Listopad był miesiącem obfitym w nowe muzyczne doświadczenia, ale ze starymi znajomymi. Spośród czterech koncertów, na które się wybrałem, dwa zagrali artyści, których znam, słucham i lubię od dawna, ale nigdy jeszcze nie miałem okazji ich zobaczyć na żywo. Pozostałe dwa – artyści, których poznałem, gdy grali w innych zespołach, a tym razem zawitali do Londynu z własnymi projektami.

Do tej pierwszej grupy zalicza się gig otwierający ten wspaniały miesiąc. KT Tunstall – szybkie spojrzenie na statystyki last.fm i okazuje się, że słucham jej od 2008 roku. Pamiętam nawet, w jakich okolicznościach ją poznałem – po lekturze recenzji albumu Drastic Fantastic w naszym starym dobrym Teraz Rocku. Jakoś jednak nie było nam z KT po drodze koncertowo – albo mi nie pasowało, albo były ważniejsze gigi, na które chciałem się wybrać.

W końcu jednak doskonałą okazją okazała się premiera nowego albumu zatytułowanego KIN, który Szkotka przybyła promować także do Londynu do jednego z moich ulubionych venue: Shepherd’s Bush Empire. Zresztą nie tylko ja jestem takiego zdania, gdyż KT już podczas przemowy powitalnej stwierdziła, że oto znajdujemy się w jednym z najlepszych venues na świecie. Zgadzam się!

Mało tego, koncert był nagrywany, a jego zapis na dwóch płytach CD miał być dostępny do kupienia zaraz po zakończeniu gigu i tak rzeczywiście się stało. Ciężko wyobrazić sobie lepszą pamiątkę, więc bez namysłu się w nią zaopatrzyłem.

© Kot

KT gig otworzyła piosenką If Only z tego pierwszego albumu, jaki usłyszałem i który po dziś dzień pozostał moim ulubionym: Drastic Fantastic. Pomyślałem sobie wtedy: „nareszcie! Na co ja tak długo czekałem?”. KT – zgodnie z moimi oczekiwaniami – wypada na żywo fenomenalnie i urzeka już od pierwszych minut osobowością, muzykalnością, witalnością. Nie jest to już kobieta najmłodszej daty, ale żywiołowego zachowania na scenie mogą się od niej śmiało uczyć młodsze koleżanki. Piosenkarka bardzo rzadko stoi w miejscu – jej ulubioną czynnością jest bieganie po całej scenie, obowiązkowo z jedną z wielu gitar przewieszoną przez szyję.

Towarzyszy jej zespół w składzie: klawisze (Rachel Eckroth), bas (Solomon Dorsey) i perkusja (Denny Weston). Solidny zespół, dobrze prezentujący się na scenie, a co najważniejsze, dobrze brzmiący. Dodawszy do tego świetną akustykę Shepherd’s Bush, otrzymujemy mieszkankę gwarantującą satysfakcjonujący wieczór pełny świetnej muzyki.

Już po pierwszej piosence KT zrobiła sobie jedną z wielu przerw na pogaduchy – tym razem zapowiedziała kolejną piosenkę w formie anegdotki, jak to na jednym z festiwali za kulisami przejechał obok niej w meleksie Dave Grohl i krzyknął: „Tunstall! First song from your second album! Awesome! Rocks!”. A tak się składa, że drugim albumem KT jest właśnie Drastic Fantastic. Usłyszeliśmy zatem Little Favours, jedną z rzeczywiście lepszych kompozycji z tego albumu.

Mamy tu wszystko, co najlepsze w piosenkopisarstwie Tunstall: melodię, rockową energię i ten rozpoznawalny, delikatnie zachrypnięty głos.

Trzecia piosenka i KT nadal pozostaje przy Drastic Fantastic – tym razem oparte na gitarze akustycznej Funnyman. Kolejna przegenialna linia melodyczna wokalu w wykonaniu artystki. Po chwili dołącza do niej sekcja rytmiczna zapewniając przyjemnie bujającą basową podstawę. To znakomity muzyczny krajobraz do podziwiania, sącząc niespiesznie piwko zakupione w barze umiejscowionym niedaleko sceny. Jak tu nie kochać gigów w Londynie? Takie atrakcje na wyciągnięcie ręki.

Z czwartym utworem przenosimy się na wydany po Drastic Fantastic album Tiger Suit ze spokojną piosenką (Still A) Weirdo. Tutaj KT po raz pierwszy uraczyła nas jednym z charakterystycznych elementów swoich koncertów – rytmem opartym na własnoustnie wykonanym i zapętlonym beatboksie. Artystki nie wyprowadził z dobrego humoru nawet falstart, a skoro wszystko się nagrywa, musi być idealnie, więc przerwała i zaczęła jeszcze raz.

W kolejnej przemowie między utworami KT opowiedziała o życiu w Kalifornii, gdzie się niedawno przeniosła. Tak się składa, że dzień ten zbiegł się z wyborami na nowego prezydenta Stanów Zjednoczonych i nie obeszło się bez delikatnego, ale gorzkiego komentarza ze strony KT na ten temat. Ważniejsze jednak było wyjaśnienie, że Kalifornia jest powodem, dla którego KT nosi białe jeansy. Oraz o tym, jak zainspirowała ją do napisania kolejnego albumu, chociaż już myślała, że się kreatywnie wypaliła.

