Kiedy w październiku 2005 roku gnałem do Krakowa, by skorzystać z nadzwyczajnej okazji osobistego wręczenia Nickowi Masonowi do podpisania napisanej przez niego biografii Pink Floyd – Moje Wspomnienia, nie spodziewałem się, że za 14 lat ponownie zobaczę go na żywo. W dodatku w najbardziej dla niego jako muzyka naturalnym środowisku – za zestawem perkusyjnym, wykonującego muzykę Pink Floyd. A to wszystko będąc pod samą sceną.

Fani muzyki Pink Floyd na żywo nie mają powodów do narzekań. Obaj liderzy zespołu są nadal aktywni – zarówno David Gilmour jak i Roger Waters regularnie wydają płyty i koncertują. Trzeba jednak zaznaczyć, że ten pierwszy czyni to znacznie rzadziej, bo średnio raz na dekadę, ale jednak regularnie. Jakby tego było mało, jak grzybów po deszczu wyrosło coverbandów zespołu, bo okazało się, że zapotrzebowanie jest na tyle duże, że nawet dla tych bardziej amatorskich starczy kawałków tego wielkiego tortu. Zdawałoby się, że na tak nasyconym rynku nie ma miejsca dla jeszcze jednej muzycznej propozycji koncertowej. A jednak – katalog Pink Floyd jest na tyle bogaty, że pojawiła się całkiem obszerna nisza do zagospodarowania.

Tą niszą był pierwszy etap działalności zespołu – ten „psychodeliczny”, ten eksperymentalny, ten z Sydem Barrettem, ten sprzed największych albumów i znanych przez wszystkich przebojów. Czyli od początku istnienia zespołu po rok 1972 i album Obscured By Clouds. Nick Mason zebrał do kupy zaprzyjaźnionych muzyków, nazwał zespół tak, by nie budziło wątpliwości, czego dotyczy projekt – A Saucerful of Secrets i zaprosił publiczność w nostalgiczną podróż w czasie, aby dać jej namiastkę tego, jak wyglądały koncerty Pink Floyd we wczesnym okresie działalności.

„Pełen tajemnic” koncert dotarł do Polski na samym końcu trasy, jako główna atrakcja pierwszej edycji Summer Fog Festival – imprezy której myślą przewodnią był szeroko rozumiany rock progresywny. Szeroko rozumiany, bo zaproszone zespoły wykonywały w gruncie rzeczy muzykę bardzo różnorodną, której jedynym wspólnym mianownikiem było to, że w jakiś tam sposób można pod nich podpiąć metkę z jedną z rozlicznych odmian rocka progresywnego. Koncert pierwotnie miał się odbyć na kortach Legii, ale ostatecznie, ze względu na niepewną pogodę i zarazem jednakowe ryzyko wystąpienia zarówno gradobicia jak i zabójczego upału, przeniesiono go do klimatyzowanego, wyremontowanego Torwaru. Myślę, że była to słuszna decyzja.

Z moim koncertowym kompanem celowaliśmy tak, by zjawić się w warszawskim Torwarze na rozpoczęcie eventu. Otwierający imprezę rodzimy Amarok był bodaj drugim po gwieździe wieczoru najbardziej dla nas interesującym muzycznym projektem w line upie. Niestety, przegapiliśmy większość występu. Dlaczego, pytacie? No cóż, pewnie spodziewacie się w tym miejscu najbardziej oczywistej odpowiedzi, czyli czegoś w stylu, że był korek na autostradzie, albo że złapaliśmy gumę. Nic bardziej mylnego. Impreza była dosyć długa, plan był taki, by zobaczyć Amaroka, a później posilić się na resztę dnia i wieczoru, korzystając z bogatej oferty rozstawionych pod Torwarem food trucków.

Zjawiliśmy się na miejscu punktualnie, jednak zamiast zgodnie z planem udać się od razu do środka, od bram wejściowych odwiodły nas kuszące zapachy i intrygujące oferty wspomnianych „ciężarówek z jedzeniem”. Kanapka z podwójnym jajkiem, bekonem, serem, szpinakiem, cebulą, salami, ogórkiem i sosem? Nasze kubki smakowe nie pozwoliły nam odejść z pustymi rękoma. I jakoś się tak rozleniwiliśmy, że straciliśmy rachubę czasu i orientację w przestrzeni. Po posiłku, leniwym krokiem udaliśmy się do środka, a na scenie był właśnie Amarok. Zadowoleni podeszliśmy więc bliżej i dokładnie w tym samym momencie zespół przestał grać i pożegnał się z publicznością. „No, to Amarok zaliczony!” – skwitowaliśmy, po czym udaliśmy się do holu po piwo.

