Bilety na koncert Metalliki w praskiej O2 Arenie nabyłem, jak tylko ruszyła sprzedaż na cały europejski odcinek trasy, a było to już ponad rok i tydzień temu. Z tak dużym wyprzedzeniem jeszcze nigdy nie kupowałem biletu na żaden koncert. Rok oczekiwania pomogły przetrwać trzy koncerty, które jesienią ubiegłego roku zaliczyłem w Wielkiej Brytanii.

Pozwoliły one przekonać się, że obecna trasa cechuje się znakomicie zbalansowaną setlistą i najlepszą jak dotąd produkcją halową: efektowną, ale nie przesadzoną. Zespół promuje swój najnowszy album, Hardwired… To Self-Destruct (obszerna recenzja tutaj), więc w setliście na stałe pojawia się 6-7 nowych utworów, ale kolejnych 7 zarezerwowanych jest na stałe, legendarne hity, który każdy zna i chce chociaż raz usłyszeć na koncercie. pozostałe 4-5 piosenek pozostaje w rotacji, czyli się zmienia. Do tego wspaniała atmosfera uczestnictwa w czymś wyjątkowym i niespotykanej dotąd bliskości i interakcji z zespołem na scenie.

Czeski film

W miarę punktualnie, ok. godz. 18.00 otworzyły się bramy i zaczął się proceder wpuszczania tłumnie już ustawionych fanów do środka. Po chwili zawiesiły się wszystkie skanery biletowe. Na dobre kilka minut wpuszczanie kilkunastu tysięcy ludzi zostało wstrzymane… Najwyraźniej w sterującym procesem, pirackim, czeskim Windowsie XP wyskoczył blue screen. Po chwili jednak znalazłem się już w środku i to szczęśliwie z całą butelką wody wniesioną w tylnej kieszeni. Gdy po wypakowaniu rzeczy z przednich kieszeni zadzwoniłem na bramce, ochroniarz spytał tylko, czy mam pasek, a po jego pokazaniu, swobodnie mnie przepuścił. Ta woda bardzo się potem przydała na koncercie, bo w praskim O2 nie było takiego luksusu jak w londyńskim, gdzie hojnie częstowano nas przepyszną, chłodną wodą w plastikowych kubeczkach.

Podobnie jak na jesiennym odcinku trasy, jedynym supportem był norweski Kvelertak. I chociaż nie zdołał on przekonać mnie do siebie w trakcie trzech koncertów na Wyspie, powitałem go na scenie z pewnego rodzaju satysfakcja. Po pierwsze, w mig przywołał we mnie wspaniałą atmosferę z UK. Po drugie, ciężko nie docenić waloru komediowego – jak tu nie uśmiechnąć się, gdy groźny facet z długimi włosami zakłada na głowę wielkiego ptaka ze świecącymi oczami. Muzyczka momentami także nie wydawała się brzmieć źle (a przynajmniej instrumentalnie, bo wokalnie jest raczej tak sobie), ale jak zwykle support gorzej nagłośniony od gwiazdy wieczoru, nie był w stanie powalić na kolana nawet w tych ciekawszych momentach riffowych. Ale w końcu nie po to tam przyjechaliśmy!

Niewiele ponad pół godziny po zakończeniu występu supportu scena była gotowa i wyczekiwaliśmy już ostatecznego sygnału, jakim jest A Long Way to the Top. Jeszcze w trakcie ostatnich jej taktów zgasły główne reflektory i po kilku kolejnych sekundach rozbrzmiało wyczekiwane Ecstasy of Gold. Po raz dwudziesty drugi w moim życiu!

W trakcie Ecstasy członkowie zespołu wyłonili się z zaplecza. Kirk i Rob poszli na swoje strony, a James i Lars ustawili się wzdłuż brzegu, przy którym staliśmy. Staliśmy dokładnie na wprost schodków prowadzących na scenę, co pozwoliło nam obserwować wkroczenie na nią dwóch najważniejszych w tym zespole postaci. Jest to majestatyczny moment, warty zobaczenia z takiej odległości. Na początek poleciało tradycyjnie na tej trasie Hardwired. Krótko i na temat, trzy minuty klasycznego thrashu w nowoczesnej odsłonie.

Po Hardwired bez żadnej przerwy Atlas, Rise!, czyli mój zdecydowany faworyt z ostatniego albumu. Jeden z tych kawałków, które nawet po zakończeniu trasy WorldWired powinny regularnie pojawiać się w koncertowym repertuarze. Jest soczysty, mięsisty, dosyć szybki, a zarazem świetnie gruwiący. Na żywo sprawdza się po prostu znakomicie.

Dla każdego coś miłego

Po początkowej porcji utworów z nowego albumu, James zapowiedział „coś starego” i poleciało Seek and Destroy, które natychmiast poderwało całą halę! Po Seeku przyszła pora na pierwszy, najciekawszy slot rotacyjny. Moja analiza setlist granych w Pradze wykazała, że przypadnie nam w udziale Leper Messiah i tak też było. Przyjąłem ten fakt z zadowoleniem, bo jest to kawał świetnego, mięsistego klasyka, który zawsze fantastycznie wypada na żywo.

