Na wstępie tego naprawdę długiego tekstu należy się Wam pewne wyjaśnienie. Widziałem Metallikę na żywo już niemal 20 razy, ale jeszcze nigdy nie na więcej niż dwóch koncertach w ramach jednego cyklu. Po ogłoszeniu dwóch koncertów w Londynie i jednym w Birmingham nadarzyła się znakomita okazja, żeby złamać starą tradycję i zaliczyć trzy koncerty. Prawie dzień po dniu.

Ten tekst to trzy dni, noce i wieczory z życia fana Metalliki. W jednym miejscu wszystko to, co w naszych relacjach lubicie najbardziej – opisy koncertów, zdjęcia, materiały video, wrażenia, emocje, śmieszne anegdotki. Pot, krew i łzy… bez krwi.

Gdy wchodziliśmy do środka londyńskiej hali O2, wokół sceny ustawiło się już znacznie więcej ludzi, niż stało przed nami w kolejce – byli to fani, którzy wykupili Enhanced Experience. Barierka wokół całej sceny była już więc zajęta, ale nadal bez problemu mogliśmy ustawić się w drugim rzędzie. Zgodnie ze wcześniejszym planem, ustawiliśmy się wzdłuż brzegu, przy którym jest zaplecze Larsa i przy którym znajduje się korytarz wyjściowy. Na pozostałych dwóch koncertach stanęliśmy po drugiej stronie sceny, przy zapleczu Jamesa.

Obserwowanie koncertu z drugiej strony sceny było doskonałym posunięciem. Teoretycznie perkusja obraca się co kilka kawałków o 90 stopni, a gitarzyści swobodnie przemieszczają się po niej, robiąc użytek ze wszystkich ośmiu mikrofonów. Mimo to James zdecydowanie więcej czasu spędzał w pobliżu swojego zaplecza, co dało nam znacznie więcej okazji do interakcji z nim.

Dość powiedzieć, że już w trakcie pierwszych trzech piosenek złapałem kontakt wzrokowy zarówno z nim, jak i Kirkiem i Robem. Do tego perkusja odwrócona była cały czas o 180 stopni względem pierwszego gigu, co dało zupełnie „świeże spojrzenie” na te piosenki, które zmianie nie ulegają.

Pierwsze co się rzuciło w oczy, to że scena jest rzeczywiście bardzo niska i ma małą powierzchnię. To zdecydowanie najmniejsza halowa scena, jaką miała Metallika. Ma jedną dużą zaletę – nawet, jeśli muzycy znajdują się po przeciwnej jej stronie, nadal są bardzo blisko. Nawet scena użyta w trakcie trasy halowej promującej płytę Death Magnetic była dużo większa.

Raptem pół godziny po ustawieniu się pod sceną, zaczął grać support, czyli norweski Kvelertak. Ich występ pozostawił mnie kompletnie obojętnym. Najważniejsze, że nie był aż tak męczący, jak inne „genialne” supporty we wcześniejszych latach, jak np. Slipknot, ale ciężko traktować poważnie zespół, którego wokalista chodzi po scenie mając na głowie wielkiego wypchanego jastrzębia ze świecącymi oczami.

Na szczęście support minął dosyć szybko i pozostała niecała godzina oczekiwania. Czas ten umilało dostrzeganie członków ekipy Metalliki – technicznych Jamesa i Kirka, Mike’a Gilliesa czy Rosa Halfina. Wreszcie rozbrzmiało oczekiwane It’s a Long Way to the Top. Oczywiście publiczność składająca się w większej części z fanów, którzy nie pierwszy raz byli na koncercie Metalliki, zareagowała bardzo entuzjastycznie. Wiedzieli, że wyczekiwany moment jest już bardzo blisko! A po tradycyjnym utworze AC/DC zgasły światła w hali i rozbrzmiało Ecstasy of Gold.

Emocje towarzyszące temu momentowi zawsze są jednakowo silne, nikt tak umiejętnie nie buduje hype’u na sekundy przed koncertem jak Metallica.