Ze smakowitym, złocistym napojem w dłoniach poszliśmy z powrotem w kierunku sceny, a następnie przycupnęliśmy z boku płyty, co pozwoliło nam jednocześnie obserwować kolejne koncerty z przyzwoitej odległości, oraz nie przemęczać naszych starych, obolałych od siedzenia za biurkiem i/lub kierownicą, kręgosłupów. Kolejnym zespołem było Soft Machine, które zaprezentowało fantastyczną, klasyczną mieszankę rocka i jazzu. Zauroczyło mnie optymalne połączenie pięknych motywów muzycznych z imponującymi improwizacjami.

Kolejny na scenie był rodzimy zespół Believe. Od razu przyznam, że był to w mojej ocenie zdecydowanie najsłabszy moment wieczoru, wliczając w to występ Amaroka, który przegapiłem. Ale już nawet siedzenie na zewnątrz z kanapką z jajkiem było bardziej wzbogacającym artystycznie doświadczeniem, niż to, czego moje zmysły doświadczyły podczas tego występu. Nie twierdzę, że Believe to zły zespół. To, co robili, robili dosyć dobrze, tyle że to coś, co robili, kompletnie nie współgra z moim poczuciem estetyki. W teorii wszystko się zgadzało – były gitary, były skrzypce, które z pewnych względów uwielbiam, był łysy wokalista, a ci, jak wiemy, potrafią urzec niesamowitym głosem. Tutaj jednak wszystko było tak miałkie, tak pozbawione jaj i charakteru, że omal mi ta kanapka z jajkiem nie wyszła górą.

Nie ma nic gorszego niż faceci, którzy na scenie zachowują się jak kastraci. I nie zrozumcie mnie źle – wcale nie jestem zwolennikiem ciągłego „napier****nia”. W końcu uwielbiana i widziana przeze mnie w tym roku na żywo już cztery razy Madrugada to specjaliści od pięknych ballad o miłości. Ale smęcić też trzeba potrafić i trzeba robić to z jajem. Tutaj najwięcej jaj miała skrzypaczka, która była kobietą. Poza tym z występu zapamiętałem czarne ręce wokalisty, parasol, z którego wypadły papierowe serduszka i pochodnię, którą wokalista z jakiegoś najwyraźniej niezwykle natchnionego powodu w teatralny sposób wzniósł ku sufitowi hali. Takich efektów pirotechnicznych i teatralności nie powstydziłby się nawet Rammstein.

Na szczęście zrobiło się znów z jajem, gdy na scenie pojawił się David Cross i jego zespół. Muzycy o kilka dekad starsi, a ze sceny energię można było łapać i wynosić w wiaderkach. Cóż za niebywała okazja, by wreszcie usłyszeć muzykę King Crimson na żywo. David Cross Band bardzo słusznie został umiejscowiony jako ostatni przed gwiazdą wieczoru – występ był tak porywający, że pod koniec już podszedłem sobie pod scenę, by delektować się końcówką występu z niemal pierwszego rzędu, a przy okazji już pilnować dogodnego miejsca na danie główne – Nicka Masona i kolegów.

Już sam czas przed pojawieniem się muzyków na scenie budował odpowiedni nastrój i dawał przedsmak tego, w jak znakomity sposób przygotowano oprawę świetlną koncertu i dekorację. W tle – wielka, kolorowa płachta ze stylowym logo Saucerful of Secrets, wizerunkiem bębnów. Płachta posłużyła później także jako ekran dla wyświetlanych w trakcie koncertu animacji i filmów, nawiązujących do tych, które towarzyszyły występom Floydów z tamtego okresu. Na pierwszym planie oczywiście przepiękna perkusja z kolorowymi, „psychodelicznymi” naciągami na centralach. Wyglądało to tak obłędnie kolorowo i soczyście, że można było pomylić ze sceną Katy Perry z promocyjnego okresu Teenage Dream. Zabrakło tylko wielkich dmuchanych truskawek, ale gdyby się pojawiły, pasowałyby jak ulał – wcale nie gorzej, niż, dajmy na to, latająca świnia.

