Można odnieść wrażenie, i chyba nie jest ono mylne, że Reese Witherspoon doskonale odnajduje się w wyzwaniach współczesnego aktorstwa. Mimo iż wielu nadal kojarzy się jedynie z rolą Legalnej Blondynki, ma w dorobku kilka innych, naprawdę doskonałych, których nieznajomość powinna zawstydzać tych upierających się, że Reese to jedynie Elle Woods. Od kilku lat aktorka odnosi sukcesy także jako producentka popularnych i szeroko komentowanych seriali, które produkuje należąca do niej firma Hello Sunshine. To właśnie oni stali za serialem Big Little Lies i filmem Wild, a w tym roku w ofercie Hulu pojawił się serial Little Fires Everywhere. Historia na podstawie powieści Celeste Ng o tym samym tytule, w Polsce znanej jako Małe ogniska. W roli głównej można oglądać Reese Witherspoon i Kerry Washington.

Ośmioodcinkowy serial debiutował dosłownie w pierwszym miesiącu pandemii, przez co nieco zginął w natłoku ważniejszych wydarzeń, ale myślę, że będzie bohaterem wielu rocznych podsumowań. I pewnie wtedy zyska na popularności, obejrzą go osoby, które zapomniały lub nie wiedziały, że istnieje. Na razie zgarnął trzy nominacje do nagród Emmy. Hulu podaje też, że w ciągu 60 dni od premiery wykręcił dla nich rekordowe statystyki. Nie zdziwiło mnie to – doskonała obsada, społeczna kwarantanna… To sprzyja oglądaniu seriali.

Serial skupia się wokół losów dwóch rodzin – idealnych i pięknych jak z obrazka Richardsonów oraz matki samotnie wychowującej córkę, niestrudzoną artystkę, żyjącą według własnych zasad. Jaka jest cena kłamstw? Co kryje sztuka i jak ważne jest pozostanie wiernym własnym zasadom? Jak silne są uczucia matki i jak wiele potrafi ona poświęcić dla dziecka? Co się stanie, gdy kłamstwa wyjdą na jaw a idealny świat legnie w gruzach?

W serialu Little Fires Everywhere (pol. Małe ogniska) poznajemy Elene Richardson, dziennikarkę z kilkoma sukcesami na koncie pracującą dla małej, nieszczególnie opiniotwórczej gazety, w tej roli Reese Witherspoon oraz artystkę, wolnego ptaka Mię Warren, w tej roli Kerry Washington. Już tutaj warto zaznaczyć, że Elena jest białą, wykształconą kobietą pochodzącą z tzw. dobrego domu, który oprócz edukacji dał jej także maniery i określony światopogląd. Mia natomiast pochodzi z niższej klasy społecznej, jest ciemnoskórą Amerykanką, która w młodym wieku opuściła rodzinny dom, aby spróbować realizować swoje marzenia o byciu artystką – malarką i fotografką. Te dwie kobiety spotykają się w 1997 roku, gdy Mia przyjeżdża wraz z córką do miasta, w którym mieszka rodzina Eleny – mąż, gromadka dzieci, nastolatków. Tak zaczyna się relacja, która doprowadza do wielu niewygodnych konfrontacji, a w konsekwencji ukazująca, jak wielką siłę ma kłamstwo.

Być może brzmi to banalnie, przecież w co drugiej produkcji chodzi o to, żeby pokazać negatywne skutki kłamstwa. Owszem, ale w Little Fires Everywhere (pol. Małe ogniska) osadzone jest to w konkretnym kontekście. Ścierają się tu ze sobą podziały społeczne, z których wynikają stereotypy kształtujące pogląd na drugiego człowieka. Zestawiono bowiem ze sobą bohaterki z dwóch klas społecznych, z różnymi aspiracjami, ambicjami, doświadczeniami i relacjami z najbliższymi. Każda z nich pojawia się w serialu jako w pełni ukształtowana, dorosła kobieta z bagażem doświadczeń, przeżyć, ale także oczekiwaniami wobec siebie i innych. Pokazano podział, w tym wypadku amerykańskiego społeczeństwa, a na główne bohaterki wybrano kobiety. Silne, jednak bardzo różne.

