Metallica - Reading 2015
Kot On Tour

Metallica na Reading Festival

Wychodząc z namiotu BBC Radio 1 Dance Stage pełen byłem obaw, czy zdołam przedostać się w pod główną scenę i zająć dogodne miejsce na koncert gwiazdy wieczoru. Strach przed obserwowaniem koncertu z odległości kilku kilometrów od sceny zresztą towarzyszył mi odkąd kupiłem bilet i spędzał sen z powiek przez kilka tygodni poprzedzających jeden z najsłynniejszych brytyjskich festiwali. Bowiem spośród 17 koncertów Metalliki, na których byłem, jeden z nich przyszło mi spędzić bardzo daleko od sceny – a było to w londyńskiej O2 Arenie, gdzie w 2008 roku witaliśmy album Death Magnetic. Wówczas powiedziałem sobie – nigdy więcej.

Zacząłem przesuwać się w wzdłuż okalającej barierki w kierunku środka, ale dosyć szybko się zatrzymałem, bo był za duży tłok. Zdecydowałem się poczekać na przerwę, bacznie obserwując, co dzieje się dookoła.

Szybko zaobserwowałem dwa nurty pielgrzymów – jeden wychodzący spod sceny, drugi w kierunku przeciwnym. Czym prędzej dołączyłem do prądu płynącego w kierunku sceny i kilka minut dryfowania później znalazłem się w miejscu w którym zaledwie kilka rzędów dzieliło mnie zarówno od środkowej, jak i przedniej barierki. Byłem bardziej niż zadowolony – miałem znacznie bardziej dogodną pozycję, niż 3 miesiące wcześniej w Gelsenkirchen, gdzie wybrałem się pod scenę dużo wcześniej, bo jeszcze przed poprzedzającym występ Metalliki występem Faith No More.

Prawda jest taka, że to był mój pierwszy raz na aż tak masywnym festiwalu (w sumie ok. 90.000 przybyszów). Stąd miałem obawy, jak to wszystko będzie zorganizowane, czy sektor pod sceną nie będzie zamknięty, czy nie będzie jakiegoś kretyńskiego, ukrytego systemu opasek, jak to miało miejsce na Taylor Swift w Hyde Parku. Na szczęście przekonałem się, że na tak wielką imprezę, o tak skrajnie zróżnicowanym line-upie ludzie przybywają z przeróżniejszych powodów, w dodatku nie wszystkim zależy, aby być w pierwszym rzędzie. Paradoksalnie więc łatwiej było dostać się blisko sceny, niż na 2-3-krotnie mniejszym, dedykowanym koncercie stadionowym.

Nie zdążyłem się nawet zmęczyć oczekiwaniem, a rozbrzmiało It’s a Long Way to the Top, a po nim Ecstasy of Gold. W połączeniu z rześkim powietrzem, lekką mżawką, lekkim wiaterkiem i ogólnie optymalnymi warunkami powodowymi, nie miałem powodów do narzekań, a na plecach jak zawsze pojawiły się ciary, a w gardle stanęła gula. To już (dopiero?) 18 raz, a efekt intra wciąż silny, wywołujący niepowtarzalne w jakiejkolwiek innej sytuacji połączenie ekscytacji, wzruszenia, refleksji, satysfakcji i zastrzyku adrenaliny.

W ostatnich sekundach Ecstasy na scenie pojawiają się Rob, Kirk, Lars i James, który przy mikrofonie ze spokojem, lecz krótko i stanowczo obwieszcza: “We’re Metallica and this is what we do. Gimme fuel, gimme fire…!” i leci Fuel. Tutaj bez niespodzianek, ale na całej trasie otwieraczem jest Fuel, więc nie spodziewałem się odstępstw od obecnej normy. Fuel na żywo po raz 10, nie powiedziałbym, że to mój ulubiony kawałek, ale przyzwoicie sprawdza się w roli otwieracza. Publiczność oczywiście reaguje bardzo entuzjastycznie, pod sceną sami fani, wiedzą co robić i robi się przyjemne zamieszanie, ale nie takie, w którym trzeba walczyć o życie. Można się w pełni i bez przeszkód rozkoszować kontrolowanym szaleństwem, które rozpętało się pod sceną.

Po Fuel kolejny stały element setu – bez żadnych przerw zaczyna się Bellz i oczywiście miło sobie można poskakać. Zwracam uwagę na to, że James prezentuje niezwykle solidną formę wokalną, chyba najlepszą jak dotąd na tej trasie. Może trochę bardziej się stara, bo całość rejestrują kamery BBC. Będzie pamiątka! Bellz słyszę na żywo po raz 13, ale to nic, bo ten kawałek mógłby znajdować się w każdym secie – w przeciwieństwie do takiego Sad But True.

Pora na pierwszy slot, w którym dzieją się zmiany. W Gelsenkirchen w tym miejscu usłyszałem Metal Militia i był to zwiastun setlisty w której nie brakowało rarytasów. W Reading bardziej hitowo – leci rozpoczęte bezpośrednio od głównego riffu Battery. Muszę przyznać, że z początku nie mogłem przyzwyczaić się do tej dziwnej zmiany. Kawałki tego typu dotychczas albo otwierały set, albo zamykały jego główną część – umiejscowienie ich na pozycji 3 z początku jakoś mi nie pasowało, ale jak się jest pod sceną, to jest to fajne podtrzymanie atmosfery eksplozji wywołanej początkiem koncertu. Widać jednocześnie postępujące zmiany w strukturowaniu setlisty – ballady i hiciory przesunięte są dalej w głąb setu, a jego otwarcie służy zagraniu tych najbardziej energetycznych, póki zarówno zespół, jak i fani pod sceną dysponują jeszcze energią. W sumie ma to sporo sensu. Na moim liczniku Battery po raz 8 i jestem zadowolony, bo zamiast tego mógłby być jeszcze Blackened, który mi się bardzo przejadł w ostatnich latach (10 razy na żywo).