Piąty slot to ballada w rotacji i tutaj i poleciało Sanitarium. Spodziewałem się tutaj innego utworu, ale grają Sanitarium bardzo często prawdopodobnie dlatego, że ze wszystkich ballad rotujących się w tym slocie, ten jest najmniej obciążający wokalnie dla Jamesa. Cóż, to wciąż kawał świetnego metallikowego klasyka.

Następnie wracamy do nowego albumu i nie mogło zabraknąć Now That We’re Dead, oczywiście rozszerzone o mini doodle perkusyjne wszystkich czterech członków zespołu. Trzeba przyznać, że praska publiczność całkiem żywiołowo uczestniczyła w okrzykach „hey!” w tej partii utworu, a nie zawsze się to zdarza. Ciągłej ewolucji ulega także mini solo Jamesa na werbelku. Sympatyczny moment pozwalający zobaczyć członków zespołu w nieco innych rolach niż przez resztę koncertu.

Po Dead przyszła pora na rotujący się utwór z HTSD. Tym razem, ku mojemu zadowoleniu, padło na Dream No More. I chociaż trafił mi się już po raz trzeci, bo zagrali go także w Londynie #1 i Birmingham, przyjąłem ten wybór z otwartymi ramionami. Ten ciężki jak walec, iście sabbathowy zgniatacz brzmi na żywo po prostu powalająco. Zabrzmiał tak nawet pod sceną, z miejsca, w którym akustyka nie wyświadcza zespołowi przysług. Dream mógłby na stałe zastąpić Sad But True.

Potem chwila oddechu dla wszystkich z wyjątkiem Roba, który z radością wykonał poprzedzające For Whom the Bell Tolls, wesołe intro na basie z okrzykami „hey!”. Bellz stało się stałym elementem setlisty na tej trasie i nawet mi to aż tak bardzo nie przeszkadza. Świetnie pobudza publikę do zabawy po tym, jak raczej w skupieniu wysłuchuje poprzedzającego kawałka z HTSD.

Po Bellz króciutkie doodle Kirka, a po chwili James został na scenie sam, by zainaugurować w pojedynkę kolejny miażdżący utwór z ostatniego płyty – Halo on Fire. Całkiem zasłużenie został on stałym elementem setlisty. Mnogość różnych, ale świetnie połączonych ze sobą partii sprawdza się na gigu znakomicie. Nie jest to dla Jamesa łatwa do zaśpiewania piosenka. Na partię „Too dark to sleep/Can’t slip away” podszedł do mikrofonu na wprost nas i to pozwoliło mi zaobserwować, jak bolesny grymas na jego twarzy zdradza, że zaśpiewanie tej dosyć wysokiej w rejestrze części sprawiło mu sporo wysiłku.

Końcowa partia z powtarzającym się „Hello darkness, say goodbye” to zaś czysta radość. Tutaj spokojni i powściągliwi na ogół Czesi ponownie stanęli na wysokości zadania. Chóralnie, bez zachęty, odśpiewali partie gitarowe „łooooo…”, podobnie jak wymienione przed chwilą słowa powtarzane przez Jamesa. To jeden z najlepszych koncertowych momentów na nowym albumie, pozwalający na wielopłaszczyznową partycypację fanów.

Józek z bagien

Po Halo James przedstawił członków zespołu, a na scenie, dokładnie na wprost nas, pojawił się… statyw na nuty! Rzeczy, której nie widziałem na scenie Metalliki chyba od czasów S&M. Zbliżało się doodle Roba i Kirka, a James poinformował, że będzie zabawa. Byłem bardzo ciekaw, co to będzie. Od jakiegoś już czasu chłopaki wykonywali luźne wersje piosenek lokalnych artystów, skutecznie angażując rozbawioną publiczność do wspólnego śpiewania. W Pradze jednak przeszli sami siebie, wykonali bowiem pełną wersję klasycznej czeskiej piosenki Jožin z Bažin!

Było to tym bardziej niezwykłe, bowiem Rob stanął na wysokości zadania i nie tylko zaśpiewał cały tekst po czesku, ale też własnoustnie imitował głos śmiesznego instrumentu-pierdziawki, zwanej kazoo. Nagranie z tego wykonania z miejsca stało się hitem internetu, a obserwowanie tego wykonania dokładnie na wprost nas było niezapomnianym przeżyciem. Nie muszę chyba wspominać, że obecni na koncercieu Czesi zareagowali euforycznie! Piękny, wesoły gest ze strony Roba i Kirka.

Po Józku z Bagien przyszła pora na poświęcenie chwili Cliffowi Burtonowi (zmarłemu tragicznie w 1986 roku basiście Metalliki), w postaci wykonanej przez Roba Anasthesii. Reszta zespołu ma tutaj dłuższą chwilę wytchnienia, a po chwili wraca na scenę z nowym zapasem energii, by wykonać piosenkę w slocie coverowym. Tym razem padło na Am I Evil?.

