Zdziwiłam się przeglądając archiwum wpisów, gdy okazało się, że ostatnie muzyczne szorty przypadają na datę premiery pierwszego singla Paramore z płyty After Laughter. Był to kwiecień, potwornie dawno temu! Na szczęście brak szortów nie oznaczał brak muzycznych premier, bo od kwietnia udało mi się opublikować recenzje nowych płyt Paramore, Katy Perry, Halsey i Harrego Stylesa. Dzisiaj szorty wracają ze świeżą krwią.

W ostatnich tygodniach nie spieszyło mi się do pisania muzycznych szortów, bo najczęściej ukazywała się jedna piosenka, o której mogłabym napisać coś sensownego. Z tego powodu uznałam, że na chwilę zmieniam formę muzycznych szortów i w jednym wpisie napiszę też o piosenkach, które nie ukazały się w ten piątek, bądź w tym tygodniu.

Anita Lipnicka & The Hats – Z miasta

Prawda jest taka, że nigdy nie byłam fanką solowej twórczości Anity Lipnickiej. Oczywiście nie zmieniało to faktu, że doskonale znałam choćby I wszystko się może zdarzyć, ale jakoś nieszczególnie miałam ochotę słuchać jej płyt. Na przestrzeni lat w sumie się to nie zmieniło. Gdy rok temu wydała Ptaśka, który swoją drogą został bardzo dobrze przyjęty, posłuchałam, wyłączyłam, poszłam dalej.

Aż tu nagle, dokładnie dwa dni temu, Anita wspólnie z The Hats wypuściła nowy singiel. Piosenka Z miasta zapowiada jej nowy studyjny album, który ukaże się w listopadzie 2017 roku. A ja już teraz jestem tej płyty bardzo ciekawa! Myślę, że mogę spokojnie nazwać ten utwór jedną z najpiękniejszych muzycznie, i tekstowo, polskich piosenek, jakie słyszałam w ostatnich miesiącach.

Folkowy klimat utworu, co nie zdarza się często, oddaje teledysk. Nie ma w nim może zwrotów akcji, intrygującej fabuły i efektów specjalnych, ale jest przepiękny. Chociaż może bardziej jesienny niż letni… W każdym razie, Z miasta warto słuchać skupiając się na słowach, na przesłaniu tej piosenki i docenić, że są jeszcze muzycy, którym chce się pisać piosenki po polsku!

PVRIS – Half

PVRIS przesunęli datę swojej drugiej studyjnej płyty z początku sierpnia na końcówkę sierpnia. W międzyczasie udostępnili trzeci kawałek z dziesięciu, które znajdą się na All We Know Of Heaven, All We Need Of Hell. Pierwszy raz usłyszałam Half podczas koncertu w Londynie (relacja tutaj), teraz miałam okazję posłuchać tej piosenki w wersji studyjnej.

I co mogę powiedzieć? Niezmiennie od zawsze to samo – PVRIS mają świetnie wyprodukowane piosenki. Świetnie, jak na zespół, który dopiero zaczyna, dużo lepiej niż wiele zespołów, które znam. Są dla mnie wielką tajemnicą, z jednej strony szeroko promowani, z drugiej strony z relatywnie małą bazą fanów, o czym wystarczy się przekonać zaglądając na ich profil na Facebooku.

Czekam na premierę All We Know Of Heaven, All We Need Of Hell, bo wszystkie trzy już udostępnione piosenki pokazują, że PVRIS z jednej strony nagrało utwory, które są dla nich charakterystyczne energią i elektroniką, a z drugiej strony brzmią melodyjniej, nie tak ostro, jak debiutancki album. Pomimo mojego focha na Lynn wciąż śledzę ich poczynania.

Charli XCX – Boys

Czy ktoś mógłby mi wytłumaczyć, gdzie podziała się Charlotte z Sucker i True Romance? Wiem, że różnica brzmieniowa między tymi albumami też nie jest mała, ale wszystko, co od kilku miesięcy wychodzi pod szyldem Charli XCX brzmi niepokojąco nudno, zbyt elektroniczne i nie ma tego jaja, z którego słynęła ta dziewczyna.

Po wydaniu EPki Vroom Vroom i mixtape Number 1 Angel przyjęłam, że właśnie tymi wydawnictwami Charli próbuje zrealizować się w DJskiej formule, a trzecia płyta nie pójdzie w taką stronę. Teraz już sama nie wiem. Boys, podobnie jak After the Afterparty mają zapowiadać jej nową płytę. Tą, która miała się ukazać w tym roku, ale ukaże się w przyszłym. Biorąc to pod uwagę można założyć, że jak na single przystało, nijak będą się miały do całości.

Z drugiej strony Boys, mimo ciekawego teledysku naładowanego testosteronem do granic możliwości, brzmi jak łagodniejsza wersja tych DJskich zabaw. Po prostu tutaj beaty aż tak bardzo nie dają po uszach. Czuję się rozczarowana i zmartwiona.