Sześć koncertów w jednym cyklu płytowym może wydawać się lekką przesadą. Chociaż są i tacy fani, którzy zaliczają wszystkie koncerty. Metallica doskonale zdaje sobie z tego sprawę i już od ponad 15 lat dba o to, by każdy koncert był unikalnym doświadczeniem. Żadna setlista na trasie się nie powtarza. Jest też znacznie odświeżony repertuar jak i oprawa koncertu w porównaniu do tej z plenerowej części trasy, w którą Metallica wybrała się tego lata. To miks trwającej od początku 2017 roku trasy WorldWired promującej wydany w 2016 album Hardwired…To Self-Destruct, oraz zwyczajowej wakacyjnej trasy zespołu, przy których można spodziewać się odkurzenia kilku dawno nie granych numerów.

Gdy na liście koncertów pojawia się Praga, nie mam wątpliwości, że będzie celem nr 1, a ponieważ podczas halowej odsłony trasy pozwoliłem sobie na pięć koncertów, tym razem uznałem, że poprzestanę na skromnym jednym. A więc Praga – miasto, w którym bywam na koncertach regularnie, a w Pradze – Letiště Letňany, czyli lotnisko położone blisko centrum miasta – venue, na którym jeszcze nie byłem.

Ekscytację pomógł podsycić fakt, że wygrałem w losowaniu dwie wejściówki do Snake Pitu -niewielkiego, zamkniętego sektora bezpośrednio pod główną sceną, otoczonego wybiegiem dla muzyków. Zdarzało mi się już w życiu wygrywać konkursy, zwłaszcza te muzyczne, ale jeśli chodzi o Metallikę, to jeszcze nie poszczęściło mi się ani z M&G, ani ze Snake Pitem. Jakby tego było mało, to jeszcze jednej osobie w naszej czteroosobowej ekipie udało się wylosować wejściówki, dzięki czemu do jamy węża mogliśmy się udać całą czwórką.

metallica-praga-2019

Tego dnia w Pradze było naprawdę gorąco. Był to najgorętszy dzień po kilku tygodniach przerwy od upałów i akurat przydarzył się w dzień koncertu. Na niebie prawie żadnych chmur, słońce naprawdę dawało się we znaki, zwłaszcza że z najbliższego parkingu mieszczącego się przy centrum handlowym czekał nas jeszcze ponad dwukilometrowy spacer. Na szczęście szybko po tym heroicznym wyczynie mogliśmy już schować się do cienia. Pozostało jeszcze odebrać snakepitowe opaski w Box Office i obejść cały obiekt, by dostać się do sektora pod sceną. Następnie przejść fosą do Snake Pitu. Od tego momentu już znajdowaliśmy się w cieniu, gdzie było nawet całkiem przewiewnie i upał nie dawał się aż tak bardzo we znaki.

Pozostała jeszcze ważna decyzja do podjęcia – gdzie dokładnie w Snake Picie się ustawić. Zjawiliśmy się relatywnie wcześnie, bo na ok. pół godziny przed pierwszym supportem – Bokassą, więc do wyboru była praktycznie cała przestrzeń w picie, z wyjątkiem barierek i ogólnie całego pierwszego rzędu dookoła. Początkowo zostaliśmy z przodu z powodu cienia, niemal dokładnie na środku, a ja uznałem, że jeśli będę z tej pozycji dobrze widział larsową perkusję, to zostanę w tym miejscu. To da mi możliwość bycia jak najbliżej Larsa przez 15/18 koncertu.


Przeczytaj: Metallica – Hardwired…To Self-Destruct – recenzja


Wiadomo, że cała akcja przenosi się na czubek Snake Pita na trzy utwory pod koniec głównego setu, ale cóż – coś za coś. Gdybym jechał na jeszcze jeden koncert w ramach tej części trasy i miał możliwość wejścia do Snake Pitu, stanąłbym przy tylnej barierce. Ale zakładam, że zanim Metallica wróci z nowym albumem, spędzą jeszcze jakieś wakacje w Europie, więc okazji nie powinno zabraknąć.

metallica-praga-2019

Koncert zaczął się z drobnym opóźnieniem, ale już o 19:55 rozbrzmiało tradycyjnie z taśmy It’s a Long Way to the Top AC/DC, które natychmiast wprowadziło mnie w błogostan. Dało się słyszeć ekscytację zebranych za moimi plecami niemal 80 tysięcy fanów. Swoją drogą, w Pradze padł rekord liczebności uczestników na tej trasie. Oficjalnie zespół podał, że było 78 tysięcy ludzi! To więcej niż jest w stanie pomieścić Stadion Narodowy w Warszawie.

