Uwielbiam takie zbiegi okoliczności! Na kilka dni przed zaplanowaną od jesieni ubiegłego roku wizytą w Warszawie zapowiedziano koncert Marceliny w Centrum Praskim Koneser. Przypadek? Zrządzenie losu? Na pewno okazja, jakiej nie można zmarnować! Jesienny koncert Marceliny w Poznaniu nie doszedł do skutku, a wyjazd do Stolicy skutecznie uniemożliwiał pojawienie się na Edison Festivalu odbywającym się pod Poznaniem. A właśnie to mogłaby być idealna okazja do ponownego posłuchania jej na żywo. Grała tam 20 lipca, w dzień koncertu P!nk na Stadionie Narodowym. Dzień wcześniej, 19 lipca zagrała jednak w Warszawie, dosłownie dwie godziny po naszym przyjeździe, w ramach cyklu wydarzeń Lato Konesera.

Powoli tradycją staje się chodzenie na koncerty Marceliny latem, pod chmurką. Zupełnie na to nie narzekam, bo to artystka, która brzmi rewelacyjnie w każdych warunkach. Naprawdę! Nagłośnienie podczas koncertu w Centrum Praskim Koneser było rewelacyjnie, zasługujące na pochwałę tym bardziej, że plenerowe koncerty (w dodatku darmowe) często nie mogą pochwalić się świetnym brzmieniem. W tym przypadku, co słychać także na nagraniach, było idealnie.

Zielona scena ustawiona na końcu deptaka w połączeniu z pomarańczową cegłą budynków nadawała koncertowi przyjemny klimat. Rozstawione przed sceną leżaki, na które rzucili się ludzie, gdy tylko przyniesiono kolejne trochę psuły klimat, ale na szczęście publiczność nie miała trudności, żeby się podnieść. Niestety tego typu darmowe wydarzenia najczęściej nie sprzyjają słuchaniu muzyki i cieszeniu się koncertem, a pogaduszkom i rozmowom znajomych, którzy wybrali akurat to miejsce na spędzenie piątkowego popołudnia. Taki już urok… Na prośbę Marceliny wstawali jednak z miejsc, tańczyli i ruszali się w rytm jej muzyki, co dawało mi do zrozumienia, że bez leżaków byłby to jeszcze żywszy koncert. Bo muzyka Marceliny zdecydowanie nie nadaje się do siedzenia!

Wśród widowni znajdowały się też osoby noszące koszulki z jej merchu, czyli ludzie, których śmiało można nazwać fanami. Na tę koszulkę polowałam odkąd ją zobaczyłam, ale nie za bardzo miałam ją gdzie kupić. Udało się po tym koncercie i szczerze przyznam, że już dawno żaden ciuchowy zakup nie sprawił mi takiej przyjemności! Ubrałam ją później na koncert P!nk, ale zanim dotarłam na miejsce już zdążyła się zaprzyjaźnić z warszawskim deszczem…

Marcelina pojawiła się na scenie kilka minut po godzinie 20:00 i zagrała półtoragodzinny koncert. Setlista składała się w dużej mierze z utworów z nowego albumu zatytułowanego Koniec wakacji. Były więc Dinozaury, Zwierzęta Origami, zagrane dwukrotnie Tańcz czy Nie rycz. Pojawiły się jednak także piosenki starsze, w tym Nie mogę zasnąć i Karmelove, utwory które słyszałam po raz ostatni w czasie koncertu w ramach festiwalu Spring Break w 2016 roku. Biorąc pod uwagę, że koncert warszawski był moim czwartym koncertem Marceliny, na którym byłam, cały czas mam niedosyt jej koncertowego charakteru i brzmienia.

Ta dziewczyna się po prostu marnuje, a ludzie nie przychodzący na jej występy nie wiedzą, co tracą! Czasami słyszę opinie, że na polskiej scenie brakuje dziewczyn z temperamentem, energią, które miałyby talent, charyzmę i coś do powiedzenia. Gdy oglądam Marcelinę czuję, że tych dziewczyn nie brakuje tylko z jakiegoś powodu nie są w mainstreamie. Nie chcą, nie mogą, nie pasują do niego… Nie powiedziałabym jednak, że ich nie ma.

Marcelina wychodzi na scenę, sprzedaje energię, czaruje nietypową barwą głosu. Gdy trzeba potrafi być wulkanem energii, innym razem uruchamia swoją liryczną i spokojną strunę. Bierze do ręki gitarę, urozmaica piosenki innymi instrumentami. Na scenie towarzyszy jej zespół, utalentowani muzycy, z którymi ewidentnie świetnie jej się współpracuje. Jest między nimi chemia (niekoniecznie z Niemiec!) i to naprawdę czuć. Jedyne, czego żałowałam, to faktu, że koncert nie odbywał się po zmroku. Jednak takie energiczne granie i ciemna noc mają w sobie moc!

Z każdego koncertu Marceliny wychodzę z niedosytem. Lubię to uczucie, bo ono oznacza, że artysta jeszcze mi się nie znudził, jego muzyka na żywo wciąż mnie intryguje a on sam wciąż potrafi mnie zaskoczyć. U Marceliny, w przypadku akurat tego konkretnego koncertu zaskoczyło mnie, z jaką łatwością przychodzi jej granie dla publiczności, która niekoniecznie zna jej twórczość. W tłumie można było usłyszeć głosy, zapytania o to, kto zaraz wystąpi, co gra i czy warto zostać.

Zaryzykuję stwierdzenie, że ci którzy zostali nie żałowali swojej decyzji i bawili się świetnie. Mam nadzieję, że nie będzie to ich ostatnie zetknięcie się z muzyką Marceliny, a dla mnie nie będzie to ostatni jej koncert na dłuższy okres.