Hey Charlie odkryłem, gdy Charli XCX zakończyła cykl promocyjny albumu Sucker. Nie jest żadną tajemnicą, że ogromną sympatią darzyłem jej ówczesną perkusistkę, Debbie Knox-Hewson, która po zakończeniu przez Charli cyklu Sucker i rozmontowaniu świetnego zespołu, rozglądała się za nową „fuchą”. Niedługo później Debbie zapowiedziała, że dołącza do Hey Charlie – zabawne podobieństwo nazw jest czysto przypadkowe! Dodałem więc sobie profile zespołu na wszystkich możliwych portalach społecznościowych, czekając na zapowiedź jakiegoś gigu.

Zapowiedzi się nie doczekałem, a jakiś czas później okazało się, że drogi Debbie i Hey Charlie w niewyjaśnionych okolicznościach się rozeszły. Jednak nadal obserwowałem zespół na portalach społecznościowych i opublikowany w pewnym momencie kilkusekundowy fragment koncertu przykuł moją uwagę – to brzmiało całkiem ciekawie! Spodziewałem się bardziej zwyczajowego, minimalistycznego i niezainspirowanego pitupitu w stylu indie, jakiego teraz pełno. Tymczasem usłyszałem organiczny gitarowy rock z krwi i kości z zaczepnymi, „dziewczeńskimi” wokalami. Mimo braku Debbie, czekałem dalej na wieści z zamiarem wybrania się na jakiś lokalny koncert w Londynie.

Przygotowanie zespołu do prezentowalnej formy zajęło dziewczynom trochę czasu. Grały czasem małe rozgrzewkowe koncerty w pubach, jednak nie były one anonsowane z wyprzedzeniem, co uniemożliwiło wybranie się na takowy. Uznałem, że najwidoczniej Hey Charlie nie jest jeszcze gotowe, by w sposób „oficjalny” pokazać się światu. Ten stan rzeczy zmienił się, gdy raptem miesiąc temu zespół wypuścił wreszcie pierwszy singiel i towarzyszący mu teledysk. Gig w Sebright Arms był pierwszym zapowiedzianym z wyprzedzeniem występem w Londynie, nie mogłem więc przepuścić takiej okazji i na własne uszy i oczy przekonać się, czy rzeczywiście warto było czekać.

Zacznę więc może od przedstawienia zespołu 🙂 Po prawej, na gitarze basowej i wokalu – Sophie Scott. Dziewczyna cztery lata temu przygotowywała się do rozpoczęcia solowej kariery, ale po poznaniu Lizz zdecydowała się na uformowanie klasycznego zespołu rockowego. Z dużą i ciężką gitarą basową niewiasta radzi sobie doskonale, zapewniając precyzyjnie zgraną z perkusją rytmiczną podstawę każdej kompozycji Hey Charlie. Bas nie jest tu jedynie wypełnieniem; to równorzędny z gitarą instrument który otwiera i pcha do przodu większość piosenek. Sophie bardzo sprawnie posługuje się palcami, zapewniając miękki, głęboki, a zarazem wyrazisty dźwięk swojemu instrumentowi. Jej bardzo wysoki, wręcz „słodki” głos jest czymś, co z miejsca wyróżnia brzmienie zespołu.

Po lewej, na gitarze elektrycznej i wokalu – Lizz Steichen. To „druga połowa” Hey Charlie, wypełniająca średnie i wysokie częstotliwości masywnym, przesterowanym brzmieniem, wyjętym wprost z grunge’owych nagrań lat 90-tych. Grane przez nią riffy bywają nieprzewidywalne i w ciekawy sposób uzupełniają się z zagrywkami basu. Nie ma tu może wysublimowanych wstawek na miarę Carmen Vandenberg, ale też nie tego należy szukać u Hey Charlie. Głos Lizz jest nieco niższy niż Sophie, dzięki czemu ich wokale na koncercie świetnie się uzupełniają.

Pośrodku, na perkusji – Lauren O’Donnell Anderson. Pierwsze, co ciśnie mi się na usta – cóź, to nie Debbie. Ale ocenianie jej przez ten pryzmat byłoby niesprawiedliwe. Zresztą, dziewczyny mają co najmniej jedną wspólną cechę – obie mają za sobą solidne szkolenie w BIMM. Lauren jest bardzo solidną i kreatywną perkusistką. Twardo osadzony beat, precyzyjnie egzekwowane pauzy, świetne operowanie dynamiką, solidne zgranie z basem i smakowite, techniczne wstawki. Potrafi z wyczuciem wstawić przyjemny, nieregularny beat osadzony na ride w połowie zwrotki, wzbogadzając dynamikę utworu.

W trakcie półgodzinnego setu dziewczyny zaprezentowały ok. 8-9 autorskich kompozycji. Ciężko zaszufladkować ich styl i bardzo dobrze – o to chodzi w muzyce. Instrumentalnie to mocno inspirowany dokonaniami sceny grunge lat 90-tych solidny, skoczny, momentami ciężki rock. Nie ma tu żadnej elektroniki, brzmieniowo nic nie sugeruje, że mamy rok 2017 i mówię to w najlepszym możliwym sensie. Dziewczyny doskonale rozumieją dekadę, w której się urodziły i celebrują ją w bardzo autentyczny sposób. W utworach znaleźć można między innymi riffy mocno inspirowane Nirvaną i nie brzmią one ani trochę słabiej, niż na kultowym albumie Nevermind.