Przy Ecstasy of Gold do błogostanu dołączyło uczucie autentycznego wzruszenia. Antycypacja sięgnęła punktu kulminacyjnego wraz z finałowymi dźwiękami intra z taśmy do otwierającego zarówno ostatni album jak i każdy koncert na trasie WorldWired! Na scenę wkroczyli Lars, James, Kirk i Rob i jak zwykle zaproponowali mocne otwarcie koncertu. Hardwired to doskonały otwieracz koncertu – krótki, szybki, energetyczny, mocny – konkretne uderzenie pięścią w nos na początek, aby wszystkich natychmiast obudzić i rozruszać.

Niestety, szybko także okazało się, że ten koncert nie będzie należał do topowych doświadczeń pod względem wrażeń słuchowych. Czytałem wcześniej opinie ludzi znajdujących się blisko czubka Snake Pitu, że kiedy Lars gra na znajdującej się na nim perkusji, doznaje się pewnego rodzaju dysonansu słuchowego, ponieważ dźwięk akustycznej perkusji docierający ze sceny wyprzedza główny system nagłośnienia o ułamek sekundy. Był to jeden z argumentów, aby trzymać się od tego miejsca jednak z daleka.


Przeczytaj: WorldWired Tour: W trasie po UK z zespołem Metallica


Nie spodziewałem się jednak, że znajdując się bezpośrednio pod główną sceną, także będę słyszał dźwięk perkusji docierający ze sceny. Trochę się więc ten dźwięk rozjeżdżał w głowie, zwłaszcza podczas szybkich kawałków. Jako osobie która zna cały repertuar nuta w nutę, nie przeszkadzało mi to zanadto, ale wyobrażam sobie, że wielu osobom, priorytetyzującym wrażenia słuchowe, mogło to odrobinę przeszkadzać. Cóż, na większości dotychczasowych koncertów znajdowałem się w optymalnej odległości od sceny, co pozwalało na doskonałe wrażenia słuchowe, więc nie przeszkadzało mi takie odstępstwo od tej reguły, zwłaszcza że była to cena do zapłacenia za bycie w samym centrum akcji.

metallica-praga-2019

Po krótkim przywitaniu z publicznością James bez chwili wytchnienia zaczął śpiewać The Memory Remains. Publiczność zgromadzona w Pradze natychmiast podchwyciła i chóralnie dokończyła otwierającą utwór frazę, zwiastując to, co będzie się działo w końcówce utworu. A wiadomo, że jest on stworzony do wspólnego śpiewania i chociaż na początku nie mogłem przyzwyczaić się do tak wczesnego umiejscowienia go w setliście, rozumiem że głównym argumentem przy jej konstruowaniu był właśnie element współuczestnictwa publiczności. A ta nie zawiodła, oj nie. Uśmiech nie schodził z twarzy Jamesa. W końcówce doszło do naprawdę fajnej wymiany energii, bo zespół klasycznie przestał grać i tylko Lars podtrzymywał tempo na hi-hacie, pozwalając publiczności przejąć rolę wokalistów, a następnie zespół wrócił na jeszcze cztery kółka progresji akordów, grając bardzo fajny, energetyczny jam zamykający całość.

Dla mnie zaś Memory, chociaż nie było żadną niespodzianką, bo to stały element setlisty europejskiej, plenerowej części trasy, było bardzo mile widzianym kawałkiem. „Polowaliśmy” bowiem na Memory podczas trasy halowej przez dwa ostatnie lata, które wymieniało się w slocie z przejedzonym Fuel i tylko nieco odrobinę mniej przejedzonym Creeping Death. Jednak na pięć halowych koncertów, na trzech trafiłem na Fuel, a na dwóch na Creeping Death, a na nieszczęsne Memory ani razu. Tak więc ten ostatni, praski koncert plenerowy nareszcie wyszedł naprzeciw oczekiwaniom i zadośćuczynił braku szczęścia wcześniej.