W trakcie Ecstasy muzycy już pojawili się na płycie hali i w towarzystwie obstawy podeszli pod scenę, co mimo ciemności zostało oczywiście dostrzeżone przez fanów i wywołało entuzjastyczną reakcję. Po Ecstasy rozbrzmiało intro do Hardwired, od którego zaczyna się każdy koncert na trasie promującej ostatnią płytę. W trakcie końcowych sekund intra na scenie pojawili się James, Kirk, Rob i Lars pokazujący palcem na sufit i po chwili zaczęła się jazda bez trzymanki. Hardwired to 3 minuty klasycznego thrashu, który sprawdza się znakomicie w roli utworu otwierającego koncert.

Zaraz po nim, bez żadnych przerw, podobnie jak na albumie – Atlas, Rise! Ogólnie rzecz biorąc mój faworyt na płycie. Na żywo sprawdza się znakomicie, a epickie refreny, zwłaszcza frazy zawierające tytuł piosenki, wyśpiewane były przez chyba każde gardło na hali. Momenty te podkreślone były wspaniałą grą świateł.

Po Atlasie chwila przerwy, krótkie przywitanie z entuzjastyczną londyńską publicznością i zapowiedź ze strony Papy Heta, że dziś grać będą nowe kawałki, ale też stare. Nabicie Larsa i zaczyna się Seek and Destroy, którym chłopaki od 2004 prawie zawsze zamykali koncerty. Wielu fanom Seek zdążył się przejeść jako zamykacz, ale trzeba przyznać, że przeniesienie tej piosenki niemal na sam początek koncertu sprawia, że przeżywa on drugą młodość.

Tymczasem dochodzimy do punktu w secie, w którym odbywa się rotacja. Co prawda jak na razie jeszcze nie aż tak wymyślna, jak na trasie promującej DM, ale narzekać nie można – najczęściej pojawiają się w tym slocie Through the Never i Leper Messiah. Oba te kawałki usłyszeliśmy odpowiednio na pierwszym i drugim koncercie w Londynie.

W Birmingham w tym momencie z zamarciem obserwowałem scenę, patrząc to na Larsa, to na Jamesa i próbując odgadnąć, kto i jaką piosenkę rozpocznie. Lars wskazał na Jamesa, który rozpoczął prostą zagrywką, która zabrzmiała trochę jak ta, którą otwierają Never, ale to nie było to… Po chwili Lars nabił i usłyszałem upbeatowy rytm i mało czytelny riff, którego nadal przez kilka sekund nie mogłem rozszyfrować. I nagle dotarło do mnie, że toż to The Shortest Straw! Prawdziwy rarytas, nie grany na żywo od 2013 roku.

Warto dodać, że zmieniło się także ustawienie 52 sześcianów z ekranami, które wiszą nad sceną. Same sześciany , będące efektownym elementem dekoracji, okazują się być znacznie większe na żywo, niż zdawały się być na zdjęciach. Do tego, kiedy się stoi bezpośrednio pod sceną, część z nich wisi dokładnie nad głową, więc człowiek ma wrażenie, że gdyby coś poszło nie tak, to zginąłby w glorii i chwale, na koncercie najlepszego zespołu na planecie!

Następny był slot balladowy. I na pierwszym gigu w Londynie, i na koncercie w Birmingham, przypadło nam w udziale wysłuchanie Sanitarium. Na drugim koncercie w Londynie trafił nam się Fade. Oba utwory doczekały się nowego intra z taśmy, które pozwala muzykom nieco odpocząć. Na szczęście nie jest to intro z właściwej piosenki, tylko zupełnie nowa rzecz, coś w rodzaju remiksu wybranych partii z albumu, za który, o ile się nie mylę, odpowiada Greg Fidelman.

Następny był drugi segment z nowymi piosenkami. Na pierwszy ogień Now That We’re Dead, które świetnie sprawdza się na żywo jako groover w średnim tempie. Chwytliwe refreny śpiewa się z Jamesem z niebywałą satysfakcją. W trakcie piosenki spod sceny wyłaniają się kolejne cztery sześciany, które tym razem są nie tylko ekranami, ale także wielkimi bębnami, na których w środkowej partii chłopaki troszeczkę się wygłupiają.