© Kot

W rezultacie powstał kolorowy, wesoły, pełen życia album KIN, z którego jako pierwszy utwór tego wieczoru usłyszeliśmy Maybe It’s a Good Thing z udziałem publiczności mającej swoją rolę w charakterystycznych zaśpiewach. Doskonale wypadło także znakomicie gruwiące Evil Eye, przy którym ciężko było nie poruszyć bioderkiem.

Następnie przyszedł rzadki moment nie tylko z powodu odłożenia przez KT gitary, ale także zagrania utworu z pierwszej płyty, Eye to the Telescope. W trakcie Other Side of the World Tunstall zachęciła publiczność do zabawy w „stadion” i świecenia i machania telefonami. A ponieważ charyzmy odmówić jej nie można, udało się – po chwili całe Shepherd’s Bush mieniło się światełkami z małych mobilnych urządzeń. W połączeniu z fajnie zaprogramowanym oświetleniem, było to może trochę cheesy, ale też utworzyło magiczną atmosferę.

Beatboksowe intro, tym razem ze współudziałem publiczności, otworzyło mój ulubiony kawałek z Drastic FantasticHold on. Całkiem zresztą sprytnie połączony z Walk Like an Egyptian z repertuaru The Bangles. Z kolei Run on Home z nowej płyty wypadło nieco bardziej monotonnie, ale był to dopiero pierwszy nieco przymulający moment tego koncertu. Bardziej ekscytująco wypadł nawet jedyny utwór zaśpiewany tego wieczoru solo przez KT tylko przy akompaniamencie jej własnej gitary akustycznej. Zespół zrobił sobie przerwę podczas Invisible Empire – jedynego tego wieczoru utworu z poprzedniego albumu piosenkarki.

Następnie przyszła pora na… zmianę koncertowego CD. Potrzebna więc była przerwa i KT opowiedziała anegdotkę z użyciem nieprzyzwoitych wyrazów. Potem z kolei zachęciła całą publiczność do wykrzyczenia swojego ulubionego przekleństwa w tym samym momencie.

To był chyba ten moment koncertu, w którym widownia zachowała się najgłośniej 🙂

Wracamy jednak do pierwszego albumu i jednego z największych hitów, Black Horse and the Cherry Tree, tym razem sprytnie zmiksowanego z innym „starym” hitem tamtego dziesięciolecia – Seven Nation Army od White Stripes. Ale muszę przyznać, że w formie, w jakiej zostało to zaprezentowane, średnio przypadło mi do gustu. Był to bardziej żart, niż fajne muzykalnie połączenie. A to dlatego, że jeden z najsłynniejszych riffów świata zagrany został na takiej doustnej „pierdziawce”.

Z 2004 roku przenosimy się z powrotem do 2016 z solidną dawką nowych utworów: It Took Me So Long to Get Here, But Here I Am (z udziałem publiczności w refrenach); KIN; Two Way (z basistą Solomonem śpiewającym albumowe partie Jamesa Baya) i Hard Girls. Główny set zamknęło Saving My Face z Drastic Fantastic.

Segment bisowy otworzyło Fade Like a Shadow, a potem prawdziwa niespodzianka – mój ulubiony utwór z nowej płyty, Everything Has Its Shape. Niespodzianka dlatego, że ostatnie setlisty, jakie sprawdzałem na setlist.fm, nie zawierały tej piosenki, czym byłem bardzo rozczarowany. Przegenialnie wypadła zwłaszcza kończąca piosenkę partia z powtarzanym wersem „Pull it apart and put it back together” i napełniającą niezwykle pozytywną energią ciepłą progresją akordów. Mój ulubiony moment całego gigu!

Zwłaszcza, że zaraz po nim nastąpiła dla odmiany dosyć poważna i refleksyjna wypowiedź KT na temat wspaniałości zjawiska, jakim jest koncert na żywo, na który schodzą się fani muzyki i nie ma znaczenia, kim są, skąd są, jaki mają kolor skóry, kogo kochają czy ile zarabiają. Ponieważ wszyscy przyszli tu, by dobrze się bawić w przyjaznej atmosferze. Te proste słowa nabrały wyjątkowego znaczenia w dniu, w którym na świat spadł ciężar wiadomości, kto został kolejnym prezydentem USA.

Przedostatnią piosenką w secie było nieobecne na żadnym albumie The Healer. Główny riff, choć prosty, zabrzmiał potężnie i mięsiście w Shepherd’s Bush. Gig zwieńczyło Suddenly I See z Eye to the Telescope i było to słuszne zakończenie tego bardzo satysfakcjonującego wieczoru.

KT nie rozczarowała, dostarczając profesjonalny, pełen dobrej energii koncert z niezwykle pozytywnym przesłaniem. We współczesnym świecie przepełnionym nienawiścią i ciągłą walką człowieka z kimś, lub o coś, miło dla odmiany przypomnieć sobie, że są jeszcze pojedyncze, małe miejsca, w których obcy ludzie mogą zebrać się, być dla siebie mili i spędzić fantastycznie wspólnie czas, po którym zostaną im ciepłe wspomnienia na całe życie.

Podobne Posty