Po Memory przyszedł czas na sloty rotujące, a to zawsze najprzyjemniejsze momenty każdego koncertu Metalliki. Nawet, jeśli się śledzi setlisty i wie, z jakiej puli kawałków czerpie w danej chwili zespół, to zawsze ma się nieco bardziej i nieco mniej pożądane typy. A poza tym, Metallica to zespół, który zawsze może zaskoczyć i odkurzyć jakiś nie grany od lat kawałek, lub przynajmniej nie grany jak dotąd na danej trasie. W slocie numer trzy pojawić się mogło Disposable Heroes, Ride the Lightning i The Four Horsemen.


Przeczytaj: Metallica w Oslo. Wciąż czuję ciężar norweskiego tłumu


Moim niekwestionowanym faworytem było Disposable Heroes, ale też w zasadzie tylko dlatego, że po prostu miałem to szczęście trafiać na Ride the Lightning bardzo często i też na niego trafiałem częściej (6 wykonań) niż na Disposable (4 wykonania). Horsemen było w ogóle poza skalą, bo zwyczajnie nie przepadam za tym utworem, a też już parę razy mi się trafił (5 wykonań).

Ostatecznie padło na Ride i trzeba przyznać, że jest to kawałek, który nigdy nie rozczarowuje na żywo. Szczególnie lubię jego długą, środkową część instrumentalną, ze względu nie tylko na porywającą konstrukcję rytmiczną, ale także jedną z najlepszych solówek Kirka, którą szczęśliwie wykonał w całości dokładnie na wprost mnie. Jeśli o niego chodzi, to był to najlepszy punkt całego koncertu i jeden z tych momentów, w których poczułem, że podjąłem właściwą decyzję zostając pod główną sceną.

metallica-praga-2019

Slot czwarty to kolejny slot, w którym wymieniają się utwory, tym razem z kategorii „heavy”. Jak dotąd tutaj Metallica wybierała między The God That Failed, The Thing That Should Not Be i Harvester of Sorrow. Najmilej byłoby w tym miejscu usłyszeć The God That Failed, bo to jeden z moich ulubionych kawałków, do tego bardzo rzadko grany. Jak dotąd udało mi się go usłyszeć jedynie dwukrotnie na koncertach z całym Czarnym Albumem w setliście w 2012 roku. The Thing That Should Not Be bardzo szybko zniknęło z rotacji po kilku pierwszych koncertach, a zastąpił go właśnie Harvester of Sorrow, którego słyszałem na żywo już pięć razy, chociaż po raz ostatni w 2008 w Pradze właśnie. I kiedy po Ride nie zamilkły wybrzmiewające gitary wiedziałem, że będzie płynne przejście właśnie w ten utwór, bo zaczynający się od samej perkusji God wymaga zamilknięcia gitar.

Na żywo kawałek ten zawsze miażdży ciężarem. Przed ostatnim refrenem, w momencie pauzy, James pozwolił sobie na typowy dla siebie żarcik, udając że już zamierza śpiewać ostatni refren i tym samym prowokując publikę do śpiewania, by po sekundzie odwrócić się od mikrofonu w zaczepny sposób. Ogólnie James był tego wieczoru w wyśmienitym humorze, chętnie nawiązywał kontakt wzrokowy z publicznością, zaczepiał fanów i ogólnie cieszył poczciwą paszczę. Świetnie było widzieć go w tak dobrym nastroju, zwłaszcza że nie każdego wieczoru na halowej odsłonie WorldWired w takim był.

Slot piąty to niezmiennie The Unforgiven. Rozumiem, że jest to singiel z Czarnego Albumu i trasa stadionowa, ale jednak mógłby rotować się choćby z takim Fade to Black. Regularnie na niego trafiałem na przestrzeni lat, łącznie słyszałem na żywo 7 razy, ostatni raz w 2015, więc nie zdążyłem się stęsknić. Oczywiście mogło być też gorzej, mogłem po raz piąty na tej trasie trafić na Sanitarium. Fajnie za to było usłyszeć nowe „zremiksowane” intro, które zadebiutowało w 2017 roku.

