Katy Perry była ostatnią artystką, którą posądzałabym o to, że uratuje wizerunek popu w 2017 roku. Zwłaszcza po trzech pierwszych singlach, jakie wypuściła. Na szczęście zaskoczenia są zawsze tam, gdzie najmniej się ich spodziewamy. Od kilkudziesięciu godzin chodzę z głową dumnie podniesioną do góry, bo wiem, że opłacało się ryzykować i w ciemno, bez znania albumu, kupować bilet na przyszłoroczną trasę koncertową Katy!

Do tej pory 2017 upływał pod znakiem jednego pozytywnego zaskoczenia, kilku solidnych rozczarowań i kilku akceptowalnych premier. W ostatnim czasie Katy oberwała ode mnie wiele razy. Nawet za zaangażowanie się w American Idol. Jednak najbardziej mogłaby oberwać po premierze singla Swish Swish, duetu z Nicki Minaj. Nie oberwała tylko dlatego, że byłam tak wstrząśnięta i zmieszana, że dosłownie mnie zatkało. Nie będę słodzić – to jest okropna piosenka, potwornie męcząca.

Na moją pozytywną ocenę kondycji amerykańskiego popu nie wpłynęła nawet Halsey, która w ubiegłym tygodniu wypuściła precyzyjnie wygenerowane hopeless fountain kingdom. Przypuszczam, że gdyby Katy nie zapowiedziała europejskich koncertów tak wcześnie, a ja nie stanęłabym pod ścianą pamiętając, jak świetnie było na Prismatic Tour, odłożyłabym lekturę Witness na… lepszy czas.

Reguła kiepskiego pierwszego singla jest powszechnie znana, więc w przypadku Katy istniała nadzieja, że im dalej, tym bardziej lepiej. Problem był tylko jeden – ja się w Chained to the Rhythm nieźle wkręciłam, a potem rozczarowałam Bon Appétit i tym nieszczęsnym Swish Swish. W czerwcu po lutowym wkręcaniu w krainę uroczego Chomika – zapraszam w playerek – nie było śladu.

Katy Perry ma coś w sobie, co sprawia, że zawsze wchodzi w życie trochę, jak taki grom z jasnego nieba. Można ją albo polubić od razu, albo nigdy nie przekonać się do jej muzyki. Jednocześnie bycie jej fanem wcale nie jest łatwe, bo pomiędzy One of the Boys a Teenage Dream jest spora przepaść. Prism z kolei, mimo wszystko kojarzę najmniej.

Jakie jest więc Witness?

Zaskakujące. Oczywiście dla mnie przede wszystkim z powodu tych nieudanych duetów, ale też z innego. Długo zastanawiałam się, czy Katy ma w ogóle pomysł, plan, wizję tej płyty. Ostatecznie to, z czego słynie to konkretnie wykreowana wizja każdego albumu, co później przekłada się na scenariusz trasy koncertowej.

Pierwszy utwór pojawił się w lutym, kolejny dopiero w kwietniu i ostatecznie nie byłam nawet pewna, czy krążek ukaże się jeszcze w tym roku. Pojawiły się plotki, że ma być to dopiero marzec 2018. Wydawało mi się to dziwne, biorąc pod uwagę liczbę już wydanych piosenek, ale jednocześnie dawało nadzieję, że album będzie na poziomie, a te single to tak tylko ot, preludium.

Podeszłam do przesłuchania Witness z dystansem, ze spokojem i pewnym zrezygnowaniem. Wyłączyłam Witness wiedząc, że Katy Perry uratowała wizerunek popu w 2017 roku.

Idąc trochę w ślady Hayley Williams napisała album, tekstowo, momentami naprawdę tak gorzki, że człowiek aż się zastanawia, co się dzieje w jej życiu, że pisze takie piosenki. I co się dzieje, że w kilku piosenkach przeklina, czego na płytach nie robi często, żeby nie powiedzieć, że nie robi praktycznie wcale.

Prawie wszyscy recenzenci tej płyty, mam tutaj na myśli tych piszących dla ważnych serwisów, krytykują ten materiał. Piszą, że sztampowa płyta, że zmierza donikąd, że Katy miała lepsze i że utwory są przesadzone w produkcji. Tymczasem ja sobie siedzę, czytam ich opinie i zastanawiam się, czy słuchali tej samej płyty, czy może mają jakąś inną. Może słuchali wersji demo?

Tak oto potwierdza się to, co powszechnie wiadome – każdy ma swoje zdanie, każdemu podoba się coś innego. Potwierdza się też to, co po wydaniu poprzedniej płyty powiedziała Katy. Zapytana w jakimś wywiadzie, co planuje dalej, powiedziała, że w zasadzie nie ma znaczenia, co wyda, bo cokolwiek to nie będzie, i tak posypie się dużo krytycznych komentarzy.

Dla mnie, w obliczu hopeless fountain kingdom, Witness to nie jest krążek przesadzony

Nie jest przesadzony w żadną stronę, a już na pewno nie jest przesadzony produkcyjnie. Na dobrą sprawę nawet to Bon Appétit i  Swish Swish są w porządku, gdyby wyrzucić z nich gościnne występy. Bardzo mi się podoba, że wokal Katy jest na tej płycie na pierwszym planie i brzmi, jak jej głos, a nie głos robota z komputera. Bardzo mi się podoba, że nie schowano go pod warstwą stu dziesięciu ścieżek i dziwnych instrumentów. Być może nie jest to zbyt modne, i sądząc po tych recenzjach właśnie tak jest, ale ja to doceniam.

W dodatku bardzo chętnie wracam do słuchania Witness, czego o hopeless fountain kingdom niestety nie mogę powiedzieć. Przynajmniej na razie, bo wierzę, że pewnego dnia to się zmieni i docenię nowy materiał Halsey. Na razie walkę o uratowanie wizerunku popu w 2017 roku zdecydowanie wygrywa Katy!

Na liście moich ulubionych piosenek znajdują się, kolejno: Roulette, Deja Vu, Power, Save As Draft i pochodzące z wersji deluxe, Dancing With The Devil

Zwróciłam też uwagę na ciekawe otwarcie Witness, Into Me You See przypominające mi piosenkę Pearl wydaną siedem lat temu na Teenage Dream i Act My Age, które byłoby idealną piosenką też dla Avril Lavigne. Gdybym miała wybrać jedną ulubioną to byłoby to Dancing With The Devil, ale wahałabym się, czy nie wskazać na Power, które też ma w sobie sporo mroku, który lubię.

Dlaczego Katy Perry uratowała wizerunek popu w 2017 roku? Wydała płytę, która pokazuje, że w XXI wieku, w 2017 roku, można nagrać popowy album przyjemny dla ucha i pokazujący ludzki udział w jego tworzeniu. Bardzo przyjemnie słucha mi się tego materiału. Doceniam różne smaczki, które w nią włożono, np. to już wspomniane otwarcie tytułowej piosenki, ale jeszcze bardziej doceniam, że nie pociągnięto tego za daleko i ten album, po prostu, brzmi dobrze.

Nie mogę się już doczekać oprawy światowej trasy koncertowej promującej tę płytę. Znając Katy, show będzie precyzyjnie dopracowane i pewnie znów bliżej mu będzie do teatralnego musicalu niż do typowej trasy koncertowej. Katy, widzimy się w przyszłym roku!