Oxenfree ostatecznie udowodniło mi dwie ważne rzeczy. Ani ja nie jestem jeszcze za stary na to, aby prawdziwie zachwycić się grą, ani gry nie są jeszcze medium na tyle starym, żeby nie mogły mnie zaskoczyć. Chociaż stały się już dziedziną popkultury tak popularną, że będąc ich fanem od dawna, bardzo łatwo o uczucie wypalenia.

Niegdyś, każdy kolejny tytuł stanowił obietnicę przeżycia niesamowitej przygody. W czasach, kiedy postaci i wydarzenia na ekranie reprezentowane były przez zlepek wielkich pikseli, konieczne było angażowanie wyobraźni, by dopowiedziała to, czego ograniczona technologia pokazać nie mogła. Dziś, kiedy granice natury technicznej praktycznie nie istnieją, nasze oczy otrzymują wszystko na tacy i łatwo jest popaść w tryb biernej konsumpcji czytelnego obrazu.

Nie pomaga fakt, że na rynku gier coraz silniej polaryzują się dwa trendy. Z jednej strony, wysokobudżetowe produkcje, od dawna kopiujące sprawdzone rozwiązania. Precyzyjnie targetowane przez wielkie korporacje celem wyciągnięcia jak największej ilości zielonych banknotów od masowego konsumenta, oczekującego więcej tego samego: spektakularnych wybuchów w dwusetnej odsłonie Call of Duty. Z drugiej strony, mnożące się jak grzyby po deszczu tytuły „indie”, które niskimi kosztami produkcji i szansą szybkiego zysku kuszą coraz większą liczbę początkujących deweloperów.

Łatwo znużyć się tak jedną, jak i drugą kategorią gier. Pierwsza oferuje ciągle więcej tego samego, ta druga cierpi z powodu nadmiaru produkcji zwyczajnie słabych, nie mogących poszczycić się ani prawdziwie ciekawym pomysłem, ani wciągającą mechaniką rozgrywki, ani ujmującym stylem artystycznym. Najlepszym przykładem na tego typu produkcje mogą być wszelakie „symulatory kozy”, czy też usiłujące żerować na ślepej nostalgii, nieudolnie naśladujące klasyczny pixel art tytuły imitujące retro.

W tym miejscu historia zatacza pełne koło, bowiem tak jak kiedyś twórcy gier musieli wykazać się błyskotliwym pomysłem, by ominąć ograniczenia technologiczne i jednocześnie wyznaczać trendy i przecierać szlaki późniejszym naśladowcom, tak teraz muszą zrobić dokładnie to samo, by wybić się z natłoku produkcji nudnych i słabych.

Oxenfree jest cudowną perełką, którą łatwo było ominąć w momencie debiutu gry w ubiegłym roku.

Sam, pobieżnie grą zainteresowany, błędnie myśląc o niej jako o intrygującym, niskobudżetowym klonie Life Is Strange, umieściłem ją gdzieś na dole mojej listy do zagrania, czekając na solidną wyprzedaż. Sięgnąłem po nią dopiero niedawno, gdy zagościła na dysku twardym mojej konsoli samoistnie, jako część wrześniowych Games with Gold. Teraz, ukończywszy ją dwukrotnie w trakcie zaledwie czterech posiedzeń, wiem, że warta jest pełnej, premierowej ceny i każdy, kto choćby pobieżnie interesuje się grami i ma w domu jakiekolwiek urządzenie, na którym da się Oxenfree uruchomić, powinien niezwłocznie dać jej szansę.

Oxenfree to debiutanckie dzieło studia Night School Studio, założone przez byłych pracowników Telltale Games i Disney Interactive Studios. Już to powinno być wystarczającą zachętą, ale Oxenfree jest czymś znacznie więcej, niż ładnie wyglądającym klonem The Walking Dead. Mimo że twórcy nie ukrywali inspiracji przygodami małej Clementine w świecie opanowanym przez hordy nieumarłych, ich tytułowi znacznie bliżej do innej gry zainspirowanej dziełami Telltale, Life Is Strange.

