Od miesiąca czekałam na dzień, w którym będę mogła napisać, co sądzę o nowej piosence Taylor Swift. Od co najmniej roku czekałam, żeby wreszcie móc przekonać się, jak brzmi nowy singiel 30 Seconds to Mars. Złożyło się tak, że jeden i drugi zadebiutował w tym samym tygodniu. A ponieważ w piątek odbyła się też premiera nowej płyty PVRIS, muzyczne szorty przeniosły się na niedzielę!

Nie ma tego złego… Przynajmniej mogłam spokojnie się osłuchać, wyrobić sobie opinię, a nawet zdążyć poznać Waszą i przekonać się, że temat zaczynający się od słów Taylor Swift grzeje równie mocno, jak grzał kilkanaście miesięcy temu. Mimo wszystko uznałam, że nie chce pisać dwóch tekstów, jednego o niej a drugiego o 30 Seconds to Mars, bo najbliższe miesiące pewnie przyniosą jeszcze nie jeden tekst, w którym będę się rozwodziła na temat Swift.


Przeczytaj: PVRIS wrócili z nowym studyjnym albumem. Czy idą w dobrą stronę?


Pamiętacie tekst zatytułowany Dlaczego obejrzałabym MTV VMAs 2017? Mam nadzieję, że tak, bo w tygodniu poprzedzającym dzisiejszą imprezę MTV potwierdziły się wszystkie moje powody, dla których zasiadłabym przed telewizorem. Nie zasiądę z przynajmniej dwóch powodów. Po pierwsze nie mam MTV, bo przydaje się dwa razy do roku, więc jest mi zbędne. Po drugie chyba jednak wolę obejrzeć jakiś serial niż brnąć przez reklamy i czekać na te moje cztery top momenty.

Wydając nowy singiel 30 Seconds to Mars spełnili moje nadzieje, że wreszcie oduczą się powtarzać „niebawem”, „niedługo”, „wkrótce” i wydadzą nową piosenkę. Bardzo się ucieszyłam, gdy potwierdzili, że Walk on Water ukaże w tym tygodniu. Niestety szybko okazało się, że tyle lat czekania przyniosło piosenkę niezbyt zaskakującą, a wręcz utwierdzającą w przekonaniu, że z płyty na płytę Marsi stają się delikatniejsi.

Jednocześnie złapali tak charakterystyczny dla siebie styl grania, a Jared śpiewania, że nawet głuchy rozpoznałby, że to ich nowa piosenka.

To akurat jest dobre, bo o ile można im zarzucać brak oryginalności i powielanie schematów, o tyle przeciętny słuchacz nie jest zbyt wymagający i lubi to, co jest mu już doskonale znane. Nowej piosence nie można odmówić tego, że wpada w ucho. Ma tą charakterystyczną dla 30 Seconds to Mars marszowo brzmiącą perkusję, refren który przez ciągłe powtarzanie oh, oh, oh, swoją drogą oczywiście też charakterystycznego, wbija się w głowę.

Nie jest to utwór, na który warto było czekać te trzy, cztery lata, ale nieszczególnie mi to przeszkadza. Może dlatego, że nie spodziewałam się niczego innego. Marsi przyzwyczaili mnie już do takich kompozycji, zupełnie tak, jak Green Day przyzwyczaił mnie do swojego stylu grania. Tej piosence jest oczywiście bliżej do Lust, Love, Faith, Dreams niż do A Beautiful Lie, ale każdy rozsądny fan 30 Seconds To Mars raczej nie spodziewał się powrotu Jareda w makijażu na pandę.

Cieszę się, że Marsi wreszcie wracają z nową płytą, że wrócą do koncertowania. Pierwszy singiel pewnie i tak nijak ma się do brzmienia całego albumu.

