Oh Wonder zagrali w Poznaniu, a ja spełniłam obietnicę! Wszak obietnice są po to, żeby ich dotrzymywać. Obiecałam sobie, że tej jesieni w pierwszej kolejności będą interesowały mnie koncerty artystów, których nie widziałam w tym roku lub nie widziałam ich z materiałem, który właśnie prezentują. Złamałam te zasadę raz – idąc na trzeci w tym roku koncert Amy Macdonald. Dotrzymałam obietnicy wybierając się na koncert duetu Oh Wonder.

Przyjechali do Poznania w ramach mini trasy koncertowej po Polsce obejmującej aż trzy miasta. Zagrali w hali MTP 2 i chociaż nie są zespołem z mojej pierwszej trzydziestki najczęściej słuchanych, szybko policzyłam powody, dla których powinnam na ten koncert pójść.

Podstawowe jest taki, że trzeba poznawać nową muzykę na żywo, żeby nie zakopać się w twórczości artystów, którzy ostatnio mnie zawodzą. Tak, nawiązuje do płyt, które ostatnio recenzowałam i które nie zwaliły mnie z nóg. Drugi powód był taki, że głupio byłoby nie skorzystać z okazji, że zagraniczny artysta, którego muzyka nie jest mi bardzo obca, gra w Poznaniu.

Niestety, ale trend minimalnej liczby koncertów zagranicznych artystów w Poznaniu utrzymuje się niezmiennie od kilku lat. Skorzystałam więc i spędziłam piątkowy wieczór w towarzystwie Oh Wonder. I kilkuset ludzi, którzy podjęli tę samą decyzję, co ja.

Pierwotnie nie zakładałam, że będę słuchała koncertu supportu. Laurel jest mi obca, a doświadczenia supportowe mam tak różne, że po całym dniu na nogach, wykładzie i pracy, wolałam spędzić trochę czasu w domu. Ostatnio różnie dogaduję się z komunikacją miejską i tym razem traf chciał, że weszłam do MTP 2 akurat, gdy Laurel była w połowie pierwszej piosenki. Wysłuchałam więc całego występu utwierdzając się w przekonaniu, że zapanowała moda na supporty złożone z wokalistki bądź wokalisty śpiewającego i akompaniującego sobie na gitarze. Tańsze, szybsze w obsłudze i wygodniejsze są takie supporty, to na pewno.

Laurel wspominam sympatycznie, ale nie wyrwało mnie w kosmos i myślę, że pełen zespół by jej nie zaszkodził. Nosowym wokalem przypominała mi Lynn Gunn z PVRIS, chociaż zdecydowanie lepiej radziła sobie wokalnie niż Lynn… Muzyką momentami pachniało inspiracjami Florence and the Machine.

Czekając na Oh Wonder zajęłam miejsce przy ścianie i rozmyślałam, jak Hala nr 2 Międzynarodowych Targów Poznańskich zmieniła się przez te wszystkie lata, jak ją pamiętam. Trochę się zmieniła, dodano kilka nowych zdjęć koncertowych na ścianach, kilka plakatów planowanych koncertów, ale to wciąż nie jest miejsce z duszą i klimatem. Widać i czuć, że jest to hala targowa, wystawowa, wysoka, wąska. Z dożynkowym jedzeniem na wejściu, które za każdym razem szokuje mnie tym, że w ogóle tam jest.

Z drugiej strony cieszę się, że udało się ją zaadaptować na miejsce koncertów, bo dzięki temu Poznań zyskał obiekt sporych rozmiarów (porównując do klubów w centrum miasta), w którym można organizować koncerty i który spełnia wymagania zagranicznych artystów.

Oh Wonder wyszli na scenę punktualnie, radośnie przywitani przez fanów. Mi udało się zająć miejsce w drugim rzędzie, co prawda mocno z boku, ale było mi to bardzo na rękę i na pewno nie popsuło moich koncertowych wrażeń.