Przerwa między ustawianiem sceny a rozpoczęciem koncertu trwała dosyć długo i była czymś pomiędzy klasycznym intro, a zwykłą przerwą. Światła były lekko przygaszone, a te na scenie „tańczyły”, układając się w przeróżne kształty, podświetlając naprzemiennie inne elementy sceny i dekoracji, a w tle było słychać psychodeliczne dźwięki, w tym komunikaty kosmonautów. Wszak istotnie, nadejść miał prawdziwy muzyczny kosmos… Wreszcie na scenie pojawili się muzycy, a skład to absolutnie niebanalny i należy się mu osobny akapit.

W skład zespołu, poza punktem centralnym – perkusistą, znaleźli się także: Guy Pratt (bas, wokal) – wieloletni współpracownik Floydów, a później też Davida Gilmoura; Gary Kemp (gitara, wokal) – znany najbardziej z grupy Spandau Ballet; Lee Harris (gitara, wokal) – znany z grupy The Blockheads, to od niego wyszła propozycja tego projektu muzycznego i Dom Beken (klawisze, wokal) – znany z grupy The Orb. Interesujący zbiór ludzi, w dodatku świetnie rozumiejących się muzyków. A jeden z nich w mojej opinii „ukradł show” Nickowi, ale o tym później.

Muzycy zaczęli na samym początku, czyli od debiutanckiego albumu Pink Floyd, wydanego w 1967 roku The Piper at the Gates of Dawn. Usłyszeliśmy więc najpierw instrumentalnie, świetnie wprowadzające w klimat Interstellar Overdrive, które płynnie przeszło w energetyczne Astronomy Domine. Tutaj po raz pierwszy rozbrzmiały kolektywne wokale zespołu, a w roli głównych wokalistów wystąpili Guy Pratt i Gary Kemp. W tym momencie przekonałem się, że wprawdzie nie są oni w stanie zastąpić ani Syda Barretta, ani przede wszystkim niepodrabialnego Davida Gilmoura, wywiązują się ze swojej roli wystarczająco dobrze, by ich głosy nie „drażniły”.

Trzeci w kolejce był Lucifer Sam, pierwsza z licznych tego wieczoru piosenek o wyjątkowo… piosenkowej konwencji. Tych bowiem Floydzi mieli w początkowym, barrettowym okresie wiele – część z nich nie ukazała się na albumach, albo wręcz nie została dokończona, ale wszystkie zostały pieczołowicie „odrestaurowane” i zaprezentowane w bogatych, kolorowych, kompletnych formach na żywo. Nie czuło się w ogóle tego, że to muzyka „stara”, być może trochę jeszcze wtedy „niedopracowana”, wykonywana przez zespół który jeszcze nie wie, jak chce brzmieć i co naprawdę chce grać, czy też w ogóle napisana przez człowieka nieco zagubionego w czasoprzestrzeni. Utwory te jednak dobitnie pokazują, że Pink Floyd to nie tylko „zmanierowane”, „nadęte”, „patetyczne” hymny i ballady, z którymi zapewne kojarzą się przeciętnemu Józkowi.

Muzyka nie była jednak jedyną rzeczą, która wybrzmiewała z głośników tego wieczoru. Nick Mason, człowiek najzwyczajniej w świecie przesympatyczny, chętnie sięgał po mikrofon i dzielił się z publicznością przemyśleniami, anegdotami i żartami. Pierwszy zasunął już na sam początek, bowiem początek koncertu zagrał w wielkich, doklejonych wąsach. To było takie żartobliwe nawiązanie do początkowego wyglądu perkusisty z tamtego okresu, następnie jednak z ulgą pozbył się zbędnego owłosienia twarzy. Całą scenkę odegrał z absolutnie rozbrajającym urokiem osobistym, a w jego przemowie nie było najmniejszego śladu zmanierowanej gwiazdy – ba! – żywej legendy światowej muzyki, którą niewątpliwie jest. Mało tego – perkusista – człowiek grający na „groźnym”, siłowym instrumencie, gdy wstał, zdawał się być wręcz tak nieśmiały, że bałem się, czy z trzęsącej się dłoni nie wysunie mu się za chwilę mikrofon.