O pierwszym singlu z nowej płyty Taylor Swift mówiono, plotkowano i spekulowano od miesiąca. Może nawet dłużej. Powoli ładowano pasek ekscytacji, powoli budowano napięcie ujawniając malutkie szczególiki. A gdy przyszło, co do czego i tak okazało się, że Swift trzyma wszystko w jakiejś pancernej szafie, a pracujących z nią, dla niej i dookoła niej ludzi obligują jakieś magiczne restrykcje, bo chociaż wszytko jest gotowe, a nic nie wycieka. Na jej przykładzie widać, że da się mieć nad wszystkim kontrolę…

Wiem już od Was, dzięki całkiem burzliwej dyskusji na Facebooku, że singiel Look What You Made Me Do nie zaskoczył Was pozytywnie. Że nie kupiliście jego szkatułkowej budowy, elektronicznych wstawek i humorystycznego tekstu. Może i nie jest to moja ulubiona piosenka Taylor, ale jako pierwszy singiel traktuje ją, jak naprawdę miłe zaskoczenie. Być może znów dlatego, że nie sądzę, żeby cały album utrzymany był w tym klimacie i wierzę, że na reputation, podobnie, jak na 1989 znajdą się perełki, które nie zostaną singlami.

Tak, podoba mi się budowa tej piosenki.

To, że w trzech minutach zmieszczono wiele dźwięków, a całość, chociaż nie zdobi jej jakaś wyrafinowana elektronika, nie jest nudna i potrafi zaskoczyć. Zaskakuje oczywiście w momencie, w którym Taylor prowadząc monolog oznajmia, że Taylor nie może podejść do telefonu, bo umarła. Ja kupuję ten pstryczek w nos, podoba mi się.

W niektórych momentach słyszę nawet elementy starej Taylor. Nie chodzi mi tutaj o instrumenty, bo wiadomo, że nie ma tam gitary i country vibes, ale klawisze i sposób śpiewania przypominają mi budowanie dramaturgi, jakie jest choćby w Haunted, nawiasem mówiąc jednej z moich ulubionych piosenek Swift. No i finalnie cieszę się, że Taylor nie boi się eksperymentować, że chce pokazywać, że skoro może wszystko, to może też wychodzić poza schematy.

Za kilkanaście godzin, podczas gali MTV Video Music Awards, odbędzie się premiera teledysku do tego singla. Pracowano nad nim długo, więc jestem bardzo ciekawa efektów. Głównie dlatego, że Paramore sklecili klip do Hard Times w niecały miesiąc i wyszedł im naprawdę świetny.

W przypadku Taylor będzie oczywiście na bogato, przez duże B, z kilkoma wcieleniami i lokacjami, ale już czuję, że fantastyczności klipu do Blank Space Look What You Made Me Do i tak nie przebije. Chyba, że przemyci gdzieś swoje kotki. Wtedy ma szansę!

Już na zakończenie powiem Wam, że tęskniłam za emocjami, jakie wywołuje Taylor. Za wyskakiwaniem z lodówki, które zawsze przybiera inny obrót. Jej nowa płyta ma szansę sprzedać się, w jakiś niesamowitych ilościach. Mam tutaj na myśli tylko Stany Zjednoczone, gdzie Look What You Made Me Do już lata w jesiennej ramówce ABC, w zapowiedziach jakiś potyczek w college’ach.

W Targecie, taka wielka sieć sklepów, które są w każdym amerykańskim mieście niczym nasze Biedronki, można zamówić magazyn specjalnie stworzony z okazji wydania płyty. Dołączona jest do niego sama płyta, a w środku będzie pewnie sto stron nowych zdjęć i ciekawostek. W dodatku po ulicach śmigają auta firmy kurierskiej z okładką reputation na pół samochodu… O ogłoszonej już trasie koncertowej po Stanach nawet nie wspominam.

Jest grubo, a to pewnie jeszcze nie koniec niespodzianek.

Czeka nas ciekawy czas do premiery płyty, czyli do 10 listopada i jeszcze ciekawszy rok. Zwłaszcza, że 2018, jeszcze przed ogłoszeniem powrotu Taylor, zanosił się na rok pełen wrażeń i muzycznych doznań, zwłaszcza koncertowych. Swift tylko podwyższa poprzeczkę.