógł w tym czasie zagrać coś instrumentalnego… Ale jeśli Hey chciał zaprosić interesującego gościa i z sensem, mógł zaprosić Agnieszkę Chylińską, by przypomnieć, jak genialnie wspólnie z Kasią zaśpiewała 10 lat temu piękne Angelene PJ Harvey.

Potem jeszcze kilka nowych utworów i wracamy do upragnionych klasyków. Najpierw Heledore Babe, w aranżacji z nowego albumu CDN, czyli bardzo podobnej do klasycznej, ale z Kasią śpiewającą sobie w niższej tonacji. Potem miało być coś, ale Kasia powiedziała, że zagrają Zazdrość.

Nie mogło zabraknąć chwili poświęconej najbardziej udanej płycie Hey z lat 2000, czyli Echosystemowi. Niestety, padło na Luli Lali, które same w sobie piosenką złą nie jest, ale zespół już ją trochę zmaltretował przez te lata. Dalej było znów nostalgicznie, ale tylko za sprawą tematyki piosenki. Hey zagrał bowiem najnowszy singiel Gdzie Jesteś, Gdzie Jestem?, czyli jedyny nowy kawałek nagrany z okazji wydania CDN. Niestety, prostotą kompozycji i nieco miałkim brzmieniem utwór wpisuje się w poprzedni album, Błysk i wersja koncertowa tego wrażenia nie zmieniła.

Główny set zakończyła Moja i Twoja Nadzieja, jakżeby mogło być inaczej na takiej trasie. Nie jest to moja ulubiona piosenka, ale miło że zespół nie boi się sięgać nawet po te przesadnie ograne numery, skoro celebrują te utwory, które uczyniły ich wielkimi. Po kilku minutach intensywnego wywoływania na bis, Kasia, Bob, Marcin, Jacek i Marcin pojawili się na scenie z powrotem, by zagrać jeszcze trzy piosenki.

Na pierwszy ogień poszła Ja Sowa, czyli moja ulubiona piosenka Hey. Niestety, nawet z okazji 25-lecia nie pokusili się o powrót do klasycznej, elektrycznej wersji full-band. Szkoda, bo to by była najlepsza niespodzianka, jaką mogliby mi sprawić. Chyba naprawdę nie lubią oryginalnej wersji, bo nie wykonali jej od dawien dawna.

Kolejnym bisem był tym razem dawno nie słyszane przeze mnie na żywo Mimo Wszystko. Przypomniałem sobie, jak świetnie na koncercie buja ta niepozorna piosenka z Echosystemu. Ta niby banalna piosenka ma w sobie coś wyjątkowego, taką zacną progresję akordów, która ujmuje człowieka i zmusza do refleksji nad życiem.

Na sam koniec, jak przystało na wielki zespół obchodzący swój okrągławy jubileusz, największy hicior, czyli Teksański. W klasycznej aranżacji, bez udziwnień, takim jakim go pamiętają najstorsi górole z tej płyty z ogniskiem na okładce. Przy akompaniamencie entuzjastycznych braw Kasia z kolegami ukłonili się wdzięcznej publiczności i zniknęli za kuluarami.

Rad jestem niezmiernie, że udało mi się zobaczyć ich chociaż jeden raz na tej wyjątkowej trasie.

Już w ciągu kilku pierwszych piosenek zesłali na całą moją wątłą osobę taką masę ciar, że aż ledwie je udźwignąłem. A już zacząłem wątpić, czy ja, taki wymagający koncertowy weteran, w ogóle jestem jeszcze w stanie przeżywać takie głębokie emocje słuchając muzyki na żywo.

Hey „odkupił” swoje „winy” za wyjątkowo mało ekscytujący koncert z ubiegłego roku. Zagrali tak, jak gra zespół z bogatą dyskografią, który swoje największe hiciory stworzył dawno temu: skupił się na klasykach, które kochają najbardziej lojalni fani, nie zapomniał o żadnej płycie (no, prawie… prawie) i z jajem wykonał nawet te piosenki, których już od dawna nie gra na próbach.

No i przede wszystkim Kasia. Niezmiennie charyzmatyczna, urocza, ujmująca, skromna, serdeczna i po prostu kochana. W swoim niepowtarzalnym stylu życzyła nam wszystkiego dobrego, jak niemal każdy artysta robi to sceny, ale w taki sposób, że człowiek wierzy w intencję jej słów i czuje, jakby mówiła do wszystkich i zarazem każdego z osobna. Było też mnóstwo humorystycznych wstawek i anegdot.

Urzekło mnie, jak Kasia tłumaczyła się ze swojego – według niej – fatalnego angielskiego akcentu, bo „wy tu tak śmigacie po angielsku”. A jak z okazji „halołin” pod koniec koncertu wtargała na scenę dmuchanego kościotrupa, który obserwował koncert z boku sceny, by na koniec stwierdzić, że nie może z nim być na scenie, bo jest za chudy, to było pozamiatane.

Dopisała też publiczność. Pominę już fakt, że być w Londynie i wejść do pomieszczenia wypełnionego samymi Polakami to było nieco surrealistyczne przeżycie. Ale naprawdę ładnie bawiła się na ta publiczność na koncercie. Mam wrażenie, że przyjęli zespół znacznie cieplej, niż zwykli to robić Polacy w Polsce w ostatnich latach. Może nauczyli się dobrych manier od Londyńczyków, którzy wiedzą jak okazać wdzięczność artystom na scenie.

Podobne Posty