Żebyście tylko wiedzieli, jak bardzo kibicowałam Kelly Clarkson! Bardzo chciałam, żeby po tych wszystkich dziwnych piosenkach z albumu All I Ever Wanted, nie do końca udanym My December i Piece by Piece wydała świetną płytę. Pełną pasji, świetnej muzyki i na poziomie jej niebanalnych możliwości wokalnych. Czekałam na Meaning of Life czytając wywiady z Kelly, słuchając jej zapewnień, że tym razem wytwórnia pozwoliła jej rozwinąć skrzydła. Kibicowałam, jak kibicuję oglądając mecze.

W dzień premiery Meaning of Life miałam do załatwienia kilka spraw na mieście, więc zapisałam płytę na telefonie i słuchałam jej w drodze. Spraw było na tyle dużo, że przesłuchałam cały album dwa razy, po czym w domu zrobiłam to ponownie. Moja pierwsza myśl była taka, że Kelly wydała album, jakiego się spodziewałam, czyli zaskoczenia brak. Druga myśl była taka, że może i jest to muzycznie spójna płyta, ale w tym wypadku kilka piosenek jest na jedno kopyto. Trzecia myśl, bo była też trzecia, kierowała mnie w stronę Adele.

Czy Meaning of Life nie pachnie trochę muzyką Adele?

Nic nie mam do Adele. Ani nie jestem wielką fanką, ani też wielkim wrogiem. Mam za to takie przeczucie, poczucie, może i przekonanie, że każda wytwórnia płytowa chciałaby mieć u siebie kopię Taylor Swift i Adele. Tak, jak lata temu każda marzyła o swojej wersji Avril Lavigne.

Chyba próbuję powiedzieć, że pozwalając Kelly zabawić się trochę jazzem, trochę poromansować z gospel, a całość spiąć popem, Atlantic Records zawalczyło o swoją wersję Adele. Mocny głos, świetne warunki wokalne, dobre ballady i dobre żywsze piosenki. Tym sposobem Meaning of Life pachnie mi piosenkami Adele. Co wcale nie twierdzę, że jest złe, ale zamysł ostrzegam celowy.

Wszystkie zapowiedzi tego albumu kierowały mnie w stronę płyty, na której będzie dominował potężny głos Kelly wsparty chórkami, zmiksowany z popem i żywymi instrumentami. I o ile w przypadku P!nk i albumu Beautiful Trauma można było mówić o płycie, która wokalnie zaskakuje (bo P!nk wspięła się w niektórych utworach na wyżyny wcześniej będące poza jej zasięgiem), tak Meaning of Life w sumie nie pokazuje niczego, z czego Kelly nie byłaby znana.

Jest to kompletny paradoks, bo przecież przez lata, jak twierdzi, walczyła o to, żeby wydać właśnie taką płytę. Tymczasem na każdej ze swoich wcześniejszych płyt (może z wyjątkiem All I Ever Wanted, do której naprawdę nie mam ochoty wracać) można było usłyszeć jej dużą skalę, zachwycić się barwą głosu. Trudno nawet mówić o tym, żeby wcześniej nie wydała albumu, na którym nie znalazłyby się piosenki pasujące do Meaning of Life.

Spójrzmy choćby na genialną piosenkę, jaką jest Sober. Gdyby zmienić jej produkcję na mniej surową, spokojnie nadawałaby się na nową płytę. Gdyby z Already Gone wyrzucić ten popowy feeling charakterystyczny dla pierwszej dekady 2000… O piosence Hear Me nie będę już wspominała.  Myślę, że każdy, kto słuchał więcej niż jednej płyty Kelly, a teraz włączył Meaning of Life ma podobne odczucia.

Nie mówię, że jest to beznadziejny album! Spokojnie, wcale tak nie uważam.

Brakuje mi tylko kilku utworów, które zaskoczyłyby mnie czymś nowym, wyszły poza schemat i styl pokazany jeszcze przed premierą albumu. Ze wszystkich nowych piosenek moją ulubioną pozostaje te udostępniona, jako jedna z pierwszych. Mam na myśli Move You, z fantastycznym mostkiem, który dodaje tej piosence wyjątkowości, a całość ma przepiękny tekst. Lubię proste, ale ładne w swojej prostocie piosenki, które są dopieszczone smaczkami, ale nie są nimi naszpikowane. Zawsze doceniam takie utwory, bo nie uważam, żeby było je łatwo napisać.

Bardzo podoba mi się też Heat, które pachnie mi trochę energią z piosenek z albumu Stronger zmieszanych z My December, Meaning of Life, w którym bardzo podoba mi się otwarcie, refren i taka pompatyczność, ale nieprzesadzona. Myślę, że to był dobry pomysł, żeby zaczerpnąć tytuł płyty z tej piosenki.

Ostatnią ulubienicą jest Would You Call That Love, która z jednej strony brzmi nowocześnie, ma mnóstwo przestrzeni, ale jednocześnie bardzo fajnie wypadają tam te wszystkie wokalizy i ukryty w dalszych warstwach chórek.

Jeśli Kelly uważa swoją nową płytę za najlepszy album w dorobku, bardzo jej gratuluję. Na pewno nie ma się czego wstydzić. Chcę jednak myśleć, że jej kolejna płyta będzie lepsza, ciekawsza i barwniejsza. Na tej męczy mnie mnogość piosenek, na który wokalnie był jeden pomysł – wysokie, wyższe, jak najwyższe dźwięki. Lubię ryk i pisk Kelly, ale lubię też Kelly, która nie ryczy i nie piszczy… ciągle. Jeśli szukacie ciepłej płyty na jesień, ta się nada.

Album można zamówić tutaj

Podobne Posty