Po coverze nadszedł czas na slot rotacyjny hitów „mniejszej wagi”: Fuel, Creep, albo Memory. Padło na… Fuela. No cóż, naprawdę liczyłem na Memory, ale może w Oslo. Po Fuelu zaś rozbrzmiał tradycyjnie Moth Into Flame, podczas którego nad sceną oczywiście latały drony – efekt ten nadal robi spore wrażenie!

Po standardowej porcji hitów w postaci Sad But True, One i Master of Puppets (z przedłużoną końcówką, w której następuje pierwsze pożegnanie Jamesa z publicznością i skandowanie „hey!”), przyszła pora na kilka minut odpoczynku, z których chętnie skorzystali chyba nie tylko członkowie zespołu, ale też fani, którzy przez cały koncert czynnie uczestniczyli w czynnościach koncertowych!

Wprawdzie w pierwszym bisowym slocie może także pojawić się jeden ze starszych thrasherów (Battery, Fight, Blackened, Damage), ale generalnie zasada jest taka, że od czasu debiutu w Londynie #2, na każdym pierwszym koncercie w danym kraju, jest grany Spit Out the Bone. W Pradze więc nie mogło być inaczej i przyjąłem ten fakt z radością, bo to absolutny kolos, który powala na żywo. Przez moment już myślałem, że mi odpadnie głowa i w sumie jakoś specjalnie by mi to nie przeszkadzało, ale jednak niestety została na swoim miejscu i trzeba się dalej męczyć 🙂

Zanim to jednak nastąpi, zostały jeszcze dwie piosenki – spokojny Nothing Else Matters i eksplozywny Enter Sandman. Fajerwerki pięknie odpaliły się w wybranych momentach utworu, a pył z pirotechniki osiadł m.in. na fanach w pierwszym rzędzie. Lars więc czym prędzej zszedł ze sceny, by chwycić za miotełkę i zaczął odkurzać fanów i inne urządzenia. Moment ten został uwieczniony na filmiku i trafił na Instagrama Larsa, gdzie można się również dopatrzyć mojej głowy 🙂

Damn pyro dust!!! 🔥💥🤪 🇨🇿#wanna #MetInPrague #cough

A post shared by Lars Ulrich (@larsulrich) on

Tymczasem przy tradycyjnym, pożegnalnym rzucaniu kostek nastąpił kolejny przełomowy moment tego już niebywale pamiętnego wieczoru. Kiedyś, w Oslo, udało mi się podnieść jedną z ziemi, po tym jak upadła dokładnie między moje nogi, ale kolejną dostałem w zęby i złapał ją ktoś inny. Tymczasem tym razem, tego wieczoru w Pradze… Kirk rzucił w naszą stronę garść kostek i… Jedną z nich złapałem, w dodatku w powietrzu!!! Tak, moja pierwsza kostka złapana na koncercie Metalliki. Osiągnięcie odblokowane – 100G (pewnie tyle punktów dostałbym za to, gdyby było to zadanie w jakiejś grze na Xboksie). Aby przypieczętować sukces, drugą kostkę udało mi się podnieść z podłogi, podobnie jak we wspomnianym Oslo 6 lat temu.

Ale to nie koniec historii o sukcesach i pozyskanych pamiątkach. Gdy chłopaki schodzili po raz ostatni ze sceny – schodkami, przy których staliśmy, Kirk, Rob i Lars już skupieni próbowali jak najszybciej oddalić się z terenu hali i zniknąć za kulisami. Ale James w nagłym przypływie dobrego humoru szczerzył kły do fanów i nadal zdawał się być skory do wygłupów. Gdy więc gdy jako ostatni zszedł ze sceny, wychyliłem się z otwartą łapą do niego i krzyknąłem jego imię, a w odpowiedzi ten pacnął mnie w łapę, niniejszym po raz drugi przybijając mi piątkę!

Do kolekcji pamiątek z koncertu dołączyła także setlista. W pełni usatysfakcjonowani i spełnieni, opuściliśmy praską halę O2, po czym czekało nas jeszcze ponad godzinne czekanie w korku przy wyjeździe z parkingu piętrowego, ale to doprawdy drobnostka – dominowało bowiem uczucie spełnienia z kolejnego pięknego koncertu Met, na którym działy się istne fajerwerki!

Weterani sceny wciąż w formie

Metallica w Pradze jak zwykle powaliła na kolana. Był to mój dwudziesty drugi koncert i z punktu widzenia weterana setlista może nie była najbardziej wyjątkowa, nawet w ramach obecnej trasy. Ale nie o to chodzi w trasie WorldWired. Chodzi o interakcje, o otoczkę, o atmosferę, o bliskość, o spotkania, o uczucie uczestniczenia w czymś większym i ważniejszym. Pod tym względem ta trasa nie ma sobie równych i człowiek szybko zapomina o tym, że rotacja w setlistach nie jest tak zaawansowana, jak chociażby na trasie World Magnetic.

Podobne Posty