Same kompozycje i ich aranżacje bardzo pozytywnie zaskakują. Różnią się od siebie w sposób wyrazisty, każda jest w innym tempie, a często dochodzi także do jego zaskakującej zmiany w obrębie tej samej piosenki. I mówię tu o prawdziwych zmianach tempa – zwykłe zmiany podziału rytmicznego są bowiem na porządku dziennym, a do tego dochodzą ekscytujące i dynamiczne zmiany tempa, ubarwiające przykładowo środkową część oddzielającą drugą od trzeciej zwrotki. Zespół umiejętnie operuje także pauzami i biorąc pod uwagę, że w teorii gra najprostszą odmianę rocka i piosenki trwają 3-4 minuty, bogactwo aranżacyjne i różnorodność tematów na tak wczesnym etapie kariery robią ogromne wrażenie.

Wokale to element zdecydowanie wyróżniający Hey Charlie w gąszczu młodych zespołów.

W kontraście z mrocznymi, ciężkimi riffami są bowiem bardzo melodyjne, wpadają w ucho i śpiewane są bardzo wysokimi głosami. Kojarzą się zdecydowanie bardziej z muzyką pop. Głosy Sophie i Lizz są bardzo różne, a do tego by podkreślić tę różnicę, wokal Sophie przepuszczony jest przez kilka efektów, co dobrze brzmi w trakcie piosenek, ale na czas spontanicznych wypowiedzi do mikrofonu między piosenkami efekty te powinny być wyłączone, bo nie brzmi to najlepiej i utrudnia zrozumienie tego, co mówią jeszcze nieco mało charyzmatyczne frontmanki.

No właśnie, frontmanki, bo po obejrzeniu i wysłuchaniu występu ciężko ocenić, kto jest liderem formacji. Początkowo wydawało mi się, że Sophie (jej osobowość i aura zdecydowanie wybijają się na tle koleżanek), ale dziewczyny zdają się dzielić obowiązki wokalne między siebie po równo. Obie także mają kilka momentów, w których śpiewają solo i te momenty zdają się być dobrze dobrane zważywszy na różne walory wokalne obu pań. Poza tym jest trochę zaczepnego skandowania, trochę próbowania się w harmoniach – ale tutaj do perfekcji jeszcze trochę brakuje. Zdarza się, że dziewczyny nie trafią w dźwięk, czasem też trochę się „rozjadą” rytmicznie, ale biorąc pod uwagę, że to przecież wciąż młody i debiutujący na scenach zespół, jest naprawdę nieźle.

Mamy więc autentyczny, organiczny rock, który w ciekawy sposób łączy brudną, ciężką muzykę gitarową, kojarzącą się raczej z „twardymi” facetami i na wskroś żeńskie, delikatne wokale. Swoją dziewczeńskość zespół podkreśla także konsekwentnie budowanym wizerunkiem scenicznym – Hey Charlie na scenie zawsze pojawia się w takich samych kostiumach, kojarzących się ze strojami amerykańskich cheerleaderek – białe, krótkie spódniczki, czerwone bluzeczki i czarne podkolanówki. W zestawieniu z twardym brzmieniem wygląda to obłędnie, do tego ze sceny wylewa się energia – długie blond włosy latają na lewo i prawo, a między członkiniami w trakcie grania dostrzec można prawdziwą chemię, profesjonalną muzykalność i zwyczajną, szczerą radość z grania muzyki na żywo.

Z jednej strony mamy więc do czynienia z debiutem, który dopiero stawia pierwsze kroki na małych scenach brytyjskich klubów. Z drugiej strony Hey Charlie to projekt przygotowywany od paru lat i składający się z muzyków, którzy już żółtodziobami nie są. Teraz przyszła czas na ofensywę i podbijanie muzycznego świata, w którym tradycyjna muzyka gitarowa zdaje się schodzić na coraz dalszy plan, ustępując miejsca komputerom, elektronicznym beatom i rapującym murzynom.

Miło widzieć estetycznie prezentujące się dziewczyny, które idą pod prąd i nadal wierzą w coś, co już dawno wyszło z mody.

Na zakończenie setu Sophie, Lizz i Lauren wykonały swój pierwszy singiel, będący zarazem jedynym opublikowanym dotąd kawałkiem – Hey. Zabrzmiał on na żywo znacznie potężniej, niż na nie najlepiej wyprodukowanym nagraniu studyjnym. Oglądając ich występ pomyślałem sobie, że gdybym był łowcą talentów w jakiejś dużej wytwórni, natychmiast podpisałbym z nimi wieloletni kontrakt płytowy i rzucił w nich garścią banknotów, by wyprodukować im dobry album z dobrym producentem. A producentowi podpowiedziałbym, aby ich do granic swoich możliwości w obu kierunkach – niech pojawi się w ich repertuarze coś skrajnie szybkiego, krzykliwego i punkowego, a z drugiej strony zaeksperymentujmy z czystym brzmieniem, zróbmy coś na wzór ballady. Liczę na to, że Hey Charlie nadal będzie poszerzać swoje horyzonty i wzbogacać brzmienie, bo już teraz jest pod tym względem naprawdę obiecująco.

Warto śledzić ich karierę – ja wróżę formacji świetlaną przyszłość. Zresztą, już dziś, raptem dzień po supportującym występie w Sebright Arms, dowiedziałem się, że pod koniec miesiąca zespół zagra także headlinowy gig w tym samym klubie, gdzie na pewno mnie nie zabraknie. A ponadto dołączył do festiwalowego line-upu na British Summer Time w Hyde Parku, gdzie będzie jednym z supportów Green Day’a.

Kariera Hey Charlie już więc nabiera wiatru w skrzydła – a jeszcze w tym roku ma się także ukazać co najmniej EPka z kolejnymi piosenkami. Mam nadzieję, że będzie lepiej wyprodukowana i będzie lepiej odzwierciedlać brzmienie zespołu na żywo.