A to dlatego, że poza możliwością ograniczonego czasowo wyboru opcji dialogowych naszej protagonistki, z grą Dontnod Oxenfree ma jeszcze jedną, istotną wspólną cechę: jej bohaterami są wkraczający w dorosłość nastolatkowie, zmagający się z bólem po stracie bliskiej osoby. Ich personalne dramaty stają się nie tylko punktem wyjściowym, ale też integralną częścią historii z elementami paranormalnymi.

Niezmiernie trudno jest pisać o fabule Oxenfree bez spojlerów, dlatego na potrzeby tekstu postaram się ograniczyć do wspomnienia jedynie o jej fundamentach. Nasza protagonistka, Alex, wraz z grupą przyjaciół przybywa na odludną wyspę, na której znajduje się opuszczona baza wojskowa. Szkolna tradycja nakazuje spędzić noc na jej plaży, spożywając duże ilości alkoholu i innych środków odurzających. Beztroska impreza bardzo szybko zamienia się w pełny napięcia thriller, podczas którego bohaterom przydarzać się będą, delikatnie mówiąc, dziwne i niepokojące rzeczy, co doprowadzi ich do odkrycia wielkiej tajemnicy, jaką skrywa w sobie opuszczona baza wojskowa na wyspie.

Historia wyspy jest ciekawa sama w sobie, ale o prawdziwym geniuszu scenarzystów świadczy to, w jak integralny sposób splata się ona z personalnymi dramatami poszczególnych bohaterów.

Z początku wydające się błahymi przekomarzankami bandy rozwydrzonych nastolatków dialogi w pewnym momencie uzmysławiają, że kierują nimi często zakorzenione głęboko w traumatycznych przeżyciach emocje, takie jak poczucie winy, gniew, żal, strach czy smutek. Rozbawieni uszczypliwymi żartami łatwo damy się zaskoczyć, gdy atmosfera gwałtownie zrobi się naprawdę nieprzyjemna. A to dlatego, że tutaj żaden bohater, wliczając w to Alex, nie jest obiektywnie dobry lub zły.

W Oxenfree każda postać została sportretowany uczciwie, ze wszystkimi jej zaletami i wadami. Nadaje to małym ludzikom widocznym na ekranie cech ludzkich i wiarygodności. Wielokrotnie łapałem się na tym, że nie potrafiłem jednoznacznie zdecydować, czy Alex ma potraktować kolegę uprzejmie, czy wręcz przeciwnie.

Biorąc pod uwagę, że wspomniane ludziki na ekranie są bardzo małe, a ich design daleki jest od realizmu (tutaj inspiracją dla twórców było m.in. kultowe Limbo), twórcom udało się dokonać niemożliwego: stworzyć iluzję, że mamy do czynienia z grupą realnie istniejących postaci. A to dzięki będącego osią całej (dosłownie!) gry systemu dialogów. W Oxenfree nie uświadczymy ani jednej cutscenki, ani jednej zmiany perspektywy, a cała historia opowiedziana jest w sposób spójny i konsekwentny.

Narracja to największa zaleta Oxenfree i jednocześnie jej główny motor napędowy: postaci przez cały czas obserwujemy z tej samej perspektywy i ani na moment nie tracimy kontroli nad Alex. W rozgrywkę płynnie wplecione są dialogi, które prawie nigdy nie milkną, co umila (czasem nieco długi i żmudny) proces przemieszczania się do kolejnej lokacji. Do wyboru mamy na ogół dwie lub trzy opcje dialogowe i, podobnie jak we wspomnianych grach Telltale i Life Is Strange, równorzędną opcją pozostaje zawsze także milczenie.

W mechanikę gry genialnie wpleciono także obsługę starego radia, którego możemy używać w dowolnym momencie, wskazując dowolną częstotliwość, co nie tylko popchnie fabułę do przodu, ale także doprowadzi nas do licznych sekretów. Wśród nich znajdują się opcjonalne listy, które pomogą zrozumieć, co wydarzyło się przed laty na wyspie. I chociaż tego typu zabieg używany jest w prawie każdej grze z otwartym lub półotwartym światem, tym razem wyjątkowo nie musiałem zmuszać się, by poświęcić dodatkowy czas na ich znalezienie. Historia wciągnęła mnie na tyle, że chciałem poznać każdy jej szczegół.

