Szmat czasu minął odkąd widziałam Now, Now na żywo. Byli wtedy trio, nocowali po ludziach, zachwycali się smakiem cebulowych chipsów i mieli wielki potencjał na to, żeby stać się jednym z ważniejszych zespołów na świecie. Od 2012 roku zmieniło się tylko to, że z trio został duet. Ich powrót do Londynu był dość niespodziewany, bo nie wydali jeszcze ani nowej płyty, ani nawet EPki, ale jak się okazuje mieli do kogo wracać. Zagrali wyprzedany koncert w Omeara, a ze sceny schodzili z wielkimi uśmiechami i łzami w oczach.

Wyprzedanie koncertu w klubie, który mieści 350 osób być może nie jest wielkim wyczynem, ale na mnie zrobiło to wrażenie. Jednak uważam, że to spory sukces, że zespół który milczał przez kilka lat, niedawno zaczął prezentować nowe utwory, ale robi to zdaje się, że własną wytwórnią płytową, a nie z pomocą giganta z workiem pieniędzy, przylatuje do Londynu i ma dla kogo grać. I to nie dla byle kogo, bo ludzie zebrani w Omeara znali każdą piosenkę!

Każda – nową, starą. Śpiewali ile sił w płucach, skakali, piszczeli i naprawdę wynieśli ten koncert na niesamowity poziom.

Sam zespół niebywale się też rozwinął. Za zmianą brzmienia, która notabene wcale nie jest aż tak znaczna, jak mogłoby się wydawać słuchając singla SGL, czy Yours, poszedł pełen koncertowy profesjonalizm. Do Cacie i Brada dołączyło na scenie dwóch muzyków, gitarzysta przypominający Jacka Antonoffa lub amerykańską wersję Krzysztofa Zalewskiego, oraz schowany w kącie basista.

Wszyscy brzmieli rewelacyjnie, byli pewni siebie, komfortowo czuli się na scenie i w dodatku mieli opanowane różne choreografie, wspólne tańce i zaczepki. Było w tym mnóstwo uroku, radości, a przed moimi oczami pojawiło się  Now, Now na dużo wyższym poziomie niż pamiętałam ich z dwóch koncertów z 2012 roku.

Z dobrze rokującego zespołu stali się zespołem pewnym siebie i umiejącym tą pewność przerodzić w koncert, którego mogą im pozazdrościć topowi artyści. Wiem co mówię. Może trudno w to uwierzyć, ale nie każdy, a wręcz relatywnie niewielu bardzo popularnych artystów, którzy są na scenie latami i grają dziesiątki koncertów rocznie, ma charyzmę wystarczającą, żeby wychodząc z koncertów zbierać szczękę z podłogi.

Now, Now czarują muzyką, osobowością i szczerością, która od nich bije. To jest piękne!

Cacie wciąż śmiga na gitarze i klawiszach. Wciąż dobrze śpiewa i ewidentnie było jej bardzo miło, że na koncert przyszli prawdziwi fani. Brad, równie pozytywnie zaskoczony reakcją ludzi, szalał na perkusji i co jakiś czas zabierał głos, żeby powiedzieć, jak niesamowicie gra im się w Londynie.

Podkreślała to też Cacie, co dawało do myślenia, że chyba w Stanach Zjednoczonych nie są przyjmowani z taką radością i euforią. Być może tutaj, tzn. na Wyspach, udało im się zbudować znacznie większą bazę fanów. Jeśli tak to powinni zastanowić się, czy to aby nie jest dobre miejsce do jej rozbudowywania, bo patrząc na pojawiające się nowe utwory nie planują rzucać muzyki w kąt, a na Wyspach są ludzie, którzy na pewno będą ich wspierali.

Muzykę mają naprawdę dobrą i naprawdę wartą uwagi. W koncertowych, żywych i energicznych aranżacjach sprawdza się równie dobrze, jak słuchana w domu, z głośników dla relaksu. Nie bez powodu Now, Now to jeden z najczęściej słuchanych przeze mnie zespołów. Nie bez powodu też tylko im (przynajmniej na razie) udało się nakłonić mnie do zamówienia w przedsprzedaży płyty z koszulką i plakatem. Wspominałam o tym przy okazji muzycznych szortów, w których prezentowałam singiel Yours. Bardzo chętnie ich wspieram, będę to robić nadal i mocno wierzę w to, że pewnego dnia uda im się odnieść sukces.

Niekoniecznie sukces w pojęciu pierwszego miejsca na liście sprzedaży, przebojów, czy zysków z tras koncertowych, ale że dobiją do punktu, w którym będą mogli po prostu żyć z muzyki. Grać koncerty, cieszyć ludzi i czuć, że to co robią jest dla kogoś ważne i komuś potrzebne.

Podczas koncertu zagrali piętnaście utworów. Były zarówno piosenki z ostatniej płyty, te najnowsze oraz utwory bside’owe. Schodząc ze sceny uścisnęli się, a ja miałam wrażenie, że właśnie spełnili jedno ze swoich marzeń – zagrali koncert, na który przyszli ludzie, którzy wychodząc z klubu chcieli jeszcze, chcieli więcej i czuli gigantyczny niedosyt. Dzięki takim koncertom człowiek czuje, że żyje i wie, za co kocha muzykę.

Now, Now są jak przyjaciele z sąsiedniego domu. Wpadają na chwilę, niby tak zwyczajnie, skromnie i po cichu, ale wcale nie macie ochoty się z nimi żegnać. Gdy trzeba, potrafią być liryczni i melancholijni. Innym razem macie ochotę z nimi potańczyć, a za chwilę poskakać. Są tacy, jak my – zwyczajni, a ich niezwykłość polega na tym, że doskonale ulokowali swój talent. Dajcie Now, Now szansę, posłuchajcie, bo naprawdę nie sądzę, żebyście się zawiedli.

Pełna galeria zdjęć z koncertu:

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Podobne Posty