Ale wracamy do muzyki. Rozbrzmiały śpiewy kibiców Liverpoolu z taśmy, a to może oznaczać tylko jedno – fantastyczny Fearless z Meddle. Kolejny utwór, który dobitnie udowadnia, jak różnorodna stylistycznie była muzyka Pink Floyd z wczesnego okresu. Ten ciepły utwór, oparty na charakterystycznej, zrytmizowanej progresji akordów gitar akustycznych wypadł na żywo przegenialnie. To także tutaj zwróciłem uwagę na Guya Pratta, który w mojej ocenie momentami wręcz „kradł” show Nickowi. Choć muzyk to obecny przy Pink Floyd od 1987 roku, jakoś nigdy wcześniej nie zwróciłem na niego uwagi. Tymczasem jego prezencja sceniczna zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Skradł moje serce bezpretensjonalną lekkością, luzem, wesołością, która do tej konwencji pasowała znakomicie.

Pratt non stop nawiązywał kontakt z fanami w pierwszych rzędach, wymieniał uśmiechy, gesty, głupie miny – ale nigdy nie przekroczył granicy pajacowania. Swoim sposobem bycia podkreślił, że muzyka Pink Floyd bywa nie tylko poważna, a do tego udowodnił że basista Pink Floyd może być sympatycznym człowiekiem. Jego „tańce”, podskoki, kopniaki w powietrze podczas Fearless były… no, nieustraszone. Zdecydowanie był to jeden z najfajniejszych momentów tego koncertu, właśnie ze względu na tę urzekającą bezpretensjonalność i luz. Tak było już do końca gigu, jednak właśnie w Fearless to dostrzegłem. Guy – masz jednego fana więcej!

Następnie zespół przeskoczył do wydanej w 1972 roku płyty Obscured By Clouds, by wykonać elektroniczno-ambientowy, mocno psychodeliczny utwór tytułowy i zdecydowanie bardziej rockowy When You’re In. Następnie Nick pięknie wspomniał o Ricku Wrightcie – co było ważne, bo w końcu Syd Barrett to nie jedyna niezwykle ważna w świecie Pink Floyd postać, która nie jest już częścią tego fizycznego świata. W następstwie tej wypowiedzi zespół zagrał przepiękny utwór, który napisał i oryginalnie zaśpiewał właśnie Rick Wright – Remember a Day z wydanego w 1968 roku albumu A Saucerful of Secrets. Po czym sięgnął ponownie po materiał Sydowy i to ten nie-albumowy – rozbrzmiał bowiem Arnold Layne, czyli utwór z debiutanckiego singla, wydanego jeszcze przed albumem.

Potrafię sobie wyobrazić, że część publiczności, znającej repertuar Pink Floyd jedynie z albumów, zetknęła się z tym materiałem po raz pierwszy właśnie na tym koncercie. Jeszcze pół biedy, gdy jakiś utwór – jak Arnold Layne – został wydany, na przykład na singlu. Co jednak, gdy mamy do czynienia z piosenką nieukończoną, jedynie planowaną jako część drugiego albumu lub trzeci singiel? Takim właśnie utworem było Vegetable Man – utwór, który pisał Syd Barrett, ale którego nie dokończył. Piosenka autobiograficzna, totalnie jajcarska – aż trudno uwierzyć, że to Pink Floyd. Ale taki właśnie był Syd Barrett i słuchając tak osobistych jego kompozycji, jak Vegetable Man, można było poczuć, jakby był obecny gdzieś niedaleko sceny.

Nie pominięto niekoniecznie uwielbianego albumu Atom Heart Mother z 1970 roku. Połączono If i tytułowy utwór, wplątując ten drugi w formie interludium do tego pierwszego. Oczywiście w wersji bez orkiestry dętej i chóru – czyli w wersji bardziej zgodnej z pierwotną. Nie zabrakło też reprezentantów bardzo specyficznej, trzeciej płyty Pink Floyd, jaką było More – rozbrzmiały więc zarówno iście hardrockowy The Nile Song (chociaż, Nick sobie już aż tak nie pozwalał jak w 1969 roku), jak i piękny Green Is the Colour.

Im bliżej końca, tym więcej znanych utworów. Oczywiście na przeboje z Wish You Were Here i późniejszych płyt nie było co liczyć, ale i w pierwotnym okresie zespół nagrał kilka utworów, które przeszły do kanonu. Do takich można z pewnością zaliczyć Let There Be More Light z A Saucerful of Secrets, który wypadł jeszcze bardziej opętańczo, niż oryginał. Następnie poleciał solidnie gruwiący, klasycznie rockowy Childhood’s End z Obscured By Clouds.

