2017 rok był dla gamingu zdecydowanie bardziej udany, niż 2016. Rok temu w finałowym zestawieniu podsumowującym z trudem wyróżniłem trzy tytuły, z czego jeden bardziej od pozostałych. W tym roku tytułów zasługujących na miano najlepszych było więcej, ale za to nie było tej jednej, jedynej naj. Oto pięć tytułów, które urzekły mnie w 2017 najbardziej.

Wolfenstein II: The New Colossus

Bethesda kojarzy się graczom przede wszystkim z Falloutem, ale już od jakiegoś czasu co rok znajduje się także w jej portfolio miejsce na nowoczesną inkarnację jednej z klasycznych strzelanin pierwszoosobowych. Rok temu moje serce skradł Doom, dwa lata temu samodzielny dodatek do pierwszej części Wolfensteina, The Old Blood, a w 2014 z wypiekami na twarzy zagrywałem się w The New Order. The New Colossus może nie dostarczył na każdym froncie, bo design leveli był zdecydowanie bardziej zachowawczy niż w poprzednich dwóch grach z serii, ale nie zmienia to faktu, że to nadal znakomity shooter z autoironiczną fabułą, przy którym nie sposób nie uśmiechać się złowieszczo.

Life Is Strange: Before the Storm

Deck Nine Games udowodniło, że prequel do znakomitej gry przygodowej może być czymś znacznie więcej niż tanią próbą wzbogacenia się na znanej marce. Before the Storm pod wieloma względami przerasta Life Is Strange i jest pozycją absolutnie obowiązkową dla każdego fana tej gry. Z Chloe, irytującej i pretensjonalnej kompanki Max z pierwszej części, uczyniono arcyciekawą, skomplikowaną i wiarygodną postać pierwszoplanową. W przekonujący sposób pokazano, dlaczego owiana mitem Rachel Amber była dla niej tak ważną postacią, pokazując na wirtualnym ekranie coś, co w świecie gier zdarza się nadal szalenie rzadko – prawdziwą chemię między bohaterami.

DiRT 4

Co roku kolejne tytuły z cyklu Forza, niezależnie od tego czy Motorsport, czy Horizon, miały zapewnione miejsce na liście moich ulubionych gier. Niestety, Forza Motorsport 7, mimo że zachwyciła mnie wieloma pozytywnymi zmianami na lepsze (przede wszystkim wyczekiwaną od dawna dynamiczną pogodą), także rozczarowała usunięciem kilku kluczowych funkcjonalności (ubogi tryb rywali). Dlatego jako najlepszą samochodówkę 2017 roku wyróżniam DiRT 4, który znacznie lepiej rozwija podwaliny położone przez niedawnego DiRT Rally, a nawet nieco już leciwego DiRT 3. Przede wszystkim, do realistycznego trybu dla hardkorowców doszedł tryb zręcznościowy, na szczęście nie spłycający rozgrywki do banału, bo nadal wymagający skupienia i precyzji, a co za tym idzie, przynoszący mnóstwo satysfakcji. Do tego subtelne usprawnienia graficzne, w tym momentami naprawdę imponujące oświetlenie – różnice między porami dnia i warunkami pogodowymi zrobiły na mnie duże wrażenie.

Injustice 2

NetherRealm Studios prezentują dokładnie ten rodzaj podejścia do gatunku bijatyk, który mi najbardziej odpowiada. Czerpiący pełnymi garściami ze spuścizny Mortal Kombat cykl Injustice to spełnione marzenie fanów zarówno tej klasycznej serii mordobić, jak i komiksów DC. Czy może być coś przyjemniejszego, niż oklepanie mordy Batmanowi za pomocą Harley Quinn? A tu jeszcze nadchodzą Żółwie Ninja jako dodatkowe postaci… Do gamy ciekawych bohaterów dochodzą prześliczne, interaktywne areny, ciekawy systemu rozwoju postaci, iście filmowy tryb fabularny i setki sekretów do odkrycia i bzdetów do odblokowania. Przede wszystkim jednak, emocje w starciach jeden na jednego z drugą osobą siedzącą obok na kanapie, nie mają sobie równych.

Cuphead

Cóż, pod względem gameplay’u Cuphead z pewnością nie jest grą dla każdego. To klasyczna do bólu zręcznościówka, cechująca się klasycznym do bólu poziomem trudności. Większość czasu spędzimy na walkach z wymyślnymi bossami, w samotności bądź dwuosobowym co-opie, ucząc się schematów ich ataków na pamięć i ćwicząc do perfekcji unikanie pocisków i ciosów. Poziom trudności jest diabelnie wysoki, ale sterowanie zrealizowano w sposób perfekcyjny precyzyjnie, dlatego za każdą porażkę możemy winić tylko siebie (lub partnera). Nie jest to jednak jedyną siłą Cuphead, wręcz przeciwnie. Gra czaruje niepowtarzalną oprawą graficzną, będącą absolutnie doskonałą inkarnacją kreskówek z lat 30-tych. To trzeba po prostu zobaczyć na własne oczy.


Oczywiście nie zdołałem ograć wszystkich interesujących mnie tytułów, które ukazały się w 2017 roku, stąd też w przyszłości może okazać się, że lista ta byłaby bogatsza jeszcze o kilka tytułów. Tak też stało się z tytułami z 2016 roku. W minionym roku, nadrabiając zaległości z poprzedniego, ograłem dwa tytuły, które z pewnością zasługiwały na to, by umieścić je na liście najlepszych gier 2016 roku.

Pierwszą z nich było Oxenfree. Dziś, po trzykrotnym jej przejściu wiem już, że to jedna z moich ulubionych gier wszech czasów. Mam ciarki, gdy tylko o niech pomyślę i regularnie wracam do cudownego soundtracku. Genialnie uchwycona atmosfera grozy, bez uciekania się do tanich sztuczek w stylu „jump scares”, ciekawa fabuła splatająca losy bohaterów z mrocznym sekretem skrywanym przez opuszczoną bazę wojskową, znakomity voice acting… Mógłbym długo wymieniać, dlatego odeślę do mojej recenzji, w której bez spojlerów starałem się opowiedzieć o wszystkim tym, co tak bardzo zauroczyło mnie w Oxenfree.

Drugą grą, reprezentującą także nurt indie, było Inside – czyli w pewnym sensie duchowy spadkobierca Limbo. Pod względem przytłaczającej atmosfery marazmu i reprezentacji bezduszności współczesnego, korporacyjnego świata, Playdead nie ma sobie równych. To psychodeliczna, mroczna, bardzo symboliczna podróż, którą po prostu warto przebyć samemu, choćby po to, by dać się zaskoczyć przez jedno z najbardziej pokręconych zakończeń w historii gier.