Kolejny slot to stały element programu – po krótkim przywitaniu Lars nabija hihatem cyk, cyk, cyk, cyk i Kirk zaczyna swoją piszczącą partię. To King Nothing, który po wielu, wielu latach pojawiania się na trasach pojedynczo (dosłownie), znów stał się stałym elementem setlisty. Zupełnie mi to nie przeszkadza, bo to chyba najfajniej wypadający na żywo kawałek z Loada, w dodatku słyszę go na żywo dopiero po raz 3. Publiczność sobie przyjemnie bąca, atmosfera przyjemnej zabawy trwa.

Po Kingu w Gelsen usłyszałem moje ulubione Disposable Heroes, na drugim legu chłopcy zaczęli go rotować z Ride the Lightning i tak też się stało w Reading. Kolejna zmiana z ulubionego kawałka na inny ulubiony, więc nie narzekam. W środkowej części solówkowej jak zwykle aktywne uczestnictwo publiczności, która jak patrzę za siebie wydaje się nigdy nie kończyć. Po Ride Kirku w ramach swojego doodle zacytował kilka piosenek innych zespołów, w tym Breadfan.

No i tutaj trudny moment. W tym slocie bowiem rozbrzmiało w Gelsen The Unforgiven II. Na scenie nie ma akustyka, a James pojawia się z explorerem, jeszcze więc się trochę łudzę, ale jednak zaczynają The Day That Never Comes. W sumie fajnie – słyszę ten kawałek dopiero po raz 4 na żywo i wypada on naprawdę dobrze. Publika się wyraźnie uspokaja – chyba nie tylko ja jestem zmęczony po całym dniu koncertów na festiwalu.

W kolejnym slocie w Gelsen było Cyanide, które także niestety trochę mi się już przejadło. Zamiast tego w Reading chłopcy stawiają na Memory, którym nigdy nie pogardzę na żywo, w dodatku na dużych koncertach plenerowych ten numer broni się sam trwającą nieskończoność partią śpiewaną przez tłum.

Po Memory gasną reflektory i słyszymy “trąbkę” z pierwszych dwóch Unforgivenów, ale ja już niestety wiem, że to będzie “jedynka”, bo na scenie stoi statyw z gitarą akustyczną. Słucham sobie kawałka po raz 7 na żywo i marudzę sobie pod nosem, dlaczego, oj dlaczego zrezygnowali z dwójki? Był to solidny hicior w Europie po ukazaniu się Reloada i na pewno fajnie by wypadł w relacji BBC. No ale chłopcy postawili na bardziej sprawdzone i ograne numery i nie przeszkadza nawet fakt, że James wokalnie wypada tutaj obecnie tak sobie, zwłaszcza w refrenach. No i zabrakło Lords of Summer, które rozbrzmiało w tym miejscu w Gelsen.

Kolejny slot bez niespodzianek – Sad But True, a po Sadzie pora na solo basowe Roba, które niczym szczególnym nie zaskakuje. Ciekawiej na szczęście robi się później. Leci bowiem Turn the Page. Po raz kolejny więc ballada zastępuje numer szybki i bardzo wymagający fizycznie. Tym niemniej, do “telewizji” ten singiel z czasów Garage Inc. na pewno bardziej się nadawał niż brutalny i nieokrzesany Damage.

Następnie czekam sobie na Frayed Ends of Sanity, które usłyszałem po raz pierwszy na żywo w Gelsen i które obecne było na każdym europejskim koncercie tegorocznej trasy… I się nie doczekałem. Rozbrzmiewa bowiem intro do Roam. No dobra, trochę się zdziwiłem… Podczas Roam Larsowi coś się stało ze stopą. W pewnym momencie w ogóle jej nie słychać, Lars daje znaki, podbiega techniczny, coś tam grzebie i jeszcze na ostatnią partię z podwójną stopą powraca w chwale.

Potem standardowo – One i Master. Ten drugi to obok Seeka jedyny kawałek, który zagrali na każdym koncercie, na jakim byłem. Nie powróciło piro, bo na scenie nadal są fani, ale jest więcej laserów i ekranów, więc produkcja i tak robi spore wrażenie. Po Masterze mój ulubiony Fade, niestety grany przez Jamesa na akustyku, mogliby już powrócić do dawnego, w pełni elektrycznego brzmienia. Tym niemniej Fade wychodzi przyjemnie, z ciekawymi animacjami towarzyszącymi na ekranach. Po Fade od razu Seek i tak oto kończy się główny set.

Segment bisów mija bez większych niespodzianek – Nothing i Sandman, podczas którego spadły na publikę okolicznościowe piłki plażowe. Mi jak zwykle kilka takich odbiło się od głowy i jak zwykle żadnej nie zdołałem złapać. Właśnie tak zakończył się mój pierwszy Reading Festival. Ale z pewnością nie ostatni, o ile tylko line-up dopisze. Przekonałem się, że przemieszczanie się pomiędzy różnymi scenami nie stanowi żadnego problemu, nawet jeśli odległość czasowa między gigami jest niewielka. Do tego nie ma problemu z jedzeniem i piciem, toalety jak na tak masową imprezę są całkiem przyzwoite, a nawet można było sobie wnieść jedną butelkę pysznego napoju. Czego chcieć więcej? Tylko interesującego line-upu.