Po The Unforgiven James przeniósł się na czubek Snake Pita, co spotkało się z odczuwalnym ożywieniem ze strony publiczności zgromadzonej po jego drugiej stronie. Po krótkiej pogadance z publiką rozbrzmiało Here Comes Revenge, jedyny tego wieczoru kawałek, który usłyszałem po raz pierwszy na żywo. Nie jest to wprawdzie mój faworyt z ostatniej płyty, ale trzeba przyznać, że na żywo radzi sobie świetnie. Fajnie wypada mroczne, psychodeliczne intro, podczas którego Kirk wydaje ze swojej gitary „opętańcze” dźwięki, a publiczność ma szansę na powściągliwe „hejowanie”. Kawałek dobrze „gruwi” i daje szansę na pośpiewanie charakterystycznych refrenów. Zresztą, nawet sami panowie nazywają Revenge ostatnimi czasy swoim „nowym ulubionym kawałkiem”. W tym slocie mogło pojawić się też Now That We’re Dead, o ile tylko byłby to pierwszy koncert w Pradze na trasie WorldWired. Now That We’re Dead słyszałem już na żywo na każdym z pozostałych koncertów na tej trasie, a więc 5 razy – wystarczy.

metallica-praga-2019

Skoro jesteśmy przy temacie ostatniego albumu, przyszła pora na Moth Into Flame. Cieszę się, że kawałek ten zadomowił się na stałe w metallikowej setliście. Ma w sobie tę oldskulową moc i aranżację, która przypomina Disposable. Świetnie też sprawdza się do wspólnego śpiewania. Na trasie halowej „Ćmie” towarzyszyły słynne drony, na tej scenie zaś pojawia się gigantyczny płomień, który przesuwa się po scenie od jednej do drugiej strony i z powrotem. Trzeba przyznać, że zrobiło się trochę gorąco, dosłownie i w przenośni. Pod koniec solówki Lars się trochę machnął w przejściu do kolejnej partii, ale na tyle nieznacznie, że zespół grał dalej.

Po kawałku Kirk zszedł ze sceny i zniknął z niej na dłuższą chwilę. James odwrócił się i zapytał „Kirk, wszystko z tobą w porządku tam z tyłu? Upadłeś?”. Lars wyszedł zza perkusji i rozbawiony pokazywał na Kirka palcem. Niestety, spod sceny nie było widać, co się stało z Kirkiem. Przewracanie się na scenie stało się dla niego pewnego rodzaju tradycją, nie zdziwiłoby mnie zatem, gdyby i w Pradze dochował tego rytuału.

James wygłosił kolejną przemowę dziękczynną w kierunku fanów, co spotkało się z ożywioną reakcją 78 tysięcy zgromadzonej publiczności. Wspomniał, że wszyscy czujemy, że przynależymy do tego miejsca/sytuacji, jaką jest koncert. I że czasami James nie czuje się, jakby gdzieś przynależał, ale gdy jest na scenie, nie ma lepszego uczucia.

Po tych słowach przyszedł czas na kolejny „ciężarowiec” w postaci Sad But True. Pogodziłem się już z tym, że ten kawałek nigdzie nie zniknie, więc postanowiłem cieszyć się jego obecnością i chłonąć jego ciężar. Interesujące jest obserwować reakcje ludzi, którzy nadal potrafią szczerze się tym utworem ucieszyć. Kawałek ten jak zwykle zakończony był Jamesem na czubku Snake Pita znęcającym się nad swoją gitarą.

Naprawdę ciekawsze rzeczy dzieją się natomiast w slocie numer 9. Było tu najwięcej kawałków do rotacji – bo aż cztery. Mogło to być Sanitarium, które było grane na poprzednim koncercie w Pradze, więc szansa była praktycznie zerowa. I całe szczęście, bo Sanitarium to, obok Fuela, moje największe metallikowe przekleństwo. Nie to, że nie lubię tego kawałka. To metallikowa klasyka w najlepszym wydaniu, ale jeśli trafia się na ten kawałek regularnie, najczęściej kosztem ulubionego Fade to Black, można go znienawidzić. Najczęściej pojawia się w tym slocie No Leaf Clover, ewidentnie ćwiczony przed S&M, o którym pisaliśmy tutaj.

Byłoby nieźle, bo słyszałem Clovera tylko 2 razy i to w 2004 roku. No i mogło być też Halo on Fire, które w Pradze już rozbrzmiało rok temu, więc zgodnie z setlistowymi regułami pojawić się ponownie nie mogło. A tymczasem rozbrzmiało intro do… The Day That Never Comes! Po raz pierwszy na tej części trasy i po raz pierwszy od dłuższego czasu. Prawdopodobnie także ćwiczony przed S&M. To była największa niespodzianka tego wieczoru, którą przyjąłem z otwartymi ramionami. Usłyszałem ten singiel na żywo po raz piąty.