No dobrze, ale na scenie cały czas tak ładnie wdzięczył się do publiczności wielki gong, umieszczony za zestawem perkusyjnym, a ciągle nie był użyty. Ale w końcu nadszedł ten moment. Zanim to się jednak stało, Nick wygłosił kolejną anegdotkę i zapowiedział, że zagra na nim nie tylko on, ale i Guy. Oczywiście stało się to podczas Set the Controls for the Heart of the Sun. Moment ten opatrzono nadzwyczajną oprawą świetlną, która do spółki z brzmieniem sprawiła, że atmosfera zrobiła się… po prostu kosmiczna.

Następnie, dla rozluźnienia atmosfery, kolejna wybitnie piosenkowa… piosenka, czyli drugi nie-albumowy singiel – See Emily Play. Potem zrobiło się jeszcze bardziej niedorzecznie, przy karykaturalnym Bike z pierwszego albumu. Nastrój znów zrobił się podniosły, a wręcz hardkorowy, przy żywiołowo przyjętym przez publiczność One of These Days.

To jednak nie był koniec występu, nie mogło bowiem obejść się bez obowiązkowego dla artystów tego formatu segmentu bisowego. Na początek kwintesencja psychodelii, czyli A Saucerful of Secrets, a na sam koniec Point Me at the Sky – piąty singiel i zarazem pierwsza kolaboracja Gilmoura i Watersa, czyli zwiastun tego, co miało nadejść dla Pink Floyd w przyszłości… Ale to temat na inną opowieść, a także inny koncert.

Wychodziłem z Torwaru szczerze zachwycony. Koncert usatysfakcjonował mnie na każdym możliwym poziomie. Przede wszystkim, obserwowanie żywej legendy, wciąż z pasją walącego w bębny, niemłodego już przecież Nicka Masona, było doświadczeniem transcendentalnym.

Był to świetny koncert nie tylko z punktu widzenia repertuaru – przekrój przez początkową, nie najsłynniejszą, ale szalenie istotną ciekawą erę w karierze jednego z największych zespołów rockowych na świecie. Był to zwyczajnie także jeden z najlepszych koncertów pod względem technicznym, na jakich byłem. Zarówno wykonania, brzmienie, jak i produkcja stały na najwyższym poziomie. Jechałem na ten koncert trochę bez wysokich wymagań – w końcu wydawało się, że nie jest to ani specjalnie wirtuozerski materiał, który nie wymaga nie wiadomo jakich umiejętności od muzyków, ani nie reprezentuje on ery, która „zasługuje” na niebywałą oprawę. I tak też było, bo zabrakło „cudów”, z których słyną późne występy Floydów, a z których pełnymi garściami czerpią obecnie Gilmour i Waters.

Natomiast w obrębie skali i konwencji, jaką obrano, koncert dopracowany był w absolutnie najmniejszych detalach. Oprawa świetlna, animacje wyświetlane w tle, brzmienie i nagłośnienie stały na najwyższym poziomie. Muzycy świetnie rozumieli się na scenie i widać było, jak wiele radości sprawia im wspólne granie tego repertuaru, nawet podczas ostatniego koncertu w trasie. Ponadto widać było, że materiał jest świetnie ograny; muzycy pozwalali sobie na wiele smaczków. Muzyka nabrała kompletnie nowego życia w tych wersjach, a zarazem aranżacje przygotowano z szacunkiem do oryginałów. To była prawdziwa uczta i niebywała przyjemność, poza tym należy pamiętać, że być może była to także niepowtarzalna okazja, by zobaczyć Nicka Masona za zestawem perkusyjnym grającego repertuar Pink Floyd. Wprawdzie sam Nick nadal nie wyklucza, że coś się może w tym temacie w przyszłości jeszcze wydarzyć, ale trzeba patrzeć na sprawę realistycznie – z biegiem czasu szanse maleją, muzycy nie robią się coraz młodsi.

Cieszę się, że postanowiłem pojechać na ten koncert i dostąpiłem niewątpliwego zaszczytu podziwiania prawdziwej legendy na scenie. Jeśli rzeczywiście nadarzy się kolejna okazja, by spotkać się z Nickiem Masonem, w jakiejkolwiek sytuacji, na pewno z niej skorzystam. Oby tylko stało się to prędzej, niż za kolejne 14 lat.