Po kilku miesiącach przerwy, wszyscy wiemy czym spowodowanej, wydarzenia kulturalne powoli zaczynają wracać na mapę wydarzeń rozrywkowych w kraju. Od 22 do 26 lipca w Poznaniu, na Scenie na Wilczaku odbywała się trzydziesta edycja Malta Festiwalu. W tym roku z dopiskiem „w czasach zarazy”. Malta Festival to kultowe wydarzenie na mapie Poznania, a mimo to do tej pory nigdy nie udało mi się wziąć udziału żadnej edycji. Postanowiłam to zmienić i jednocześnie sprawdzić, jak będę się czuła na koncercie, który wymaga zachowania określonych środków ostrożności. Festiwal odbywał się z zachowaniem rygoru sanitarnego. W piątek 24 lipca odbył się koncert Barbary Wrońskiej, a w sobotę 25 lipca Ralpha Kamińskiego z Bartkiem Wąsikiem.

Bezsprzecznie bardzo się stęskniłam za muzyką na żywo. Ucieszyłam się, że mogę wziąć udział w festiwalu, na którym z jednej strony zagra artystka, której muzyki nie słucham, a z drugiej artysta, którego twórczość bardzo lubię, ale którego będę miała okazję posłuchać w wersji stonowanej, jedynie w towarzystwie fortepianu. Jeśli zastanawiacie się, czy zasady bezpieczeństwa na imprezie masowej w czasach wciąż szalejącej pandemii daje się zachować to na przykładzie Malta Festiwalu mogę powiedzieć, że wszystko zależy od ludzi. Organizatorzy dbali, aby pod sceną nie znajdowało się więcej niż 200 osób, aby uczestnicy zachowywali odpowiedni odstęp a przechadzając się po terenie festiwalowym nosili maski, gdy wchodzili do stref gastronomicznych czy zadaszonych. Ogólnodostępne były także płyny do dezynfekcji. Podkreślę jednak, że wszystko zależy od ludzi, ich podejścia i zrozumienia sytuacji.

W tym roku Malta Festival zorganizowano na terenie Laba Land, miejsca na mapie Poznania, jakie idealnie opisują słowa łąka w środku miasta. Stąd też odbywające się tam koncerty nazywano Festiwalem na łące. To teren z dość wysokimi trawami, siedzeniem na sianie bądź na ławeczkach, z foodtruckami, boho klimatem i luźną, trochę piknikową atmosferą. Przez Organizatorów Festiwalu przerobioną na miejsce artystyczne, kreatywne, pokazujące, że Laba Land to obecnie jedna z fajniejszych lokalizacji w mieście. Doskonała na odpoczynek dla osób lubiących poruszać się na rowerach, właścicieli czworonogów czy wszystkich, którzy mają ochotę wyrwać się z miasta, odpocząć od hałasu, jednocześnie będąc w mieście, niedaleko domu.

Piątkowy koncert Barbary Wrońskiej był pierwszym, na jaki wybrałam się od czasu marcowego koncertu Papa Roach. Stylistycznie zmiana więc gigantyczna, bo muzyka Basi daleka jest od brzmienia charakterystycznego dla Papa Roach. Cudownie było przypomnieć sobie, jakie terapeutyczne właściwości ma muzyka wykonywana na żywo. Oglądanie artysty, jego emocji, gestów, mimiki na własne oczy. Żaden ekran tego nie przekaże. I co dla mnie bardzo ważne, cieszyć się dobrym dźwiękiem. Niestety bardzo ubolewałam nad jakością większości internetowych koncertów, które organizowano w pierwszych miesiącach pandemii. Wydaje mi się że kiedyś już o tym pisałam, ale dodam tylko że bardzo trudno było mi się cieszyć jakością dźwięku z Zooma, ze Skype’a, czy innych komunikatorów, jakie zaczęto wykorzystywać do organizacji wirtualnych koncertów. Koncert na żywo z dobrą jakością dźwięku to jest zdecydowanie to, co sprawia że muzyka brzmi, niesie ze sobą przekaz i tak właśnie było na Malta Festivalu.

