Paradise to nowy zespół, jednak jego członkowie to sceniczni weterani. Można więc powiedzieć, że mamy do czynienia z pewnego rodzaju supergrupą. Zespół powstał z inicjatywy Siverta Høyema i Roba McVey’a. Sivert to największy skarb norweskiej sceny muzycznej, znany jest głównie jako frontman nieistniejącej już Madrugady, a w ostatnich latach także z udanej solowej działalności. Widziałem go na żywo już 3 razy z tym solowym projektem.

Rob McVey to gitarzysta znany m.in. ze współpracy z Marianne Faithful. Do panów dołączyła Simone Marie Butler – basistka Primal Scream i perkusista Rob Ellis, znany głównie z pracy z PJ Harvey. Niestety, z przyczyn zdrowotnych nie mógł się on wybrać w pierwszą trasę koncertową Paradise, którą zespół promował swoje pierwsze wydawnictwo – EPkę Yellow. Za bębnami zastąpił go zaprzyjaźniony z muzykami Jack Revy.

Składająca się z kilkunastu klubowych koncertów trasa po Europie zawitała do legendarnego londyńskiego 100 Clubu, gdzie zespół składający się w większości z muzyków brytyjskich zagrał jak dotąd swój jedyny koncert na Wyspach.

Sporo się nasłuchałem o tym klubie, w końcu 30 lat temu grała tu sama Metallica, ale jeszcze nie miałem okazji zawitać do niego osobiście. Zaskoczył mnie przede wszystkim swoimi naprawdę niewielkimi gabarytami oraz niską, a zarazem dosyć szeroką sceną usytuowaną wzdłuż najdłuższej ściany w sali będącej jednocześnie pubem ze stolikami rozstawionymi po jej bokach.

Zespół zaprezentował 13 kompozycji, w tym wszystkie 4, które znalazły się na EPce Yellow. Muzyka utrzymana jest w stylistyce, której można spodziewać się zarówno po Sivercie jak i towarzyszących mu muzykach. Jest więc rockowo, mrocznie, dekadencko, brudno, organicznie i momentami psychodelicznie. Nad technicznymi fajerwerkami zdecydowanie górę biorą emocje, które w jak zawsze ekspresyjny sposób przekazuje zarówno doświadczony frontman Sivert, jak i głęboko pogrążeni w mrocznych myślach instrumentaliści.

Koncert rozpoczął się ciekawym, psychodelicznym intrem, w trakcie którego z głośników dobiegało nagranie z dziwnym monologiem, a na scenie mieniła się kolorami jedyna, acz efektowna dekoracja – neonowe logo zespołu. Set otworzył, podobnie jak debiutancką EPkę, ekspresyjny utwór Humiliation, który daje dobry pogląd na to, czego można spodziewać się po zespole. Oparty na charakterystycznej zagrywce gitarowej klasyczny utwór rockowy w średnim tempie zachęcił do sympatycznego tupania sobie nogą.

Po Living It Strange zespół zagrał Money – ciekawy instrumentalnie kawałek, utrzymany w konwencji bluesa, oparty na niebanalnym rytmie perkusji i hipnotyzująco-bujającej linii basu. Po nim zespół zagrał utwór o intrygującym tytule Gideon Bible.

Crying to moja ulubiona kompozycja z EPki i jak się okazało po koncercie, także ulubiona jak dotąd w repertuarze Paradise. To spokojny utwór utrzymany w konwencji klasycznej, mrocznej rockowej ballady. Podobać się może zarówno tradycyjnie wiodąca gitara Roba (który miał na tym kawałku jakieś problemy techniczne z przełączaniem efektów), jak i urzekające melodie śpiewane przez Siverta. W środkowej części Rob zagrał coś na wzór krótkiego sola, skupiając się na mocnym, brudnym brzmieniu i melodii pełnej ekspresji, zamiast na technicznym popisie wirtuozerskiej gry na instrumencie. Sivertowi zaś świetnie wyszły poprzedzające drugi refren delikatne wokalizy śpiewane falsetem.

Ecstasy to klasyczna fortepianowa ballada, którą Sivert zaśpiewał jedynie w towarzystwie akompaniującego mu Roba. Wokalista po raz kolejny udowodnił że jest obdarzony jednym z najbardziej niezwykłych głosów na świecie, a w parze z charakterystyczną barwą idą także umiejętności techniczne, w tym imponująca i godna pozazdroszczenia skala.

Call My Name to kolejny utwór który otwiera interesująca zagrywka gitarowa z przerywanym rytmem na perkusji. Na tym tle Sivert wchodzi ze śpiewanymi bardzo nisko zwrotkami, które potem przechodzą w dosyć ciepłą progresję akordów. Utwór wypadł na żywo naprawdę dobrze i zadziałał uspokajająco, co chyba miało przygotować publiczność na to, co miało wydarzyć się chwilę później.

Zespół zagrał bowiem Head Wound, czyli prawie kompletnie pozbawioną melodii psychodeliczną jazdę bez trzymanki. Pod względem instrumentalnym przywiodło mi to trochę na myśl wczesne eksperymenty Pink Floyd i Led Zeppelin, ale nie tylko, bo Sivert na swoich solowych płytach także nieśmiało kierował się w tym kierunku, żeby wspomnieć choćby o Red on Maroon z albumu Long Slow Distance. Stosowną ilustracją do utworu była niemal stroboskopowa oprawa wizualna, podczas której można by dostać ataku padaczki.

Mary to powolny utwór z nieco połamanym podziałem rytmicznym, podczas którego solidnie trzymająca wszystko w ryzach perkusja to podstawa. Główny set zakończył energetyczny pierwszy singiel zespołu, czyli Goodbye 21st Century. Po kilku minutach nieco niezręcznego wywoływania muzyków na bis, pojawili się oni na scenie z powrotem, by wykonać jeszcze dwie piosenki na bis: spokojne, balladowe Wonderfull Life i nieco bardziej żywe I May Not You, na którym wokalnie wsparła Siverta Simone Marie. Gdy wybrzmiały ostatnie dźwięki, muzycy serdecznie podziękowali publiczności za przybycie i zeszli ze sceny, pozostawiając uczucie lekkiego niedosytu.

Repertuar Paradise to nie są łatwe piosenki, nie urzekają przebojowymi melodiami. Trzeba się wsłuchać w te utwory, żeby je docenić

Niestety większość kompozycji słyszałem tego wieczoru po raz pierwszy, więc nie byłem w stanie ocenić, jak wiele zyskują na żywo. Wszystkie cztery utwory z EPki wypadły bardzo dobrze, zresztą Sivert to zawsze zawodowiec, który na żywo brzmi równie dobrze co na albumach, a towarzyszą mu doświadczeni muzycy, którzy nie odwalają chały. Muzyka ta z pewnością doskonale nadaje się, by przy butelce wina i paczce papierosów pobujać się trochę na lewo i prawo i z dystansem zastanowić nad na swoim życiem. Z zainteresowaniem wypatruję kolejnej publikacji, jaką powinien być pełnoprawny album, ale jednak wolę solowego Siverta i mam nadzieję, że i w takim wydaniu dane mi go będzie zobaczyć na żywo w 2018 roku.