Elena i Mia inaczej postrzegają świat, wpojono im inne wartości, a życie zmusiło je do podejmowania odmiennych decyzji i wyborów. Serial nie wskazuje jednoznacznie, którą należy uznać za czarny charakter (złą lub gorszą). Czasem delikatnie to sugeruje, ale tylko po to, żeby po chwili pokazać, że nic nie jest czarno-białe. Z każdym kolejnym odcinkiem widz uświadamia to sobie coraz mocniej. Dla mnie, przez kilka pierwszych odcinków, to Mia była tym złym, który pojawił się w życiu Richardsonów i zaczął burzyć ich idealnie poukładane życie. Bliżej końca serialu nie byłam już tak skłonna do wydawania osądów, a po obejrzeniu ostatniego stwierdziłam, że to Elena jest największą przegraną całej tej historii. To ona dokonywała w życiu złych wyborów i to ona zapłaciła za nie olbrzymią cenę.

To kobieta, która zbudowała całe swoje życie na wyobrażeniu, na oczekiwaniach, jakim musieli sprostać jej najbliżsi. Żyła w złotej klatce, w której trzymała dzieci, układając im idealne życia, narysowane pod jej linijkę. To samo zrobiła, przynajmniej do pewnego stopnia, także z życiem męża. Nie można nazwać jej złą matką – świadomie ich nie krzywdziła, ale zdecydowanie była zbyt zapatrzona w siebie, aby dostrzec drugiego człowieka. Zapłaciła za to największą cenę, jaką zapłacić może matka. Jednocześnie jest lwicą, broniącą swoich dzieci i będącą wzorem matki-idealnej w oczach córki Mii. I podczas gdy Pearl chciałaby, aby Mia była choć trochę taka jak Elena, córka Eleny Izzy lgnie do Mii. Widzi w niej kobietę inspirującą, wolną i otwartą na drugiego człowieka. Przeciwieństwo matki, która nie potrafi jej zrozumieć i nawet gdy próbuje, kończy się to kłótnią i jeszcze pogłębia niezrozumienie, poczucie nie bycia częścią idealnej rodziny Richardsonów. Czy sprawdziłoby się tutaj powiedzenie „wszędzie dobrze gdzie nas nie ma” i „trawa u sąsiada jest zawsze bardziej zielona”? Z pewnością, choć obie dziewczyny – Pearl Warren i Izzy Richardson – są zbyt młode i zbyt zafascynowane, żeby zobaczyć wady matek, które je fascynują. Zrozumieć, że nie ma rodzin idealnych, idealnych rodziców również nie.

Ten serial to z jednej strony obraz dwóch bardzo różnych kobiet – stanowczej, w zasadzie idącej do celu po trupach Eleny i nie do końca umiejącej postawić się w roli matki Mii, które przyciąga do siebie ta odmienność. Z drugiej to opowieść o tym, że nie można budować cudzego życia na własnych oczekiwaniach, bez względu na to czyje jest to życie. Że może nadejść dzień, w którym nasze oczekiwania spotkają się z rzeczywistością i okaże się, że domek z kart runął, zostawiając nas we łzach, samotnych i nieszczęśliwych. Ze świadomością, że skrzywdziliśmy tych, na których szczęściu najbardziej nam zależało.

Little Fires Everywhere (pol. Małe ogniska) nie jest serialem idealnym, czy na miarę choćby pierwszego sezonu Big Little Lies. Bywają momenty, w których chciałoby się, żeby akcja szybciej posunęła się do przodu. Da się to jednak przeboleć, bo scenariusz jest tego wart, a oglądanie Reese w roli Eleny to duża przyjemność.