Tegoroczny luty nie jest może tak bogaty w imponujące premiery, jak ubiegłoroczny, który dał światu między innymi Metro Exodus – przez wielu uznaną za grę roku 2019, ale nie jest źle. Jak zwykle, w gąszczu mniej i bardziej oczekiwanych tytułów, wybrałem takie, które być może dla większości graczy nie będą oczywiste, ale z pewnością warto zwrócić na nie uwagę.

4 lutego – Monster Energy Supercross 3
Xbox One, Playstation 4, Nintendo Switch, PC

Ostatnio coś mnie wzięło na jednoślady. Wprawdzie w nieco innym wydaniu, niż w Monster Energy Supercross 3, bo ten tytuł traktuje o wyścigach crossowych, a więc „bezdrożnych”, a ja zatopiłem się w udostępnione na Xboksie z Games with Gold wybitnie asfaltowe TT Isle of Man: Ride on the Edge. Ale zapoznanie się ze zwiastunem tego pierwszego wzbudziło we mnie dwa pozytywne skojarzenia. Pierwsze to „limitless track editor”, czyli „nieograniczony edytor tras”. I chociaż w takich hasłach zawsze jest mnóstwo przesady, bo rzadko oddaje się w ręce graczy narzędzia dorównujące pod względem możliwości tym deweloperskim, to przypomniało mi to, z jaką radością przyjmowałem podobne funkcjonalności w grach za młodu – a były one wówczas (i do jakiegoś stopnia, nadal są) niezwykle rzadkie. Jednak jeszcze cieplejsze wspomnienia wywołał we mnie pokazany pod koniec zwiastuna „co-op in the official compound”, co przypomniało mi o niezwykle grywalnym Motocross Madness od Microsoftu z 1998 roku. Coś czuję, że trzeba będzie wypróbować te tryby w Monster Energy Supercross 3.

4 lutego – Zombie Army 4: Dead War
Xbox One, Playstation 4, PC

Jednego grom Rebellion nie można zarzucić. Ich gry nie próbują udawać, że nie są grami. To swobodna, w pełni świadoma zabawa konwencją. Poziom groteskowej przemocy osiąga tu kolosalne proporcje i w jakimś stopniu mnie to wystarczy. Współczesne gry bowiem przyzwyczaiły nas już do tak realistycznego odwzorowania rzeczywistości, że zabawa w „prawdziwą” przemoc potrafi czasem wywołać lekkie uczucie dyskomfortu. Natomiast nieważne ile hektolitrów krwi się przeleje, jeśli są to hektolitry umownie absurdalne, jak chociażby w przekomicznej do dziś serii Mortal Kombat. Podobne wrażenia mam oglądając zwiastun Zombie Army 4: Dead War – to po prostu „gra wideo” w pełnym tego słowa znaczeniu, ze wszystkimi tego niedorzecznościami, jakich można się spodziewać po tym rodzaju rozrywki. Dlatego, chociaż nie będzie to gra, która zmotywuje mnie do jej wycalakowania, miło będzie spędzić z nią kilka chwil poświęconych na powierzchowną, nieskrępowaną zabawę.