Przyszła pora na jeden z najbardziej wyczekiwanych momentów koncertu, czyli doodle Roba i Kirka. Panowie na chwilę zniknęli ze sceny, a James zażartował, że się przebierają. Pomyślałem sobie – typowy hetfieldowy humor. Tymczasem basista i drugi gitarzysta Metalliki faktycznie wrócili na scenę przebrani! Ich kostiumami scenicznymi były marynarki nawiązujące do tych, w które ubrani byli Ivan Mládek i jego kolega w oryginalnym czeskim teledysku do Jožin z Bažin. Tak, tego wieczoru w Pradze rozbrzmiało to samo doodle, co rok temu – relacja z tamtego koncertu tutaj. Nie pierwszy raz zdarzyło się Robowi i Kirkowi powtórzyć doodle na tej trasie. Trochę szkoda, ale z drugiej strony – warto było zobaczyć ich w tych pociesznych marynarkach.

metallica-praga-2019

Po Józku z Bagien Rob zagrał solo basowe, zupełnie inne niż podczas halowej odsłony trasy. Obszerny fragment Anasthesii zastąpiło kilka jamów zwieńczonych cytatem z Oriona, podczas którego na ekranach obok Roba pojawił się także Cliff Burton, tragicznie zmarły poprzedni basista zespołu. Po doodle zwyczajowo na tej trasie przchodził czas na slot z jednym z dwóch utworów z „ulubionej” płyty wszystkich fanów – St. Anger. Jest to naprzemiennie utwór tytułowy i Frantic. A ponieważ St. Anger był grany w Pradze 5 lat temu, to wiadomo było, że poleci Frantic. Oba kawałki tutaj satysfakcjonowałyby mnie jednakowo. Uwielbiam St. Anger, to była pierwsza płyta Metalliki, której premierę przeżyłem jako fan i wiążą się z tym okresem wyjątkowe wspomnienia – między innymi moje pierwsze koncerty.

Frantika zaś ostatni raz na żywo słyszałem w 2008 roku, na specjalnych koncertach w Berlinie i Londynie towarzyszących premierze Death Magnetic. Aż trudno uwierzyć, że w sumie było to ósme wykonanie Frantika, którego doświadczyłem. Metallica bardzo rzadko sięga po ten album. Frantikowi towarzyszyło fajne, krótkie wprowadzenie na telebimach w postaci animacji pokazującej St. Angerową „piąchę” oraz lasery.

Niniejszym zakończyła się najciekawsza część koncertu z perspektywy regularnie uczęszczających fanów i rozpoczął segment hitowy. Na początek kombo klasycznych hitów w postaci One (z nową pirotechniką) i Master of Puppets z rozszerzoną końcówką, co jest jeszcze pozostałością bo halowej części trasy, gdzie ten utwór zamykał główny set. Tutaj też niby coś zamyka, bo na trzy kolejne utwory akcja przenosi się na czubek Snake Pita. Na samym środku, przy krawędzi sceny wyjeżdża drugi zestaw perkusyjny (nieco mniejszy, bo pozbawiony ostatniego floor toma i drugiej chiny) i cały zespół nie schodzi ze Snake Pita, dając namiastkę koncertu w małym klubie. Świetny pomysł i dobrze dobrane kawałki, które generują najwięcej akcji – For Whom the Bell Tolls, Creeping Death (tym razem bez wydłużonej sekcji „die”) i na koniec obowiązkowe Seek and Destroy. Wspólnym śpiewom nie było końca, publika rozgrzana do czerwoności, a czterej jeźdźcy zniknęli na kilka minut przed segmentem bisowym.

