W piątek cała Ameryka żyła zaprzysiężeniem Donalda Trumpa. Był to ostatni dzień, żeby oddać honory i hołdy Barackowi Obamie i poużalać się nad tym, że od teraz w Białym Domu będzie miał prawo mieszkać miliardem produkujący reality shows. Netflix pokazał tego dnia zapowiedź nowego sezonu House of Cards.

Zwiastun w wersji mikro, czyli krótki, niezdradzający zbyt wiele, ale doprawiony tą charakterystyczną melodią otwierającą każdy odcinek. Poczułam, że dopadł mnie przesyt amerykańską polityką. Ostatnio na każdym kroku, na każdej ceremonii rozdania nagród, w co drugim tweecie i co drugim teledysku ktoś manifestuje swoje niezadowolenie. Już mnie to zmęczyło.

Pierwszy raz od dawna nie wyczekuje powrotu House of Cards, chociaż wiem, że do maja może się to jeszcze zmienić. Był taki czas, że nie wyobrażałam sobie mówienia o ulubionych serialach bez mówienia o przygodach Franka, jego żony i ich cichej wojence o władze. Śmiesznie się złożyło, że potencjalnie jeden z najciekawszych sezonów House of Cards pojawi się akurat w takim politycznym momencie. Ciekawe, czy Obama nadal będzie go oglądał…

Podobne Posty