Przez te wszystkie lata interesowania się muzyką i koncertowych eskapad nasłuchałem i naczytałem się wiele o tym, jakim to U2 jest najlepszym zespołem na świecie, którego koncert na żywo trzeba po prostu przeżyć. Gdy więc kolega zaproponował mi, bym towarzyszył mu na specjalnym koncercie U2, na który udało mu się wygrać dwie wejściówki, długo się nie zastanawiałem. Była to też idealna okazja, by poznać odpowiedź na pytanie, jak wygląda nagrywanie występu dla MTV od środka.

Mimo oczywistej sympatii do kilku sławnych piosenek U2, jak na przykład tej, która przygrywała Rachel i Rossowi w drugim sezonie pewnego znanego serialu, który teraz uważa się za siejący zgorszenie, nigdy nie ciągnęło mnie do głębszego poznania ich dyskografii. Zawsze wydawało mi się, że faceci grający muzykę rockową powinni to robić jak faceci, a granie jak baby należy zostawić babom. Mimo wszystko U2 występujące na wydarzeniu MTV to dobra zachęca do wyjścia z domu. Wybrałem się na miejsce dużymi oczekiwaniami, skądś bowiem stawianie przez wielu U2 w jednym rzędzie z najlepszymi koncertowymi zespołami świata, takimi jak Metallica i Green Day, musiało się wziąć. Jak to się więc mówi po angielsku, oczekiwałem, że „wybuchnie mi umysł”.

U2 zagrało na Trafalgar Square specjalny koncert w ramach MTV Europe Music Awards. Na słynnym placu zjawiło się 7000 fanów, którzy wejściówki wygrali w konkursach.

Wszechobecne były oczywiście kamery, w tym jedna na ramieniu, a część występu pokazana miała zostać następnego dnia podczas gali wręczenia nagród, na której U2 otrzymać miało nagrodę Global Icon. W telewizji uchodziło to na występ na żywo, odbywający się w momencie transmisji, ale w rzeczywistości była to po prostu zgrabna retransmisja.

Tego listopadowego wieczoru w Londynie było dosyć zimno i nawet oczekiwanie na rozpoczęcie koncertu pod sceną w gęstym tłumie nie sprzyjało rozgrzaniu się. Na scenie raz po raz pojawiała się prowadząca imprezę prezenterka Laura Whitmore, ale jej przaśne zaczepki, przypominające wodzirejstwo rodem z pierwszych lepszych Dni Wsi w Polsce, nie rozgrzało zmarzniętej publiki. Nie rozgrzał publiki też gość specjalny, burmistrz Londynu Sadiq Khan, który wygłosił krótką przemowę i jako pierwszy zaintonował polityczno-ideologiczną nutę jeszcze zanim słynący z głośnego wyrażania swoich poglądów i znania się na polityce każdego kraju Bono pojawił się na scenie.

Warto wspomnieć o scenografii koncertu. Trafalgar Square sam w sobie stanowi znakomite tło, z pięknie podświetloną kolumną Nelsona w centralnym punkcie. Pod nią wybudowano scenę, na której postawiono kilkanaście słupów rozświetlających się na czerwono, nawiązując do placu nad Wielkim Kanałem w Dublinie. Słupy pełniły rolę nie tylko dekoracyjną – już w trakcie pierwszej piosenki, na którą adekwatnie do okazji (11 listopada to dzień, w którym w Wielkiej Brytanii wspomina się poległych w I Wojnie Światowej i świętuje zawarcie rozejmu w Compiègne) wybrano Sunday Bloody Sunday, wyświetliły się na nich nazwiska 22 ofiar ataku w Manchesterze.

Przerost formy nad treścią (czy też może raczej w tej sytuacji, treści nad formą) dało się zatem odczuć już od pierwszej chwili. Z całym szacunkiem dla ofiar zarówno I Wojny Światowej, jak i ataku w Manchesterze, dla mnie w tym momencie najważniejsze było, że po raz pierwszy na żywo widzę jeden z największych zespołów grający jeden ze swoich największych przebojów. Jednak nie czułem żadnej podniosłości w tym momencie. Zespół na scenie zachowywał się rachitycznie, a publiczność reagowała z umiarkowanym entuzjazmem. Ot, kilkanaście fanów znajdujących się najbliżej sceny oczywiście starało się bawić, pojawiło się kilka rąk w górze i kilka podskakujących głów, ale zdecydowanie nie było szału którego oczekiwałem i którego w skrajnej formie doświadczyłem chociażby poprzedniego wieczoru na koncercie Now, Now w Omearze.