metallica-praga-2019

Z bisami wiąże się pewna specyficzna sytuacja, a konkretniej z kawałkiem otwierającym ten segment. Na początku tej części trasy konsekwentnie grane było Lords of Summer, z wyjątkiem miast, do których WorldWired w wydaniu halowym nie dotarło. Wówczas w tym slocie grane było Spit Out the Bone. Podobnie sprawa się miała, gdy koncert w ramach WorldWired w danym mieście się odbył, ale nie zagrali na nim Spit. Trzeci leg tej części europejskiej trasy składał się wyłącznie z miast, w których Spit jeszcze nie miał okazji być zagrany. I tak się chłopaki rozpędzili, że zapomnieli o L.o.S., które powinno zabrzmieć zarówno w Wiedniu, jak i w Pradze. Powód mógł być taki, że fanom ten kawałek niespecjalnie leży, a Spit natychmiast stał się wręcz kultowy. Ja Lords lubię. Dwa razy usłyszałem na żywo wersję „First Pass”, w 2014 i 2015, a albumowa podoba mi się jeszcze bardziej – te kilka drobnych zmian rytmicznych, aranżacyjnych i tekstowych robi sporą różnicę. Fajnie by było usłyszeć tę wersję na żywo, ale cóż – nie tym razem. Nie to, żeby Spit mi przeszkadzał, co to, to nie.

Na sam koniec oczywiście klasycznie Nothing Else Matters i Enter Sandman, podczas którego mogliśmy wreszcie po 10 latach przerwy dochować z jednym z moich najdłuższych koncertowych kompanów wspaniałej tradycji… Aż wzbudziliśmy zainteresowanie kamerzysty pod sceną. Sandman to jeden z tych kawałków, których w domu człowiek już nie może słuchać, ale na koncercie zawsze poruszy. Przy okazji, fajnie że w 2015 roku Metallica postanowiła zaprzestać niezbyt chlubnej tradycji zamykania każdego koncertu Seekiem i przywróciła na to stanowisko Sandmana… Tak też było w 2003 roku i jest to sympatyczna klamra, która spina moje metallikowe początki ze współczesnością. Bo do ostatniego koncertu – mam nadzieję – jeszcze daleko!


Przeczytaj: Metallica na Reading Festival


No właśnie. Może się wydawać, że trochę „narzekam” na setlistę, ale to po prostu moja setlistowa obsesja nie pozwala mi nie patrzeć na nią analitycznie i statystycznie. Prawda jest taka, że chłopaki mogliby wyjść na scenę i zagrać 18 razy Nothing Else Matters a ja i tak spędziłbym kolejne najlepsze 2 godziny mojego życia. Tu nie chodzi o konkretne piosenki, tu chodzi o konkretnych ludzi, o konkretną atmosferę, o konkretne uczucie, że to dziwne życie na tej zwariowanej planecie jednak ma jakiś sens.

Po 16 latach i 24 koncertach jestem wdzięczny, że ta machina gdzieś po drodze się nie przegrzała i że działa dalej, pod wieloma względami lepiej niż kiedykolwiek wcześniej. Jestem wdzięczny, że przyszło mi żyć i interesować się muzyką na żywo w czasach, w których mogę przez kilkanaście lat śledzić karierę jednego z najwspanialszych zespołów w historii muzyki. Zespołu, który stał się legendarny i o którym będą mówić kolejne pokolenia, nawet gdy era koncertów na żywo się skończy.

Jeśli chodzi o samą setlistę, to warto podkreślić, że był to pierwszy koncert w tym cyklu płytowym, który zawierał utwory ze wszystkich albumów studyjnych z oryginalną muzyką (pod warunkiem, że uznamy Load i Reload za jeden album). Wiadomo, że najwięcej kawałków było z Czarnego Albumu i z albumu obecnie promowanego. Wiadomo też, że nie mogło zabraknąć czegoś z pierwszych czterech, klasycznych albumów. Ale był też Reload (Memory), Death Magnetic (Day) i St. Anger (Frantic) – prawdziwie przekrojowa setlista!

metallica-praga-2019

To był prawdziwie niezapomniany wieczór, podobnie jak pozostałe 23, w których uczestniczyłem na przestrzeni lat. Niniejszym kończy się dla mnie przygoda z WorldWired Tour, no chyba, że chłopcy zrobią trzecią wizytę w Europie w 2020 roku, ale nawet jeśli, to już będą nie-worldwiredowe koncerty festiwalowe, albo w ogóle zrobią sobie przerwę i trzeba będzie poczekać do 2021. No cóż, oby minęło szybko. Na otarcie łez mam wspaniałe wspomnienia ze wszystkich 6 koncertów, które zaliczyłem w ramach tej trasy. Każdy z nich był wyjątkowy z innego powodu i zawierał inne rarytasy w setliście. Trzymam za słowo Larsa, bo zakładam, że póki żegna się on słowami „We will see you very soon”, to znaczy, że wie co mówi.

Podobne Posty