Nie do końca wiedziałam, czego mogę się spodziewać. Nie powiem, żebym poszła na koncert w ciemno, bo znałam wszystkie grane utwory, ale nigdy nie oglądałam ich występów, więc nie wiedziałam, jak Oh Wonder prezentuje się, jako performer. Okazało się, że jako duet dobrami są świetnie. Josephine praktycznie cały czas kurczowo trzymając się klawiszy, okazuje emocje głównie gestykulując, zaś Anthony to sceniczny wulkan energii, którego twarz przeżywa, wykręca się od emocji, a on sam ledwo może ustać w miejscu.

Było to dla mnie o tyle zaskakujące, że to wokal Josephine bardziej zwraca moją uwagę i mam wrażenie, że nadaje utworom Oh Wonder magicznego pierwiastka, wyjątkowość i definiuje ten zespół. Tymczasem okazało się, że Anthony ze spokojem mógłby ciągnąć solowy projekt. Ewentualnie szaleć, jako ekscentryczny frontman jakiejś kapeli.

Muzycznie spędziłam bardzo miły, nastrojowy wieczór utwierdzając się w przekonaniu, że Oh Wonder nie oszukuje na swoich albumach.

Brzmią na żywo bardzo dobrze i może nie opanowali jeszcze najwyższej sztuki skradania ludzkich serc energią, ale są niesamowicie sympatyczni, i co najważniejsze, potrafią odtworzyć na żywo to, co można usłyszeć na albumach. W dodatku decydują się na rozbudowywanie piosenek dłuższymi partiami instrumentalnymi. Nie spodziewałam się tego, bo wydali już dwa albumy studyjne i mają na tyle dużo utworów, że bez problemu mogliby zająć półtorej godziny.

Tymczasem wybrane piosenki są wydłużone, ale Oh Wonder robią to w bardzo rozważny sposób. Nie przeciągają piosenek niepotrzebnie, nie tworzą z nich kawałków rodem z albumów Metalliki, gdzie jedna piosenka potrafi trwać 10 minut. Nie każdy jest Metalliką, nie każdy potrafi zrobić to dobrze i znośnie dla słuchacza. Jedną z rzeczy, których bardzo nie lubię na koncertach są utwory 3 i pół minutowe zagrane na 10 minut, gdzie przez pięć ktoś katuje publiczność mało pokrywającą solówką.

W temacie solówek to jednym z milszych akcentów wieczoru był wspólny występ z bratem Josephine, który zagrał na saksofonie. Bardzo przyjemny dla ucha smaczek, który dodał temu występowi wyjątkowości. Pewnie robią to regularnie, ale mnie to bardzo ujęło. Ujęła mnie też produkcja koncertu.

Postawiono na modne obecnie sceniczne oświetlenie zmieniające się w zależności od utworu. Fajne było to, że lampy ustawione do tworzenia skrótu od nazwy zespołu, czyli OW nie były statyczne, a również zmieniały się w zależności od piosenki. Na jednej, podczas bisu, pojawił się napis Love. To są oczywiście detale, szczegóły, ale takie szczegóły pokazują podejście artysty do koncertu, profesjonalizm lub jego brak.

Zagrali siedemnaście piosenek, a na chwilę przed bisem, czyli przy pierwszych dźwiękach Technicolour Beat, który zamykał główny set, przez moją głowę przemknęła myśl, że bardzo szybko to minęło. Jeśli mi się nie dłużyło to ewidentnie znak, że koncert był udany. Rozpoczął się od Dazzle, nie zabrakło także High on Humans i Lose It. To są jedne z tych piosenek, które bardzo lubię. Na bis było oczywiście Ultralife, czyli tytułowy utwór z ich drugiej płyty i Drive wydane na debiutanckim albumie.

Po tym koncercie wiem jedno – będę miała na Oh Wonder oko. Trzymam kciuki, żeby ich muzyczna kariera wciąż się rozwijałam, żeby grali ten swój klimatyczny elektropop zmieszany nieco z indie i zdobywali nowych fanów. Braku charyzmy nie można im odmówić, talentów także.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Podobne Posty