Po raz pierwszy od trzech tygodni rozpakowałam walizkę. Miło jest znów osiąść na dłużej, spotkać się z przyjaciółmi, nadrobić kinowe zaległości. Wyspać się we własnych łóżku, ale jakoś to wracanie do stabilnego, codziennego życia średnio mi wychodzi. Może za bardzo się rozleniwiłam? 

Wyjazd do Londynu został przypieczętowany przez zdrowe śniadanie z Whole Foods i uroczą wiewiórkę wpatrzoną we mnie w drodze na lotnisko. To niesamowite, jak w tak wielkim mieście bez żadnego trudu można spotkać oswojone zwierzęta. Parki pełne są nie tylko wiewiórek i gołębi, ale też kaczek, łabędzi… Wystarczy wejść do parku, żeby poczuć się z dala od miasta, od zgiełku zatłoczonych ulic i wiecznie spóźnionych mieszkańców. Lubię Londyn. Gdy trzeba jest dziki i szalony, ale potrafi być kojący i spokojny.

Brakuje mi tego w moim mieście, gdzie od ulicznego zgiełku nie za bardzo da się uciec. W parkach nie ma sympatycznych rudych zwierzątek, są za to ludzie wyprowadzający psy na spacer. Bardzo lubię psy, sama chciałabym mieć psa, gdybym miała dla niego czas, ale mojego zaufania nie wzbudzają duże czworonogi biegające dookoła mnie bez smyczy.

Gdy tak teraz o tym piszę, dochodzę do wniosku, że w Londynie jest mniejszy odsetek psów w parkach niż wiewiórek. Wracając jednak do zdjęć, bo to one miały być główną atrakcją tego wpisu. To Londyn w moim obiektywie we wrześniu 2015 roku. Rozmaite miejsca, głównie jednak parki. Klasyczny Big Ben prawie też się załapał.