Tym razem, podsumowanie roku 2019 w branży gier będzie nieco inne, niż zawsze. Ten rok był dla mnie bardzo specyficzny, przez co granie zeszło na dalszy plan. Dodatkowo, ekspansja Game Passa sprawiła, że właściwie przestałem kupować gry. Ogrywam to, co aktualnie jest w usłudze z mojego backlogu. Właśnie dlatego, tym razem podsumowanie składa się z trzech sekcji. Zacznę od gier, w które zdołałem zagrać. Wspomnę o grach, w które zamierzam zagrać i dodatkowo o tych, w które zagrałem i miałem co do nich duże oczekiwania, ale mnie rozczarowały.

Gears 5

Lubię serię Gears of War, chociaż nie nazwałbym się nigdy jej fanatykiem. Ot, to jedna z lepszych serii, zwłaszcza w dwuosobowym coopie z kolegą. Czwarta część była w porządku – momentami fantastyczna, momentami taka sobie. To zdecydowanie za mało, by trafić na taką listę. „Piątka” także była nierówna, ale te dobre momenty były na tyle dobre, że zdecydowałem się umieścić Gears 5 na szczycie listy. Xbox doczekał się pierwszego od czasu Forza Horizon 4 tytułu „ekskluzywnego” na miarę konkurencji. Akt pierwszy i czwarty kampanii w Gears 5 to absolutnie pierwsza liga wysokobudżetowej, trzecioosobowej gry akcji obecnej generacji. Tak się łączy „tradycję” z nowoczesnością. Co prawda zapędy do zawarcia mini otwartych światów w aktach 2 i 3 nieco zaburzyły balans, ale i tak było nieźle. Mieć Xboksa i nie zaliczyć Gears 5 to po prostu grzech wagi ciężkiej.

DiRT Rally 2.0

To, że jestem maniakiem samochodówek, wie każdy, kto choćby sporadycznie czyta teksty o grach na Medleyland. Forza zrobiła sobie wolne, NfS nadal szuka swojego miejsca w świecie i zostają już tylko Codemasters. Samochodówek było rzecz jasna znacznie więcej, ale większość to średniobudżetowe tytuły, na które naprawdę szkoda czasu (z jednym wyjątkiem, o czym poniżej). Codemasters dostarczyli w tym roku nie tylko nowego DiRT-a, ale także zwyczajowo F1 i pierwszego od wielu lat GRID-a. Ten ostatni był przyjemny – tylko tyle i aż tyle. F1 to nie moja broszka, ale DiRT – już jak najbardziej. Nadal nie mogę pojąć, co tak wielu ludzi widzi w serii WRC. DiRT Rally 2.0 może jest momentami trochę dziwny (dyskusyjne zmiany w fizyce jazdy i kierunku artystycznym pod względem oświetlenia), ale nadal cholernie satysfakcjonujący. To nadal bodaj jedyna gra, która sprawia, że bolą mnie kciuki. Wymaga małpiej precyzji i zręczności i nie musi zasypywać mnie osiągnięciami, abym czuł, że nie zmarnowałem czasu przy konsoli. A to uczucie, które towarzyszy mi już niestety coraz rzadziej.

Life Is Strange 2

To tak trochę na siłę. Nawet zastanawiałem się, czy nie umieścić Life Is Strange 2 po stronie rozczarowań. Ale to nie jest ani trochę zła gra. Po prostu poprzednie części (zarówno „jedynka”, jak i prolog w postaci genialnego Before the Storm) były tak świetne, że druga część, opowiadająca o zupełnie nowych bohaterach, zwyczajnie nie miała szans spełnić wysokich oczekiwań miłośników przygód Max, Chloe i Rachel. Chemia między dziewczynami była wręcz namacalna, o czym rozpisywałem się swojego czasu dosyć obszernie, natomiast relacja między dwójką braci siłą rzeczy nie jest tak elektryzująca, bo to temat znacznie bardziej banalny. Nie zmienia to faktu, że Life Is Strange 2 potrafi wstrząsnąć, wzruszyć i zaintrygować, ale robi to na zupełnie innym poziomie, niż poprzedniczki. Mimo wszystko każdy, kto lubi tego typu rozgrywkę, skupiającą się na filmowej narracji i dialogach, nie powinien Life Is Strange 2 odpuścić.


A teraz kilka słów o tym, w co chciałem (i nadal chcę) zagrać, ale zabrakło czasu i/lub życia. W kolejności – mniej więcej chronologicznej.

