Ta historia to spełnienie marzeń małej dziewczynki, której jeszcze przed pójściem do szkoły dano szansę zarobienia wielkich pieniędzy i zachwycenia ludzi. Z upływem lat okazało się, że świat dorosłych stracił na nią plan, a podjęte kiedyś decyzje mają swoje konsekwencje. Żeby móc nadal zajmować się tym co kocha, tym co pochłaniało jej czas odkąd pamięta, musiała stoczyć walkę. Po sześciu latach nareszcie może oficjalnie, legalnie i bez konsekwencji wydać swoją muzykę.

JoJo, bo o niej mowa, wróciła z trzema singlami i nowym albumem na horyzoncie. Od premiery jej poprzedniego studyjnego krążka za rok minie dziesięć lat. Sama ma dopiero dwadzieścia pięć. Czy stała się kolejną ofiarą biurokratycznej władzy wielkich koncernów fonograficznych? Czy kontrakt płytowy po raz kolejny okazał się kulą u nogi?

Sen wariata

Początki jej kariery to wymarzony amerykański sen. Już w wieku 6 lat, gdy coraz częściej pojawiała się w lokalnych programach rozrywkowych śpiewając covery wybitnych amerykańskich artystek, zaproponowano jej wydanie płyty. Wtedy nic z tego nie wyszło, ale JoJo nadal chętnie zapraszano do programów, dawano mniejsze i większe role. W konsekwencji, jako trzynastolatka wydała swój pierwszy singiel i została najmłodszą w historii Stanów Zjednoczonych wokalistką z singlem znajdującym się na #1 miejscu list przebojów.

Dobra passa trwała jeszcze chwilę. W 2006 roku, czyli dwa lata po premierze debiutanckiego albumu, ukazał się drugi album, The High Road, który przyniósł kolejny wielki przebój. Wszystko układało się pomyślnie, ale po zakończeniu cyklu promującego The High Road nastała cisza. Wszyscy zachodzili w głowę, gdzie podziała się JoJo i dlaczego nikt nie wydaje jej kolejnych płyt.

Bez pomysłu

Zapraszając pod swoje skrzydła trzynastoletnią dziewczynkę Blackground Records zakładało, że ma na nią pomysł, którzy pozwoli sprzedać aż siedem nagranych przez nią albumów. Lata mijały, dwie płyty się sprzedawały, ale sukces The High Road był chyba mniejszy niż zakładały wyliczenia księgowych i trzeci album JoJo zatrzymano. Komuś ewidentnie zabrakło pomysłów na linię marketingową dla osoby, która dorastała i muzycznie dojrzewała. Pewnie też zaczęła mieć swoje zdanie i pomysł na siebie.

W ten niemiły sposób JoJo została z dożywotnim kontraktem płytowym i brakiem możliwości wydania nowej płyty. Przez lata mydlono jej oczy, pozwalano wydawać EPki, które finansowała z własnej kieszeni, ale zawarte w kontrakcie płytowym zobowiązania – leżące i po stronie artysty i wytwórni – cały czas nie były realizowane.

Ile piosenek od 2007 do 2015 roku stworzyła JoJo? Podobno można doliczyć się setki. Większość z nich już nigdy się nie ukaże – albo z powodów prawnych, albo zwykłej niechęci do publikowania czegoś, co już nie odzwierciedla smaku i poglądów JoJo.

Na tarczy

W jednym z udzielonych niedawno wywiadów JoJo przyznała, że doszła w swoim życiu do punktu, w którym musiała zdecydować, czy pójdzie na studia, czy te same pieniądze wyda na prawników i walkę o swobodę artystyczną. Być może te słowa wydają się mocne, ale jak inaczej określić zablokowanie komuś kariery?

Zdecydowała się na drugą opcję, a żeby opłacić rachunki za usługi prawników, dorabiała grając w serialach, filmach i występując na małych imprezach branżowych. Wbrew pozorom JoJo nie zniknęła z artystycznego świata, pojawiała się tu i tam, nawet dość często na ściankach. Bywała i nie dała o sobie zapomnieć.

Ostatecznie walkę z Blackground Records wygrała, sprawa zakończyła się za porozumieniem stron, a nowe pomysł na JoJo znaleźli właściciele Atlantic Records. Z nimi piosenkarka jest związana od stycznia 2014 roku, a w sierpniu tego roku wypuściła trzy single.

Trojaczki

When Love Hurts, Say Love i Save My Soul to tytuły wydanych symultanicznie singli, które są zapowiedzią trzeciej studyjnej płyty. Album ma ukazać się na początku 2016 roku i jeśli oceniać go tylko po zawartości trojaczków, zapowiada się interesująca, dojrzalsza muzycznie i nieprzewidywalna płyta.

Piosenki doczekały się pozytywnych opinii od krytyków, głównie za sprawą wyeksponowanego mocnego wokalu JoJo, który zawsze w niej był, ale nie zawsze był chętnie pokazywany na oficjalnych wydawnictwach.

Od strony marketingowej to ciekawa strategia wydawnicza – trzy single jednego dnia, jedna linia promocji, wysłanie tylko jednego – When Love Hurts – do rozgłośni radiowych i zapowiedź wypuszczenia teledysków do każdej z piosenek. Jak na razie korzyści z tego płynących nie wydać zbyt wielu, ale trzeba pamiętać, że w praktyce JoJo ma za sobą prawie dekadę przerwy od oficjalnych wydawnictw i znalazła się w innej rzeczywistości niż ta, którą opuściła wraz z drugim albumem.

Sama twierdzi, że uratował ją Internet, w którym jej muzyka nie zginęła i który pomógł jej wydawać EPki, gdy nie mogła wydawać długogrających albumów. Przed nią zmierzenie się z pułapkami cyfrowego świata muzyki i nowymi realiami. Oby i z tej walki wyszła zwycięsko.