Najpierw James i Kirk zaczynają wygrywać prosty rytm, przełamując standardowy podział rytmiczny piosenki. Po chwili milknie bas i dołącza do nich Rob, a na sam koniec także Lars odchodzi od perkusji i wszyscy czterej walą w bębny zwróceni twarzami do siebie. Następnie Kirk i Lars przechodzą do następnej partii, jaką są uzupełniające akcenty, a James zaczyna swoje solo na werbelku. Uroczy moment, który być może nie robi takiego wrażenia, gdy ogląda się go na YouTube, ale na żywo spełnia swoje przeznaczenie. To przerwa od intensywnego grania, a także chwila, w której chłopaki zwyczajnie mają trochę głupawej zabawy na scenie.

Druga piosenka HTSD w tym segmencie się rotuje. Zarówno pierwszej nocy w Londynie, jak i w Birmingham, padło na Dream No More – które na żywo po prostu masakruje. Walec ten z powodzeniem mógłby zastąpić Sad But True, ale oczywiście uparty Lars za nic w świecie nie pozbędzie się go z setlisty. Cieszy jednak, że Dream tak świetnie sprawdza się na żywo. Podczas tego utworu na scenie pojawiły się także spore ilości dymu, którego nie zauważyłem na żadnej innej piosence, podkreślając mroczny charakter kawałka.

Na drugim koncercie w O2 przypadło nam zaś Confusion. Mimo że nie słyszałem tego kawałka jeszcze na żywo, poczułem lekkie rozczarowanie. Byłem bowiem przekonany, że jeśli mają jakąś wyjątkową niespodziankę przygotowaną dla Londynu, w postaci premiery koncertowej kawałka z nowej płyty, to odbędzie się to właśnie w tym slocie. No cóż, pozostało cieszyć się kolejną nowością, mimo że moim zdaniem Confusion sprawdza się na żywo średnio.

Nadeszła pora, by rozruszać nieco publikę kolejnym śmiesznym momentem, a zarazem dać chwilę odpoczynku pozostałym członkom.

Na scenie został sam Rob i jego urocze „hey hey” oparte na granym powoli riffie z Bellz. Po chwili Lars nabił i był to kolejny po Seek moment świetnie wpasowanego w set klasycznego kawałka, który natychmiast rozbudza publikę. W trakcie Bellz sześciany nad sceną dynamicznie zmieniają swoje położenie, co dodaje mu siły. Oczywiście nie zabrakło starych dobrych wygłupów w postaci Roba i Kirka podbiegających do siebie jak psy do jeży.

Po Bellz chwila odpoczynku dla wszystkich z wyjątkiem Jamesa, który samotnie rozpoczyna swoim gitarowo-wokalnym intrem Halo on Fire. Atmosferyczne intro przeradza się w jedną z najlepszych koncertowych piosenek z HTSD. Kawałek ten ma delikatne, balladowe zwrotki i mnóstwo bardzo różnych partii instrumentalnych i wokalnych, a kończy się wielką eksplozją riffów i świetną solówką. Cieszy, że Halo znalazło sobie stałe miejsce w secie, bo na nie zasługuje.

W Londynie pod koniec Halo miała miejsce bardzo humorystyczna scenka: James podszedł do perkusji i trakcie końcowych akcentów zabrał Larsowi jedną pałeczkę, zmuszając go do chwilowego uderzania tylko lewą ręką. Po chwili mu ją oddał, ale to nie był koniec złośliwości: przez chwilę tłumił mu bowiem talerze, w które uderzał. Wszystko z pełnym uśmiechem i wzajemną miłością. Miło po tylu latach i przejściach widzieć tych dwóch wciąż czasem zachowujących się, jak dzieciaki w piaskownicy zabierające sobie grabki.

Po Halo na scenie zostali Rob i Kirk, by zagrać wspólne doodle. To nowa dla nich rzecz na tej trasie, a najlepsze jest to, że na niemal każdym gigu przygotowują coś nowego, nawiązując do lokalnej tradycji muzycznej. Na pierwszym koncercie w Londynie zacytowali obszerne fragmenty dwóch klasycznych piosenek: London Calling od The Clash i Immigrant Song od Led Zeppelin. Bardzo miła niespodzianka, aż chciałoby się, by James i Lars do nich dołączyli i wykonali wspólnie jakiś mały medley.

