Jaki jest najlepszy dzień na wydanie nowego singla? Oczywiście piątek 13-go! Muzyczne szorty #39 to opowieść o nowym singlu zespołu Green Day, który powraca i podsyca apetyty na ciekawe płyty. Nowej piosence Niny Nesbitt, która pojawia się na blogu po raz pierwszy, choć nie jest mi obca. Kolejnej propozycji od Halsey, mojego muzycznego odkrycia 2015 roku, które zmierza w zaskakującym kierunku. Na zakończenie trzy aniołki, czyli Ariana Grande, Miley Cyrus i Lana Del Rey, które miały uratować dzisiejszy dzień premier. Czy tak się stało?

Jesień powoli puka do drzwi, więc istnieje spore prawdopodobieństwo, że niebawem Muzyczne szorty zastąpią Szortexty. W najbliższych tygodniach ukazuje się kilka płyt, na które czekam (Liam Gallagher, Tegan and Sara), a dziś ukazał się nowy album Charli XCX, więc czas skupiać się na całych płytach, a nie tylko pojedynczych piosenkach. Zanim jednak recenzje, czas spojrzeć na najnowsze propozycje od muzyków wspomnianych we wstępie.

Green Day – Father of All…

Od czego zacząć? Czy od tego, że po czterech latach Green Day powraca z nowym albumem? Od tego, że najprawdopodobniej wydaje Father of All Motherfuckers, żeby nie do końca kulturalnie pożegnać się z Warner Records? A może od tego, że ogłoszenie nowej płyty zbiegło się w czasie z ogłoszeniem trasy koncertowej HellaMega Tour z Fall Out Boy i Weezer? Bardzo dużo zamieszania wprowadził Green Day zapowiadając ten album, jeszcze więcej narobił singiel Father Of All…, który nie sposób traktować poważnie. Tak naprawdę można byłoby się pokusić o naprawdę długi tekst, oparty na teoriach i domysłach, który jedynie potwierdzałby, że nowa płyta to wstęp do kolejnej, która też ukaże się w 2020 roku. Potencjalnie jeszcze przed startem trasy.

Muzyczne szorty w teorii mają dotyczyć nowych singli, więc słów kilka o Father Of All… się należy. Utwór trwa niespełna trzy minuty, jest szybki, agresywny i pokazuje, że na stare lata Billie Joe postanowił zaszaleć z wokalem. Piosenka nie zachwyca i w zasadzie nie podnosi ciśnienia na myśl o nowej płycie, chyba że… No właśnie, chyba że przyjmie się, że to piosenka nagrana dla żartu, dla zabawy i podobnie jak okładka Father of All Motherfuckers i promocja albumu jest przyjętą przez zespół postawą, grą.

Przesłanek potwierdzających teorię, że Father of All Motherfuckers to płyta na pożegnanie z Warner Records jest aż nadto. Od tej najprostszej, że album trwa 26 minut i składa się z 10 kompozycji, co oznacza, że lekko przekracza próg, od którego wydawnictwo można nazwać płytą długogrającą a nie EP-ką. Po taką, że w sieci w dziwnych okolicznościach pojawiają się materiały ze studia nagraniowego i okładka kolejnego albumu. Naprawdę można wiele napisać na ten temat. Ile okaże się prawdą? Patrząc na zaangażowanie zespołu w promowanie Father of All Motherfuckers, ich zmęczone twarze i niezbyt składne wypowiedzi na temat płyty, chyba wiele.

Premiera Father of All Motherfuckers odbędzie się 7 lutego 2020 roku. Miesiąc później zespół zaczyna trasę koncertową. W maju zjawi się w Europie, gdzie część koncertów będzie się odbywało w ramach HellaMega Tour, a część niezależnie od tej trasy. Koncertu w Polsce nie zapowiedziano, ale zapowiedziano, że pojawi się więcej dat. Pełna lista koncertów jest do przejrzenia tu.

Nina Nesbitt – Black & Blue

O Ninie Nesbitt nigdy tutaj nie pisałam, ale prawda jest taka, że to moje odkrycie ostatnich miesięcy. Jej album The Sun Will Come Up, the Seasons Will Change zdominował mój maj i sierpień, ale słucham go tak naprawdę w każdym miesiącu. Nina właśnie zapowiedziała reedycję płyty, The Sun Will Come Up, The Seasons Will Change & The Flowers Will Fall, która ukaże się 15 listopada. Album zapowiada piosenka Black & Blue.

Na The Sun Will Come Up, the Seasons Will Change są zdecydowanie lepsze piosenki, ale Black & Blue to dobry utwór, żeby poznać Ninę. Jej wrażliwość, sposób komponowania i charakterystyczne dla niej melodie. Mam świadomość, że nie jest to kawałek, dzięki któremu Nina zgarnie tysiące nowych fanów. To raczej gratka dla osób, które już ją lubią. Mimo wszystko – warto posłuchać! I poznać Ninę.

Halsey – Graveyard

Droga Halsey, dokąd zmierzasz i co chcesz osiągnąć? Swój solowy numer jeden na amerykańskich listach popularności osiągnęłaś. W maju wydałaś singiel Nightmare, pokazujący Cię z nowej, silniejszej strony, którą chciałaś pokazać już na drugiej studyjnej płycie. W teledysku zapowiedziałaś, tajemniczo, że album Manic ukaże się w październiku 2019. Teraz wydajesz singiel Graveyard, wyrzucasz Nightmare z tracklisty, informujesz, że Manic ukaże się w styczniu 2020 roku. Nie mam nic przeciwko, ale Graveyard, poza przejmującym, prawdziwym tekstem i przyjemną dla ucha partią gitary akustycznej, niczym się nie wyróżnia. Szkoda!

Ariana Grande, Miley Cyrus, Lana Del Rey – Don’t Call Me Angel

Największe rozczarowanie dzisiejszych Muzycznych szortów? Zdecydowanie tak! Zdążyłam się już zorientować, że nie tylko ja liczyłam na ciekawą kompozycję. Tymczasem Don’t Call Me Angel nie zachwyca, nawiązując do dyskografii Ariany Grande tak bardzo, że udział Miley Cyrus i Lany Del Rey wydaje się bezzasadny.

Cyrus ma rewelacyjny, mocny głos, którego w tym utworze zupełnie nie słychać. Szczerze mówiąc o jej udziale w tej piosence przypomina mi jedynie teledysk. Nieco inaczej jest z Del Rey, bo jej przypadł w udziale całkiem długi, jak na ogólny podział ról w tym utworze, fragment. Szkoda tylko, że z połączenia trzech ciekawych, bardzo różnych, ale wyrazistych głosów powstała piosenka, która ze spokojem mogłaby być solowym singlem Ariany.

Spodziewałam się piosenki z przytupem, z pazurem i subtelnością, która będzie oddawała klimat nowego filmu Aniołki Charliego. Teraz obawiam się, że produkcja jest równie mało wyrazista, jak ten singiel. Pamiętacie Szortext o albumie Biffy Clyro będącym ścieżką dźwiękową do filmu Balance, Not Symmetry? Niesamowicie nakręcił mnie na obejrzenie filmu. Don’t Call Me Angel nie zadziałało w ten sposób.