Łukasz Palkowski miał stworzyć film lepszy od filmu Bogowie. Jakub Gierszał miał zagrać fantastyczną rolę, a film stać się kinowym, kasowym przebojem na miarę Botoksu i Listów do M. Czekałam na premierę filmu Najlepszy kilka miesięcy. Poszłam do kina, obejrzałam i wyszłam z niego z poczuciem, że coś w tym filmie nie wyszło.

W przeciwieństwie do Pewnego razu w listopadzie tym razem nie mam dziesiątek pytań, a krótką listę uwag. Żadna z nich nie zmienia jednak podstawowego faktu – Najlepszy to film dobry, film udany, film mogący się podobać i mający prawo się podobać. Trzeba docenić pracę, jaką w stworzenie głównej postaci włożył Gierszał, bo ewidentnie się chłopak napracował.

Choć wychodząc z seansu usłyszałam, jak jedna pani do drugiej mówiła, że „trochę był za mało umięśniony”… Jakubie, trzeba było się jeszcze bardziej wysilić, bo Twoja klata nie spełniła oczekiwań. Odłóżmy jednak żarty na bok, bo akurat muskulatura Gierszała była ostatnią rzeczą, jaką chciałabym skomentować minutę po obejrzeniu tego filmu.

Głównym bohaterem filmu Najlepszy jest sportowiec, który zachwycił świat, a który w Polsce, do dziś, pozostaje osobą praktycznie nieznaną. To fascynująca, pełna morderczego wysiłku, spektakularnych upadków i niezwykłej siły, historia inspirowana życiem Jerzego Górskiego, który ukończył bieg śmierci oraz ustanowił rekord w triathlonowych mistrzostwach świata, zdobywając tytuł mistrza na dystansie Double Ironman z czasem 24h:47min:46sek. Ten rekord nie byłby jednak możliwy, gdyby w jego życiu nie pojawiły się dwie kobiety. Jedną stracił. Druga stała się inspiracją, aby zawalczył o swoje życie – opis dystrybutora.

Historia życia, upadku i kariery sportowej Jerzego Górskiego to zdecydowanie świetny scenariusz na film. I o ile oglądając Amok i Ach śpij kochanie miałam ochotę powiedzieć: Amerykanie zrobiliby z tej historii coś wspaniałego, w przypadku filmu Najlepszy myślę, że Amerykanie nie wyciągnęliby więcej niż wyciągnął Palkowski. Ewentualnie nazwaliby film bardziej widowiskowo, czyli Ironman: Najlepszy.

Od Palkowskiego dostajemy bohatera z ludzką twarzą, który najpierw potwornie upada, a później heroicznie i spektakularnie się podnosi. Po drodze walcząc ze swoimi słabościami, z przeszłością, z samym sobą i wizerunkiem swojej osoby. Takie historie ogląda się wyśmienicie, kibicuje się temu Jerzemu, który się zgubił, zwątpił i zafascynował innym światem, żeby wrócił tam, dokąd wrócić chce.

Jednak to, co jako pierwsze zwróciło moją uwagę to wcale postać grana przez Gierszała. Nie klata Gierszała, a rewelacyjna rola Gajosa! Po raz kolejny udowodnił, że jest wyśmienitym aktorem, który potrafi zagrać wszystko. W filmie Najlepszy wciskał się w Marka Kotańskiego, do którego ośrodka leczenia uzależnień trafił Jerzy. Odważnie stwierdzę, że nawet jeśli nie interesuje kogoś postać Górskiego, a o triathlonie wie tyle, że Tomek Karolak swego czasu chwalił się w mediach, że bierze w czymś takim udział, powinien obejrzeć Najlepszego tylko po to, żeby zobaczyć, jak funkcjonuje ośrodek Kotańskiego i jak świetnym Kotańskim jest Gajos.