Na drugim koncercie w Londynie usłyszeliśmy cytaty z Phantom of the Opera i Ace of Spades, które publiczność natychmiast podchwyciła i zaśpiewała obszerny fragment tekstu. W tym czasie wydarzyło się jednak coś znacznie ważniejszego. James podszedł do nas i udało mi się przybić z nim piątkę.

Najbardziej pamiętny moment gigu w Birmingham wydarzył się właśnie w trakcie doodle. Zagranie przez nich piosenki Black Sabbath było w zasadzie oczywistością, ale już wybranie War Pigs było bardzo miłą niespodzianką! Oczywiście dobrze zaznajomieni z treścią fani z Birmingham zaśpiewali bezbłędnie całą pierwszą zwrotkę. W tym momencie James zszedł do swojego zaplecza, łapiąc pełną wczutę na to, co się działo w hali. Podszedł on do nas i razem z nami w pierwszych rzędach, śpiewał kluczowe momenty zwrotki, łącznie z najgłośniejszym „Oh Lord, yeah!”

Następnie Kirk opuścił Roba, by ten w pojedynkę mógł oddać hołd Cliffowi i wykonać połowę jego sola z Anasthesia.

Po doodle’ach przyszła pora na slot coverowy i chyba miałem nieco za duże oczekiwania, patrząc na brytyjskie setlisty z 2009 roku. Chłopaki najwyraźniej nie mają jeszcze ochoty kopać aż tak głęboko. Na pierwszy wieczór w Londynie wybrali Die, Die My Darling i powinienem być zadowolony, bo usłyszałem ten kawałek na żywo dopiero po raz pierwszy. Ale liczę na to, że jeszcze się coverowo rozkręcą na tej trasie. Na drugim koncercie w Londynie zagrali Last Caress, czyli najkrótszy możliwy kawałek, a w Birmingham… Am I Evil?.

Po coverze kolejny slot w rotacji, czyli piosenka w której pojawia się na scenie po raz pierwszy ogień. W pierwszym Londynie i Birmingham padło na Fuela, który wyraźnie cały czas jara Jamesa. Miło było więc patrzeć, jak z naszego brzegu sceny angażował się w jego wykonanie, a na koniec zapodał potężnym growlem „buuurn, London, BUUUURN”. W drugim Londynie padło na Creeping Death. Oczywiście partię „die, die” londyńska publiczność wykrzyczała w sposób perfekcyjny bez żadnego ponaglania.

Już szykowałem się już na standardową porcję hitów, bo to normalnie dzieje się już w tym punkcie setlisty, ale zupełnie zapomniałem, że przecież najpierw jeszcze Moth Into Flame! I słynne już drony, które tworzą świetny efekt, latając nad sceną przez całą piosenkę. Oczywiście byłem na to przygotowany, a do tego z bliska widać, jak startują one z powierzchni sceny, ale ktoś, kto widzi to po raz pierwszy z daleka, na pewno musi się zastanawiać, jak osiągnięto ten efekt. Warto także nadmienić, że James chyba po raz pierwszy wyraźnie podkreślił, że inspiracją do napisania tekstu tej piosenki była osoba Amy Winehouse.

Przyszedł czas na dłuższe pogawędki z publiką. Jakąś taką tradycją stało się, że przed Sad But True James wyszukuje wśród publiczności młodą osobę, nawiązuje z nią mały dialog, wypytując o wiek, imię i z kim ów ktoś jest na koncercie. Dedykuje mu piosenkę, nie zapominając także, by upewnić się, że reszta publiczności także „wants heavy”. Na koniec Sada zaś James wyżywa się na swojej gitarze.

Potem hitów ciąg dalszy. One i Master nie robią już takiego wrażenia jak na pierwszych koncertach, ale wiadomo że są to piosenki bez których żaden regularny gig Metalliki odbyć się nie może. Niezależnie od tego, czy to koncert festiwalowy, czy halowy.