Może taka cena darmowego koncertu, na którym pewnie mimo wszystko zamiast prawdziwych fanów znaleźli się w większości przypadkowi ludzie, którzy biorą udział we wszystkich możliwych konkursach bez względu na to, czy rzeczywiście pragną wygranej. Może było zwyczajnie za zimno, aby ciepło przyjąć artystów, a może taka cena produkcji telewizyjnej dla MTV – wszystko robi się tak, żeby jak najładniej wyglądało na obrazku w telewizorze, kosztem atmosfery prawdziwego koncertu. A może U2 to nie jest tak spektakularny zespół koncertowy, jak się niektórym wydaje?

Nie zmienił braku emocji nawet drugi kawałek, na jaki Bono z kolegami wybrali Pride (In the Name of Love). Nie ma chyba osoby, która nie zetknęła się z tą kompozycją i z jednej strony, zacnie było nareszcie usłyszeć ją spod rąk i ust twórców. Ale klimat nadal leżał i kwiczał i pod tym względem przypominał polskie rozdęte do przesady pseudo-koncerty sylwestrowe, podczas których absurdalną produkcją sceniczną maskuje się kompletny brak entuzjazmu ze strony znudzonej, zmarzniętej publiczności.

Przed kolejną piosenką Bono wspomniał, że ma nadzieję, że nie tego nie schrzanią. Częścią zapowiedzi następnego utworu było wyrecytowanie przez niego fragmentu wiersza Czesława Miłosza zatytułowanego Dar. Oczywiście w angielskim przekładzie, a szkoda, bo mam wrażenie że próba wyrecytowania przez Bono wiersza w ojczystym języku poety miałaby wreszcie szansę rozruszać publiczność.

Czekała nas światowa premiera nowego utworu z nadchodzącego wówczas nowego albumu Songs of Experience. Get Out of Your Own Way zabrzmiało jak tradycyjna piosenka U2, z miałkimi i nieco nużącymi refrenami. Zaraz po niej zespół zagrał kolejny nowy utwór, You’re the Best Thing About Me, który przynajmniej pod kątem muzycznym zabrzmiał znacznie ciekawiej niż jego poprzednik.

Dalej zespół powrócił do swoich klasycznych kompozycji, ale nie pomogło to nadal na panującą wszech obecnie chandrę. Usłyszeliśmy kolejno Beautiful Day, Elevation i Vertigo. Kaznodzieja Bono raz po raz silił się na natchnione przemowy, robiąc po każdym zdaniu 30-sekundową przerwę, skutkujące tym że zanim dotarł do końca, zapominałem, o czym w ogóle mówi. W pewnym momencie chyba sam Bono zapomniał, bo zaczął stękać, drapać się po głowie, po czym zwrócił się do Edge’a o pomoc w wykaraskaniu z tarapatów. W odpowiedzi Edge zaczął grać kultowy hymn One.

Nie brzmi pasjonująco, prawda? Zatem, jak wyjątkowy zespół kończy wyjątkowy koncert w wyjątkowym miejscu z wyjątkowej okazji? Oczywiście wyjątkowym utworem, który sprawi że ten wyjątkowy wieczór wyjątkowo zapadnie nam w pamięci. Nie, zła odpowiedź. Należy zagrać po raz drugi nową piosenkę, której nikt nie zna, ale uprzednio rozdać publiczności w pierwszych rzędach tabliczki z hasłami protestu, żeby ładnie wyglądało na filmie. A następnie zejść ze sceny w kompletnej ciszy, bo ci fani, którzy mieliby ochotę klaskać, mają zajęte ręce, a pozostałym tak zmarzły dłonie, że już z rękoma w kieszeniach kierują się do wyjścia, bo musi wymienić się tłum przed występem DJ-a Davida Guetty, na którego chyba i tak nikt nie czekał.