Sam Kotański jest postacią niesamowitą. Pamiętam, jak wiele lat temu, gdy jeszcze żył, bywało głośno o Monarze i tym, co Kotański robi, żeby pomóc ludziom wyjść z uzależnień i stanąć na nogi. To, jak Gajos zagrał tę postać, choć nie było jej w filmie nadzwyczajnie dużo, zasługuje na duże uznanie. Choć w przypadku takiego aktora nie jest to zaskakujące zdanie…

Drugą osobą, która zwróciła moją uwagę była Kamila Kamińska wcielająca się w postać doktor Ewy. Bardzo pozytywne zaskoczenie! Kojarzę ją jedynie z ról epizodyczny, a tutaj miałam okazję obserwować ją przez połowę filmu i przyznaję, że zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie. Świetnie było zobaczyć na dużym ekranie kogoś, kto nie został jeszcze obsadzony w zbyt wielu rolach, kogoś, kogo można odkrywać i robić to z przyjemnością.

Gierszał zagrał dobrą, wyrazistą postać, ale nie sądzę, żeby była to jego rola życia.

I dobrze, bo ma przed sobą wiele lat kariery, a na rolę życia jest zdecydowanie za młody. Wspomniałam już, że trzeba docenić wkład, jaki włożył w przygotowanie do roli. Z jednej strony zagrał wycieńczonego narkomana, który stoi jedną nogą w grobie. Z drugiej pełnego energii i wiary w siebie sportowca. Zadanie niezwykle trudne zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Podołał z pewnością, chociaż sporo krzywdy wyrządzono mu… charakteryzacją.

Temat charakteryzacji bohaterów zasługuje na oddzielny akapit, bo narkomani przypominali zombie, doczepiane włosy krzyczały, że są doczepione, a siwizna zawiewała mąką. Normalnie pewnie zignorowałabym takie szczegóły, ale w przypadku tego filmu jest mi trudno to zrobić, bo Bogowie byli pod tym względem nieskazitelni. Wiem, że można przyczepić się też do elementów scenografii, która nie zawsze odpowiadała realiom czasów, w których osadzona była historia. Czy to czepialstwo? Być może, ale zwracanie uwagi na takie szczegóły pokazuje też, że do innych kwestii dużo trudniej mieć jakieś uwagi.

Wracając jednak do Gierszała. Mam wrażenie, że ze sceny na scenę szło mu coraz lepiej. Otwarcie filmu nie było szczególnie udane, aktorsko bardzo aktorskie, ale im dalej w fabułę, tym lepiej. Przekonywał mnie w roli narkomana walczącego z demonami, przerażająco źle wyglądał łysy i świetnie grał człowieka na głodzie. Przekonywał mnie też, gdy prosił o pomoc i próbował wstać na nogi.

Szkoda tylko, że część poświęcona bezpośrednio przygotowaniom do Ironmana nie była mocniej rozwinięta. Oczywiście trzeba byłoby zrobić to kosztem wątków narkomana, ale uważam, że ten wątek był ciut za długi, a przedostatnia scena filmu zdecydowanie niepotrzebnie trwała aż tak długo.

Jeśli oglądaliście Bogów nie mogliście nie zwrócić uwagi na żarciki i śmieszne dialogi wplecione w jakby nie patrzeć trudną tematykę. Pamiętam, jak siedząc w kinie widownia od czasu do czasu wybuchała śmiechem. W Najlepszym również są takie momenty i jeśli ma być to znak charakterystyczny filmów Palkowskiego to nich nim będzie, bo te żarty nie wydają się być wymuszone i sprawiają, że nawet takie trudne psychologicznie historię dostają ludzką, luźniejszą twarz. Tutaj oczywiście głównymi mistrzami żarcików byli Arkadiusz Jakubik i Tomasz Kot, którzy ponownie mogą sobie odhaczyć dobre role.

Ze wszystkich jesiennych premier kinowych, które widziałam, ten film wypada zdecydowanie najlepiej. Warto przejść się do kina, bo Palkowski ponownie pokazał, że Polacy potrafią robić dobre kino i mogą je robić bez kompleksów.

Moje uwagi, wspomniane 600 wyrazów wcześniej dotyczą: charakteryzacji, zbyt długiego wątku narkomana w porównaniu z wątkiem przygotowań do zawodów, momentami traktowania widzą, jak debila, któremu trzeba niemalże palcem pokazywać niektóre rzeczy, niepotrzebnie tak długa przedostatnia scena i brak zastąpienia jej jakimś bardziej podniosłym finiszem.