W Birmingham One był dosyć ekscytujący, gdyż w trakcie utworu nagle padło zasilanie nagłośnienia!

W jednej chwili cała muzyka ucichła i pozostał tylko akustyczny dźwięk perkusji dobiegający ze sceny i publiczność, która zaśpiewała słowa piosenki acapella do samego końca! Kolejny genialny moment, który przydarza się niezmiernie rzadko i fantastycznie było go doświadczyć. James początkowo starał się podejść do zaistniałej sytuacji z humorem, ale po chwili widać było, jak zaczyna się irytować. W międzyczasie Lars i Rob starali się zabawiać publikę żonglerką.

Po kilku minutach dał się usłyszeć przedmuch głośników i dźwięk wrócił do normy. Lars rzucił złośliwy komentarz w stronę Big Micka, po czym zaczęli grać… Nie, nie One, to by było zbyt oczywiste, James powiedział że muszą zacząć od początku i zaczęli grać Hardwired! Genialny przykład na ich niezdarte poczucie humoru. Oczywiście po kilku taktach Hardwired wrócili do One, które zaczęli grać od początku partii, którą musieli przerwać. W kilka sekund całe show odbywało się znów prawidłowo, łącznie z efektami oświetleniowymi.

Master zamyka obecnie główny set, wydłużony jest o kilka pętli riffu na sam koniec, podczas których James żegna się z publiką i zachęca po raz „ostatni” do wspólnego skandowania.

To jednak oczywiście nie koniec. Po kilku minutach ciemności i odpoczynku, segment bisowy otwiera slot z kawałkiem thrashowym, poprzedzony stosownym intrem z taśmy. Na pierwszym koncercie trafił się Damage Inc., co było całkiem miłą niespodzianką. Na drugim już nie spodziewałem się żadnych niespodzianek, czyli albo Battery, albo Blackened, albo Fight. No, może ewentualnie jakiś Whiplash.

Tymczasem z głośników rozbrzmiało intro, którego z początku nie mogłem rozpoznać. Narastający akord gitarowy i rytmiczna stopa. W pierwszej chwili pomyślałem, że to musi być nowe intro do jakiejś starej piosenki, w końcu robią to ostatnio z balladami, to dlaczego nie na przykład z takim Whiplashem? Ale moje wątpliwości rozwiała charakterystyczna partia werbla. Toż to Spit Out the Bone! Oto mieliśmy doświadczyć światowej koncertowej premiery najbardziej oczekiwanego przez fanów kawałka z ostatniego albumu. I nagle cała setlista i wcześniejszy brak niespodzianek zostały odkupione!

Nie jest to prosty kawałek, więc podczas całego wykonania miałem uczucie jakbym był pasażerem pędzącego na złamanie karku pociągu, który w każdej chwili może się wykoleić. Było blisko, gdy Kirk jak to Kirk rozjechał się z solówką, a Lars spóźnił nieco odwrócenie podziału w tuż przed ostatnim refrenem. Mimo to pociąg nie wykoleił się, a cały zespół wszedł z powrotem na odpowiedni akcent zaraz po ostatniej frazie solówki.

Podobnie jak na letnich tuning roomach, wokalami w zwrotkach James dzieli się po równo z Robem. Nie do końca rozumiem, dlaczego, bo jest między wersami odpowiednia ilość czasu na złapanie oddechu, ale jest to ciekawy powiew świeżości. Miło widzieć Roba bardziej zaangażowanego nie tylko w proces twórczy, ale i w wykonania sceniczne nowych piosenek.

Dwie ostatnie piosenki to już niestety bez żadnych niespodzianek na tej trasie Nothing i Sandman. Trochę człowiek tęskni za czasami, gdy cały segment bisowy był jedną wielką niewiadomą. Warto wspomnieć, że NEM nie kończy się obecnie po solo, za to bardziej jak na albumie. Najpierw James śpiewa jeszcze raz bardzo delikatnie pierwszą zwrotkę, by wraz z Kirkiem przejść w przyjemne instrumentalne outro, podkreślane głębokim basem przez Roba. Sandman, jak to Sandman, wyróżnia się tym, że pojawiają się podczas niego całkiem imponujące jak na halę fajerwerki.