Twórczość Barbary Wrońskiej nie jest mi bardzo dobrze znana, ale na tyle głęboko siedzę w tematach muzycznych, i w muzyce krajowej, że doskonale znam to nazwisko a o uszy obiło mi się kilka utworów. Myślę, że nawet jeśli nie kojarzycie tego nazwiska to odpalając utwór Nie czekaj uświadomicie sobie, że gdzieś już go słyszeliście. Od teraz zdecydowanie będę kojarzyć Basię jako artystkę, która odczarował dla mnie ten dziwny czas i przypomniała, ile radości sprawia słuchanie koncertów pod sceną.  W koncertowym repertuarze nie zabrakło utworów z jej ostatniej studyjnej płyty Dom z Ognia, a w godzinnym slocie udało się też zmieścić cover zespołu Breakout, Powiedzieliśmy już wszystko. Oprócz tego dowiedziałam się, że Basia to babka ze świetnym poczuciem humoru i uwielbiająca gadać.

Jej koncert traktowałam jako rozgrzewkę i sprawdzenie, czy w sobotę chcę się wybrać na koncert Ralpha Kaminskiego i Bartka Wąsika. Byłam bardzo ciekawa, co wyszło z połączenia tych talentów, ale te wszystkie rygory i codzienna dawka newsów o dominacji wirusa nie nastrajają mnie optymistycznie. Muzykę Ralpha znam, lubię, słucham a informacje o tym że zagra na Malta Festivalu z Bartkiem, pianistą i że to pianino, a w zasadzie fortepian, będzie jedynym instrumentem, który będzie mu towarzyszył na scenie to była bardzo duża zachęta. Ralph ma charakterystyczną barwę głosu, taką która nie każdemu przypadnie do gustu, ale połączenie jego talentu jedynie z dźwiękami fortepianu to jest coś zupełnie innego. Taki nowy poziom, na który tak naprawdę niewielu artystów sobie pozwala. Stanie na scenie jedynie z jednym instrumentem to odwaga.

Ralph zgromadził naprawdę pokaźną publiczność, zdecydowanie było spore grono jego wiernych fanów. Ale zakładam kilka razy większa publiczność to wypadkowa po prostu z tego, że koncert Ralpha i Bartka przypadał na sobotę. Godzinny występ artystów to była uczta dla ucha. Fortepian, spokojne dźwięki… Byłoby idealnie, gdyby nie część osób, która postanowiła ten godzinny koncert przegadać. A jak łatwo się domyślić bez perkusji i basu rozmowy słychać dość dokładnie.

Panowie zadbali o różnorodny repertuar. Bartek Wąsik zaczął autorskim Mi-lA-soL-Ti-Fa, miniaturą fortepianową opartą na pięciu dźwiękach zawierających litery, które tworzą słowo Malta. Napisał ją kilka lat temu dla poznańskiego festiwalu w ramach akcji wsparcia i solidarności. Później utwory z dwóch studyjnych albumów Ralpha przeplatały się z coverami. Można było usłyszeć Kosmiczne energie, Wszystkiego Najlepszego, czyli single z albumu Młodość wydanego w 2019 roku, Podobno z debiutanckiej płyty Morze oraz Jezioro Szczęścia zespołu Bajm, czy Człowiekzksiężyca Quebonafide.

Po koncercie czułam niedosyt, licząc na ciut dłuższy występ. Wrażenie krótkiego koncertu potęgował koncert Basi, która dość dużo mówiła pomiędzy utworami, co wydłużyło jej set i sprawiło, że ten bardzo intymny i delikatny koncert Kaminski-Wąsik wydawał się krótki. Ale jak wiadomo, uczucie niedosytu po zakończonym koncercie to znak, że koncert był tak dobry, że chciałby się przeżyć go jeszcze raz.

Mam, gdzieś tam z tyłu głowy, poczucie że trzeba uważnie przeglądać harmonogramy letnich, plenerowych imprez, nacieszyć się tym, na co możemy sobie pozwolić teraz, bo jesień wcale nie wygląda obiecująco. Zamknięcie kilkuset czy kilkudziesięciu osób w klubach, halach koncertowych czy arenach wydaje się rzeczą nieosiągalną. Nad czym oczywiście ubolewam, ale to ten czas, w którym trzeba zacisnąć zęby.