Mimo że akcję cały czas obserwujemy z tej samej perspektywy, a proste, trójwymiarowe ludki poruszają się po dwuwymiarowych, „ręcznie” malowanych tłach, ani trochę nie cierpli na tym prezentacja gry. Powiedziałbym wręcz, że zyskuje. Twórcy wiedzieli bowiem, jak zrobić właściwy użytek z prostej konwencji: styl artystyczny jest piękny i spójny, kreskówkowe postaci wyglądają uroczo i wzbudzają naszą sympatię. Wspaniale komponują się one, a zarazem kontrastują z baśniowymi, ale posępnymi tłami i lokacjami.

Night School Studios genialnie bawią się światłem, filtrami obrazu, kolorami i kształtami. Gra jest naprawdę prosta pod względem technicznym, ale jej styl doskonale współgra z warstwą fabularną i metodą narracji. Nie wyobrażam sobie, aby wyrafinowana filmowość, która sprawdziła się w Life Is Strange, nie zrujnowała wrażenia, jakie robi Oxenfree.

Jak w mało której grze, warstwa dźwiękowa w Oxenfree pełni funkcję nadrzędną względem wizualnej. Jeśli miałbym wystawić jej klasyczną gazetową ocenę, byłoby to 10/10. Każdy element składowy jest zrealizowany absolutnie perfekcyjnie: aktorzy użyczający postaciom głosów wykonali fenomenalną pracę i słucha się ich z prawdziwą przyjemnością, sugestywne efekty dźwiękowe towarzyszące używaniu radia i w scenach paranormalnych wprowadzają co najmniej silne uczucie niepokoju, a syntezatorowa, nawiązująca do lat 80-tych muzyka, mieszająca elementy ambientu i instrumentalnego popu to majstersztyk, którego nie uświadczymy w żadnej innej grze. Dość powiedzieć, że ścieżka dźwiękowa gry doczekała się własnego wydawnictwa jako oficjalny soundtrack.

 

Nade wszystko jednak, Oxenfree to gra przygodowa, w której mamy rzeczywisty wpływ na przebieg fabuły i to, jak zagmatwana historia skończy się nie tylko dla protagonistki, ale także dla każdego z bohaterów drugoplanowych. To nie The Walking Dead, w którym niezależnie od tego co powiemy, całość potoczy się i tak tym samym, wymyślonym przez scenarzystów torem. To nie Life Is Strange, gdzie jedno zakończenie jest „najgłówniejsze”, a drugie trwa kilka sekund i zdaje się być dodane w ostatniej chwili na siłę.

Tutaj od wielu naszych decyzji, od tego co powiemy i zrobimy, zależeć będzie nie tylko przebieg naszej rozgrywki, ale też przebieg kolejnej rozgrywki, jeśli zdecydujemy się zagrać ponownie (a zagrać przynajmniej dwa razy po prostu trzeba!), a nawet przebieg rozgrywki innych graczy – niezwykle inteligentnie wplątując ten element w kontekst gry i reguł, którymi rządzi się przedstawiony w niej świat! Oxenfree jak żadna dotąd gra, dotyka tematyki alternatywnych rzeczywistości i podróży w czasie i jeśli dacie się jej wciągnąć, zostawi Was na koniec z opadniętą szczęką, mindfuckiem i uczuciem natychmiastowej potrzeby rozpoczęcia ponownego jej przejścia. Po drugim przejściu odejdziecie od ekranu z jeszcze większym mindfuckiem i zadowoleniem, że poznaliście historię, która zrobiła Wam emocjonalny masaż niczym dobry film.

Dlatego wyświadczcie sobie przysługę, nie oglądajcie żadnych trailerów i gameplay’ów jeśli tego jeszcze nie zrobiliście, tylko po prostu dajcie jej szansę – dajcie jej 30 minut, jeśli w tym czasie Was nie wciągnie bez reszty… Pobite gary, możecie spokojnie wracać do swoich dwusetnych odsłon Call of Duty i Fify.

Podobne Posty