To jednak nadal nie kończy wspólnego spędzania czasu, bowiem Metallica niezmiennie w swoim stylu jeszcze przez kilka minut żegna się z fanami, wymieniając gesty, rzucając kostki i pałeczki, czy – w przypadku Larsa – plując na nich płynem z kubeczka. Na sam koniec charakterystyczne pożegnania do mikrofonu każdego członka, „ukłon” bez ukłonu i zejście ze sceny.

Przez te 3 noce Metallica zagrała łącznie 26 różnych piosenek, z czego 10 po raz pierwszy usłyszałem na żywo.

Na usta samo ciśnie się pytanie, który z tych trzech koncertów był najlepszy? Nie da się jednoznacznie odpowiedzieć na takie pytanie. Każdy był świetny i wyjątkowy z innych powodów. Londyn #1 był pierwszy, więc wszystko było nowe i świeże. Londyn #2 miał największą rotację, premierę Spit i piątkę z Jamesem. Birmingham to były najlepsze pozycje pod sceną, najlepszy dźwięk, Straw, War Pigs, problemy techniczne i spotkania z członkami ekipy.

Duże wrażenie zrobiła na mnie produkcja. Pomysł z sześcianami będącymi jednocześnie ekranami podwieszonymi nad sceną jest znakomity – prosty i efektywny. Pozwala nie tylko wyświetlać na nich różne rzeczy, ale także układać je w różne przestrzenne kształty i dynamicznie poruszać nimi podczas wybranych piosenek. Całość wygląda jak ekspozycja ekscentrycznego artysty w Tate Modern. Co najważniejsze jednak, nie odciąga uwagi, od tego co najistotniejsze: artystów na scenie i granej przez nich muzyki.

Wspaniale było znów zobaczyć ich z bliska po raz pierwszy od 2009 roku. Tylko że wówczas musiałem walczyć z nieco zbyt nadgorliwymi Niemcami i silnym bólem kręgosłupa, który ostatecznie zmusił mnie do wycofania się na tyły w drugiej połowie gigu. Czerpanie radości i uczestniczenie z koncertu jest znacznie utrudnione kiedy większość siły i uwagi poświęca się na walkę o przeżycie, a nie na to co się dzieje na scenie.

Pod tym względem wszystkie trzy koncerty w Anglii były naprawdę świetne. Wprawdzie gdy zaczęło się pasmo hitów, za nami rozkręcił się mały młyn i latali nam nad głowami ludzie, ale było to nic w porównaniu ze wspomnianym gigiem w Lipsku. Fajnie po raz kolejny przekonać się, że mimo upływającego czasu nie tylko Metallica nadal daje radę na scenie, ale także my nadal dajemy radę pod nią.

No właśnie. Metallica nadal daje radę, ale z drugiej strony obserwowanie ich z tej odległości także w przerwach między piosenkami dało nam jasno do zrozumienia, że członkowie zespołu młodość mają już dawno za sobą. Zwłaszcza dało się to zauważyć po Larsie, który zdawał się chować do swojego namiociku po to, by podłączono mu kroplówkę, a gdy wychodził, jego plecy do ostatniej chwili masowane były przez żonę i asystentkę. Zdawało się wtedy, że w każdej chwili może zasłabnąć, ale potem wchodził na scenę, pstrykał palcami, robił groźną minę do publiczności i nadal dawał z siebie wszystko w trakcie piosenek.

Jednak moment ten nie będzie trwał wiecznie i ciężko oszacować, ile jeszcze lat Metallica będzie w stanie tak intensywnie koncertować. Dlatego cieszę się podwójnie, że udało się zaliczyć tyle koncertów w ramach tego legu, bo trzeba się cieszyć obecną chwilą, jak tylko można. Z wielką ekscytacją wyczekuję kolejnych dwóch koncertów w ramach Worldwired Tour w 2018 roku – w Pradze i w Oslo.


Trzy długie teksty opisujące niemalże minuta po minucie każdy z koncertów. Znajdziecie je na mojej stronie – Kot On Tour:

Podobne Posty