Zaczynamy od Mortal Kombat 11. Jestem niemal pozbawiony wątpliwości, że gdybym nowego Mortala solidnie ograł, to znalazłby się on w sekcji nr 1. Ale nie chcę ściemniać, że grałem, skoro nie grałem. No, grałem kilkanaście minut w wersję próbną, ale to trochę za mało. Ale to, co widziałem, podobało mi się i czekam, aż nowy MK11 zawita do Game Passa (hehe). Nie wypada też nie zaliczyć wznowienia Resident Evil 2. To nie remaster, to remake z prawdziwego zdarzenia. Połączenie pamiętnego klimatu „dwójki” ze sposobem rozgrywki znanym od części czwartej wzwyż. Grałem w demo i było dobrze – chcę więcej.

Lubię samochody, ale lubię też samoloty. A tych na konsolach nadal jak na lekarstwo. W tym roku wróciła kultowa seria, czyli Ace Combat 7: Skies Unknown. I co tu dużo mówić, wyglądało to dobrze. Podobnie jak druga część przygód sympatycznego gałganka, czyli Unravel Two – urocza platformówka, tym razem także w coopie. Remedy dało światu podobno bardzo udane Control – intryguje mnie ten tytuł, chociaż nadal tęsknię za seriami Max Payne i Alan Wake. To drugie, zwłaszcza po obejrzeniu Twin Peaks. Wyszło też nowe Call of Duty: Modern Warfare, które jest powrotem do formy po wielu latach (ostatnią odsłoną CoD, w którą chciało mi się grać, było chyba pierwsze Black Ops).

A na koniec – wspomniana samochodówka. Bugbear, czyli twórcy pierwszych odsłon genialnej serii FlatOut, wrócili z duchowym spadkobiercą (choć mocno zachowawczym) w postaci Wreckfest. To z pewnością przyjemna gra, z którą spędzę kiedyś kilka miłych chwil, ale wątpię, by zasługiwała na miano jednej z gier roku.

A teraz to, co Polacy lubią najbardziej – narzekanie.

Największy hype miałem na Afterparty. O Oxenfree wspominam w co drugim tekście, zresztą całkiem niedawno przeszedłem tę grę po raz czwarty, żeby zdobyć ostatnie osiągnięcie (przejdź całą grę nie odzywając się do nikogo – oj, gdyby tak dało się w życiu, to bym je wycalakował). Po Afterparty spodziewałem się wiele, ale Night School Studios się pogubili. Dialogi nadal są mocne, ale też przesadzone – mnogość obcych nie-amerykańskiemu odbiorcy nawiązań kulturowych, niepotrzebnie wulgarny język, głupawa fabuła o imprezowaniu i mówieniu durnot pod wpływem alkoholu, karygodny brak jakiejkolwiek optymalizacji, wreszcie okropna nuda. Dość powiedzieć, że Oxenfree przeszedłem z wypiekami na twarzy podczas dwóch nocnych posiedzeń, a Afterparty nie mogę przejść od października, chociaż to gra na kilka godzin. To mówi samo za siebie.

Średnim rozczarowaniem było Need for Speed: Heat. Średnim, bo ja już w sumie przestałem czegokolwiek oczekiwać od niegdyś mojej ulubionej serii. I chociaż jest lepiej, niż po Payback, to nadal jest gorzej, niż choćby w Rivals. Czy naprawdę tak trudno zrobić dobrą pseudo-realistyczną ścigałkę w dobie Forza Horizon? A zupełnie na koniec – Wolfenstein: Youngblood. Rozczarowanie silne, bo recenzje wystarczyły, by trzymać się od gry z daleka. Wolfenstein na tej generacji zaczynał genialnie – The New Order to do dziś jedna z moich ulubionych strzelanek. Nawet The Old Blood dawał radę. The New Colossus – tu już twórcy zaczęli gubić drogę, ale nadal było nieźle. Youngblood, skupiony na coopie, miał być ucieleśnieniem marzenia o połączeniu genialnej rozwałki ze wspólną zabawą z kolegą. Nic z tych rzeczy. Porównania do znienawidzonego The Division skutecznie mnie zniechęciły. Tylko Game Pass może mnie przekonać, aby dać Youngblood szansę.

PS4 nie mam, na PeCecie gram już tylko w pracy. W związku z tym, rok 2019 był dla mnie w gruncie rzeczy nieco rozczarowujący. Na szczęście, perspektywy na 2020 są znacznie lepsze, ale o tym w kolejnym tekście.

Podobne Posty